Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

1 czerwca przeczytałam na portalu krakow.wyborcza.pl optymistyczny nagłówek "Koronawirus. Tylko jeden przypadek zakażenia w Małopolsce".

Większości czytelników taka informacja na pewno przypadłaby do gustu, w końcu w naszym regionie wirus nie sieje spustoszenia, jak chociażby na Śląsku, zatem możemy czuć się bezpiecznie i wracać do normalności. Zapewne poprzedniego dnia moja reakcja byłaby podobna.

Otóż od 11 dni przebywam na kwarantannie domowej, wróciłam z zagranicy. Zgodnie z informacjami dostępnymi na stronach rządowych osoby w takiej sytuacji w 12. dobie kwarantanny (tylko w 12. dobie) mają prawo do darmowego testu na koronawirusa.

Ci, którzy dysponują własnym samochodem (nie może to być auto pożyczone ani taksówka, ani inny środek transportu), powinni wybrać się do punktu drive-thru, pozostali mają czekać w domach na wizytę z sanepidu. Od początku byłam zainteresowana przeprowadzeniem takiego testu - w pracy stykam się z wieloma ludźmi, a wśród bliskich krewnych mam osoby z tzw. grupy ryzyka. Zaś podczas kwarantanny dokuczał mi kaszel i gorączka o niewielkim stopniu nasilenia.

1 czerwca o godzinie 11 dostałam SMS-a z aplikacji kwarantanna o możliwości przeprowadzenia testu, a w zasadzie z zaleceniem jego przeprowadzenia ("zrób test na koronawirusa"). Jako że nie mam własnego auta, postanowiłam od razu zadzwonić do sanepidu, aby umówić się na pobranie wymazu u mnie w domu.

Po godzinie oczekiwania na infolinii w końcu połączyłam się z konsultantem, który poinformował mnie, że... dzwonię za późno! Bo powinnam zgłosić chęć wykonania testu wiele dni wcześniej, najlepiej zaraz po przekroczeniu granicy (o czym nikt mnie nie informował). Usłyszałam również, że jeśli rzeczywiście zależy mi na przeprowadzeniu testu i mam objawy chorobowe, to powinnam zadzwonić na pogotowie.

Ewentualnie po zakończeniu kwarantanny, jeśli objawy będą się utrzymywać, to mogę zgłosić się do lekarza POZ i liczyć na to, że skieruje mnie na test (choć ostateczna decyzja o jego przeprowadzeniu należy i tak do sanepidu).

Wszystko wskazuje zatem na to, że testu nie będę miała wykonanego i nigdy nie dowiem się, czy moje objawy miały związek z COVID-19. Pomysł wykorzystania pogotowia ratunkowego jako taksówki wydaje mi się absurdalny, a ponieważ nie mam samochodu, nie dojadę do punktu drive-thru. Na wizytę u lekarza i dalsze zmagania z sanepidem brakuje mi już siły. Niedługo muszę wrócić do pracy i pozostaje mi żywić nadzieję, że jednak jestem zdrowa i ostatecznie nikogo nie zarażę.

Chciałabym tylko, aby wszyscy czytelnicy mieli świadomość, jak bardzo niewydolne są procedury testowania osób potencjalnie zakażonych.

Objawy chorobowe po powrocie z zagranicy nie wystarczą, aby mieć pobrany wymaz do badania, ponieważ zwyczajnie nie ma kto tego zrobić. Współpraca i przepływ informacji między NFZ oraz sanepidem nie istnieje. Nie dziwię się zatem, że w Małopolsce stwierdzono tylko jeden przypadek koronawirusa. Dziwię się, że w ogóle stwierdzono jakikolwiek.

Od redakcji:

4 czerwca nagłówek na portalu krakow.wyborcza.pl brzmiał: "Rośnie liczba zakażonych koronawirusem w Małopolsce. 15 nowych przypadków, wśród nich nastolatek"

Więcej testów?

 Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.