Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 O tym, że ta władza już dawno się zdyskredytowała, wiemy od momentu złamania Konstytucji przez Beatę Szydło i Andrzeja Dudę, a być może wcześniej, kiedy wyznaczono nowego dyrektora stadniny koni arabskich w Janowie Podlaskim. Dyskredytacja tej władzy jest procesem ciągłym i codziennie dochodzą nowe delikty powodujące, że już dawno zacząłem nazywać prezydenta rezydentem, przekonując siebie, że ta kompromitująca Polskę i powagę urzędu prezydentura kiedyś się skończy.

Sam PiS wydawał się zaskoczony zwycięstwem Dudy, nie dowierzali, że ta prezydentura stała się faktem, podobnie zresztą jak obóz przegranego prezydenta Komorowskiego. Większość Polaków wierzyła wtedy jeszcze, że Duda może być prezydentem wszystkich Polaków.

Co nastąpiło później, możemy obserwować od 5 lat. Zarówno ja, tutaj w Niemczech, jak i moi znajomi w kraju oraz w USA, w odległej Australii i Nowej Zelandii odliczamy dni do zakończenia tej kompromitacji, zwanej prezydenturą Andrzeja Dudy. Ten długo oczekiwany dzień zbliża się nieuchronnie. Panika w obozie władzy jest widoczna w każdym tej władzy poczynaniu. Zaklinanie rzeczywistości i nachalna propaganda sukcesu już nie wystarczają.

Na uczciwość tej władzy przestałem liczyć po powołaniu tzw. podkomisji smoleńskiej. "Praca u podstaw" wykonywana przez czynowników PiS doprowadziła do zawłaszczenia demokratycznych instytucji, ośrodków kultury, publicznej telewizji, a nawet organów państwa będących gwarantem trójpodziału władzy, włącznie z Trybunałem Konstytucyjnym i Sądem Najwyższym.

To między innymi przez bezrefleksyjną uległość Andrzeja Dudy państwo polskie wygląda jak marionetkowa dyktatura.

Ta władza ma się czego bać i ona naprawdę się boi. To dobrze, że się boją, bo to oznacza, że mają świadomość swoich czynów i spodziewają się kary za to, co uczynili Polsce i narodowi. Nie chcę rozpisywać się tutaj o skłóceniu Polaków, o napuszczaniu jednych na drugich, dopieszczaniu swoich i zwalczaniu tych, którzy mają odwagę myśleć inaczej, czy też o kolaboracji z klerem i coraz częstszych aferach na styku państwa i biznesu. Nie mam pretensji do sympatyków tej władzy. Myślę wyłącznie o "układzie trzymającym władzę", oni czują na karkach oddech następców, którzy tym razem nie zaproponują w dobrej wierze "czerwonej kreski".

W każdym kraju są tysiące i miliony tych, którzy dają się omamić, dają wyręczać z obowiązku patrzenia władzy na ręce. Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie. Właśnie stoimy przed wyborami, w których Konstytucja gwarantuje równe szanse wszystkim kandydatom. To, co gwarantuje Konstytucja, rozmija się jednak z tym, co "gwarantuje" rząd PiS i jego agendy oraz decydenci, wstawieni przez tę władzę na stanowiska mające zagwarantować jej trwałość w zamian za synekury i profity. 

Ta władza ich zdaniem musi trwać, bo to gwarantuje im nietykalność. Gotowi są w imię jej trwałości do każdej podłości. Widzimy spektakle: w jaki sposób obejść Konstytucję, a gdy jest taka doraźna potrzeba, to ją po prostu złamać. I nie myślę tu o nierównym dostępie do urn wyborczych, ale o nierównych szansach kandydatów na prezydenta.

Był moment, kiedy któryś z rozsądnych polityków powiedział, że skoro kampania wyborcza zaczyna się od nowa, to wszyscy kandydaci powinni od nowa zebrać głosy poparcia. Ta słuszna idea została zaatakowana i zignorowana przez obóz rządzący. Rafał Trzaskowski jest twarzą opozycji, jest osobą, którą pozwala się atakować i opluwać na wszelkie sposoby. Przoduje w tym TVP z nowym-starym prezesem Kurskim. Kandydat Duda we własnej sprawie, nie licząc się z opinią podatników, przyznał w najtrudniejszym momencie w powojennej historii Polski 2 mld zł z budżetu na swoją tubę propagandową zamiast na potrzeby związane z ratowaniem życia obywateli i walkę z pandemią. Osobiście, w kontekście nadchodzących wyborów, widziałbym w tym korupcję polityczną, myślę, że wiele osób, utożsamiających się z wartościami demokratycznymi, również.

Wyznacznikiem morale tej władzy jest wyciąganie ręki po pieniądze z UE, przy jednoczesnym ignorowaniu wyroków TSUE.

Nie inaczej jak atak na kandydata Rafała Trzaskowskiego odbieram postawiony tylko temu kandydatowi obowiązek zebrania w ciągu 4 dni 100.000 głosów poparcia. Gdzieś w mrocznej pamięci krąży w mej głowie bajka o dziewczynce, która przed brzaskiem miała oddzielić ziarna maku od piasku. Bajka kończy się szczęśliwie, dziewczynka zdążyła. Jestem pewien, że panu Trzaskowskiemu uda się zebrać nawet więcej podpisów. To będzie protest części społeczeństwa, świadomej, o co w tych wyborach chodzi.

I tutaj pojawia się problem. Wybory to nie tylko akt wrzucenia karty do głosowania do urny wyborczej albo wrzucenia koperty do skrzynki pocztowej przez tych, którzy wybiorą tę formę głosowania. Wybory to przecież cały proces, włącznie ze zbieraniem głosów poparcia dla kandydatów. Sam mieszkam w Niemczech i mimo że całym sercem jestem po stronie opozycji, a przede wszystkim po stronie Rafała Trzaskowskiego, podobnie zresztą jak moi znajomi i przyjaciele, wśród których się obracam, a także tak jak moi przyjaciele zza oceanów Atlantyckiego i Spokojnego, to w praktyce nie mam żadnej realnej szansy na odesłanie listy poparcia dla tego kandydata z moim i moich znajomych podpisem.

To jest nierealne z powodu zbyt krótkiego czasu, a PKW, stosując tak drastyczne restrykcje czasowe na zebranie głosów jedynie w odniesieniu do kandydata Trzaskowskiego, świadomie pozbawiła go głosów poparcia Polonii australijskiej, amerykańskiej oraz z innych krajów.

 Obserwowanie wydarzeń w Polsce spoza granicy kraju ma moim zdaniem tę pozytywną stronę, że pozwala na zachowanie pewnego dystansu oraz na niemal automatyczne porównanie możliwości zaistnienia analogicznych sytuacji w kraju zamieszkania. Zastanawiam się, jak wyglądałaby taka sytuacja w Niemczech, gdyby standardy polityczne i zagrywki PiS przenieść na grunt niemiecki. Zarówno ja, jak i moi znajomi uważamy, że to, co dzieje się w Polsce, szczególnie w odniesieniu do wyborów, nie mogłoby się tutaj wydarzyć. Żyję jednak już dostatecznie długo, aby wiedzieć, że wszystko jest możliwe, również w Niemczech. Rzeczy wydające się niemożliwymi wydarzyły się w tym kraju w latach trzydziestych ubiegłego wieku. To był wstęp do hekatomby II wojny światowej. Z małego dyktatora wyrósł podpalacz świata. Jest faktem niezaprzeczalnym, że "wyniesienie na tron" odbyło się w sprzyjających ku temu warunkach kryzysu państwowości i wysokiego bezrobocia, w demokratycznych wyborach. Chcę wierzyć, że obecne wybory prezydenckie w Polsce na zawsze zlikwidują widmo wszelkiego dyktatu, łamania Konstytucji i destrukcji mojej ukochanej Ojczyzny.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.