Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Około 36 lat temu, po sprowadzeniu się do Chojnic „za chlebem”, objęliśmy zwykłą działkę POD. Spełniała nie tylko funkcje użytkowe. Owszem, hodowaliśmy warzywa, owoce i jakieś biedne kwiatki, ale nigdy nie miałam ambicji, aby było wygrabione we wzorki - to było do używania, biegania, leżenia itp. Spędzaliśmy tam wspólnie czas. Córki, póki małe, uczyły się rozpoznawać rośliny, uczestniczyły w pielęgnowaniu i zbiorach. Mąż wyżywał się w majsterkowaniu. Kiedy córki stały się nastolatkami, mogły spotykać się z rówieśnikami, a ja wolałam, że to odbywa się na działce, a nie jakimś polu namiotowym, że są bezpieczne. Mogli robić tam ogniska. A kiedy za głośno „Przepijali naszej babci domek mały, taki mały, taki piękny i wspaniały…”, to sąsiad zajrzał, spytał się, co słychać i czy w czymś nie pomóc. Nie musiał dzwonić do straży miejskiej, sami się skapnęli, że są za głośno. A ja dowiadywałam się o tym po latach, przy okazji opowiadania anegdot.

Kiedy któraś córka miała focha, to wynosiła się na 3-4 dni na działkę i czytała książki, była „sama ze sobą”, aż jej przeszło (powiedziała, gdzie jest). Innym razem, po ciężkiej sesji egzaminacyjnej, inna córka wyniosła się na działkę – i żeby nikt się do niej nie odzywał, bo chce być sama – trwało to też nie więcej jak 3-4 dni. I wiele by jeszcze o tym mówić.

Trzy lata temu przekształcono nasz POD na osiedle mieszkaniowo-rekreacyjne. Kto chciał, mógł wykupić działkę z przeznaczeniem na budowlaną. Też to zrobiliśmy. Za dwa lata można będzie sprzedać, nie płacąc podatku od wzbogacenia. I okazuje się, że nasza kochana działka jest nam niepotrzebna. My z mężem wkrótce będziemy po siedemdziesiątce, dzieci urządziły sobie życie po swojemu. Zamierzamy ją sprzedać. Mamy ogródek koło domu, i to nam wystarczy.

I co się dzieje? Działka obumiera. Skąd wie, że jest niepotrzebna?

Bez zakwitł, ale jakoś tak rachitycznie, jeszcze dobrze się nie rozwinął, a już zasechł. Winogrona wcale nie wystartowały, chociaż w innych miejscach z tych samych sadzonek rosną, aż się patrzy. Brzoskwinia nie ma ani jednego zawiązka.

Ale najwięcej przykrości zrobiła mi śliwka. Złamała na wysokości około 1 m. Ta śliwka, z której wiadrami wywoziliśmy owoce co drugi rok – to nie jest przesada. Ileż było z niej dżemów, kompotów, placków. Co dzień to samo – po pracy wykąpać się w jeziorku na Kopernicy, jak były jagody, to zebrać literek jagód - a w drodze powrotnej zebrać frukta z działki. Teraz wszystko zamiera. Gdybym czytała to w historii Ani z Zielonego Wzgórza albo u Jane Austen, to bym nie uwierzyła.

I co tu zrobić z taką działką?

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.