Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zacznę grubo: mało szlag mnie nie trafił, gdy usłyszałam od swoich dorosłych dzieci, że ich 8-letni syn/mój wnuczek, który za kilka dni powinien zakończyć edukację w I klasie podstawówki, nie dostanie pierwszej w swoim życiu promocji do następnej klasy!

Pomysł dyrekcji szkoły, do której uczęszcza (a raczej przestał uczęszczać, bo nauka jest prowadzona zdalnie od połowy marca), jest dla mnie kuriozalny: dyrekcja szkoły zdecydowała, że dzieci otrzymają promocje we wrześniu na rozpoczęciu kolejnego roku szkolnego!

Dla mnie to chory pomysł, skrajnie niewychowawczy, wbrew wszelkim zasadom nauczania wczesnoszkolnego. Pomysł chory, bo demotywuje dzieci, odbiera im należną dumę i radość z zamknięcia pewnego etapu ich pracy. Jakim niedouczonym pedagogiem trzeba być, by nagrodę małym dzieciom za ich ciężką całoroczną pracę odkładać w czasie?

Jak można pozbawiać dzieci wspólnego spotkania z rówieśnikami i wychowawcą (choćby na świeżym powietrzu, by zachować ostrożność w związku z pandemią)? Gdzie tu sens, gdzie logika wynikająca chociażby z podstawowych wskazań dotyczących budowania szkolnej wspólnoty?

Jestem oburzona głupotą i zachowawczością obecnej dyrekcji szkoły. Dla mnie zupełnie niepojęte, tym bardziej że do tej samej szkoły w latach 80. chodzili moi synowie (chodzi o jedną ze szkól podstawowych na warszawskim Ursynowie).

Tej decyzji nie da się zwalić na ministra Piontkowskiego, który orłem narodowej edukacji nie jest.

A może to jednak szkoła ma rację, a czytelniczka reaguje zbyt emocjonalnie? Czekamy na Wasze opinie. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.