Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chciałabym podzielić się moim doświadczeniem związanym z rejestracją w wyborach prezydenckich. Z tego, co czytam w rozmaitych doniesieniach, nie byłam jedyną, która mierzyła się z podobnymi problemami i absurdami.

Problemy Polaków z wyborami w Anglii

Mieszkam w Brukseli i byłam tam już zarejestrowana na majowy termin. Komunikat o możliwości rejestracji wraz z aktywnym linkiem oraz informacją, że w Belgii będzie możliwe tylko głosowanie korespondencyjne, został opublikowany przez konsulat w ubiegły wtorek (9 czerwca), późnym wieczorem, termin rejestracji upływał w ten poniedziałek (15 czerwca) - a zatem na wszystko było mniej niż tydzień. Po wypełnieniu formularza otrzymałam komunikat, że byłam już zarejestrowana w maju i powinnam skonsultować się z odpowiednią placówką. W Brukseli mamy trzy możliwości - ambasadę, konsulat i stałe przedstawicielstwo przy UE. Od środy więc próbowałam dodzwonić się do którejkolwiek z tych placówek - połączenie było albo automatycznie odrzucane po wybraniu odpowiedniego działu, albo zajęte, albo nikt nie odbierał. Próbowałam co najmniej kilkanaście razy.

Czwartek (11 czerwca) w Belgii nie był świętem, ponowiłam więc próby, wisząc na telefonie cały dzień. Nie wiem, czy polskie placówki pracowały normalnie, jednak fakt, że nikt nie odbierał, może świadczyć o tym, że miały długi weekend. Nagle z tygodnia (włączając weekend) na rejestrację zrobiły się trzy dni. Na stronach internetowych zero informacji, jedynie komunikat o ogłoszonych wyborach, nic na temat dostępności urzędnika, który podpowie, jak postępować.

Polski rząd utrudnia także głosowanie w Anglii

W piątek przeczytałam, że powinnam zmienić w systemie sposób głosowania na korespondencyjny, co zapachniało absurdem - skoro w kraju, w którym mieszkam innej możliwości nie ma, a ja zgłosiłam już chęć głosowania. Dodam, że kiedy ponownie wypełniałam formularz we wtorek, tej informacji nigdzie nie było. I tu nastąpił kolejny absurd, ponieważ po wypełnieniu pół z moimi danymi system upierał się, że są nieprawidłowe. Podpowiedź dla systemu: były prawidłowe. Moje wielokrotne próby w różnych przeglądarkach generowały niezmienny komunikat: skontaktuj się z konsulem. Cóż, chętnie, gdyby tylko ktoś odbierał. Uparłam się na tyle, że po kończeniu jednego połączenia od razu klikałam kolejne i wreszcie, po ponad godzinie, udało mi się połączyć z nieszczególnie szczęśliwą panią z konsulatu. Potwierdzenie mojej rejestracji zajęło minutę. Poradziła mi też, żeby pakiet odesłać jak najszybciej, a najlepiej po prostu go przynieść do konsulatu, jeśli mieszkam w Brukseli; wtedy będę miała pewność, że mój głos dojdzie.

Państwo działa ledwo, ledwo

Teraz kilka moich refleksji: po pierwsze, zarejestrowałam się, bo zwyczajnie uparłam się i byłam zdeterminowana. Skoro dla wielu osób samo pójście do lokalu w normalnych warunkach wymaga mobilizacji, to nie chcę myśleć. jak trudno im się zmotywować do przebrnięcia tego całego skomplikowanego procesu - łatwiej odpuścić. Po drugie, zdaję sobie sprawę, że placówki dyplomatyczne dostały taki gorący kartofel wyborczy: krótkie terminy, chaos, wszystko w czasie pandemii etc. Tylko że o terminie czerwcowym mówiło się od dawna. Jeśli nie ma wystarczającej kadry do udzielania informacji, powinno się wydłużyć godziny pracy, zorganizować dyżury, ściągnąć więcej urzędników - zrobić cokolwiek, by obywatele nie czuli się zostawieni sami sobie. Urzędnicy nie robią łaski - chyba na tym polega ich praca?

W ogóle cała ta procedura pokazuje, jak słabo, o ile w ogóle, działa państwo. Informacji właściwie nie ma, systemy są niewydolne, a liczba okręgów – mocno ograniczona. Nie chcę nawet myśleć, że to zabieg celowy. To ja muszę poświęcać swój czas, robić wszystko, co mogę, aby oddać głos. Państwo tylko mi to utrudnia.

Czekamy na listy:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.