Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pracuję jako lekarz w oddziale niezakaźnym, ale mam przyjaciół w szpitalach jednoimiennych, mogę więc spojrzeć na działania ministra zdrowia z kilku perspektyw.

Działania Łukasza Szumowskiego sprawiły, że w Polsce, pomimo braku wyraźnego spadku zachorowań, nigdy nie doszło do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w wielu krajach Europy Zachodniej czy w obu Amerykach. Ale czy to znaczy, że ostatecznie można go ocenić pozytywnie?

Dane dotyczące epidemii, które mieliśmy na długo przed tym, jak się na dobre w Europie zaczęła, nie pozostawiały wątpliwości co do tego, jak należy postępować. W Polsce COVID zaczął się rozprzestrzeniać wyraźnie później i po wielu dramatycznych sytuacjach, jakie mogliśmy obserwować z Włoch, Hiszpanii czy Francji, szybko zapomnieliśmy o pokpiwających komentarzach polityków partii rządzącej, w tym ministra Szumowskiego przyrównującego COVID do zwykłej grypy, w trakcie jego wypoczynku w górach, kiedy to już epidemia poza naszymi granicami nie dawała złudzeń co do dalszego jej przebiegu.

Mimo to można powiedzieć, że i tak ostatecznie udało nam się wyjść z tego obronną ręką. Co takiego udało się zrobić ministrowi zdrowia?

Najważniejszym działaniem było nakazanie ogólnokrajowej kwarantanny. To, że aktualnie mamy małą (choć niespadającą) liczbę zakażeń i zgonów, jest niewątpliwie wypadkową wszystkich działań związanych z ograniczeniem kontaktów.

Ale czy jest to zasługa rządu? W pewnej części na pewno, przymus niestety działa skuteczniej niż zalecenie. Ale ostatecznie rezultat zależał prawie tylko i wyłącznie od NAS. Od ludzi, którzy z niewielkimi wyjątkami zrozumieli powagę sytuacji i zostali w domach, ograniczyli potencjalną transmisję wirusa.

Natomiast jeśli chodzi już o bezpośrednie działania Ministerstwa Zdrowia, to spójrzmy na to, co otrzymaliśmy, zaczynając od najbardziej podstawowych kwestii.

Środowisko lekarskie zostało zdane na siebie oraz akcje obywatelskie, charytatywne. Nie mieliśmy algorytmów postępowania. Gdy szpitale, które nigdy nie zajmowały się pacjentem zakaźnym, nagle stały się specjalistycznymi jednostkami leczącymi wyłącznie pacjentów z COVID, nie było żadnych szkoleń, materiałów z procedurami. Okazjonalnie pojawiały się szczątkowe informacje mające na celu formalizowanie pobytów i tworzenie biurokracji z tym związanej.

Od samego początku po dziś dzień brakuje podstawowego sprzętu. Przyłbice drukowane przez wolontariuszy, organizowane przez obywateli akcje ze zbiórkami funduszy dla szpitali, inicjatywy pojedynczych ludzi ze ściąganiem sprzętu.

Wszystko bez echa w mediach "publicznych". Jednocześnie z wielką pompą przywóz przez rząd wadliwego sprzętu z Chin.

Ale mało tego. W czasie gdy dobrowolnie poddaliśmy się wszystkim rygorom, kiedy sami organizowaliśmy pieniądze dla szpitali, minister zdrowia nie chciał od polskiej firmy kupić testów na obecność COVID, wolał, żeby "zaprzyjaźniona" firma  kupiła je DROŻEJ w Turcji, po czym sprzedała z ogromnym zyskiem, obarczając finansowo i tak już kruchy budżet, czyli NAS. To była kilkakrotna przebitka dla czyjejś osobistej korzyści.

Z jednej strony polskie firmy cierpią i padają przez restrykcje, ludzie organizują się, żeby bez zysku wesprzeć szpitale, a w tym czasie minister zdrowia pozwala zarabiać na tragedii firmie z nim powiązanej.
Wzorowy przykład patriotyzmu i bezinteresowności. Co do legalności tego przedsięwzięcia wypowiadać się nie będę, bo się na tym nie znam.

W międzyczasie, sowicie dofinansowane media "publiczne", zamiast poświęcać jak najwięcej czasu antenowego na edukowanie Polaków, tłumaczyć kiedy i dlaczego należy nosić maski, jak je nosić etc.  głównie straszyły. Gra na emocjach odegrała istotną rolę w izolacji społeczeństwa, ale jak widzimy dziś, na krótką metę. W sklepach zarówno ekspedienci jak klienci już maseczek nie noszą. Ta gra nie wykształci w nas długofalowo zrozumienia, jak zabezpieczać siebie i innych na wypadek podobnych zdarzeń.

- Kiedy największe autorytety w dziedzinie chorób zakaźnych i epidemiologii zgłaszały konstruktywne uwagi, co do podejmowanych działań, często krytyczne dla działań rządu, rozsyłano do szpitali pisma, nakazujące powstrzymanie się od komentarzy. Próbowano kneblować usta ordynatorom oddziałów zakaźnych, wirusologom, epidemiologom. Jak potraktowano tych, którzy się nie zastosowali, widzieliśmy po materiale TVP o prof. Simonie, kierowniku Szpitala Zakaźnego we Wrocławiu.

- Kiedy zaczęło brakować personelu w często PRYWATNYCH DPS-ach, wysyłano  tam przymusowo pielęgniarki, które ustawowo były zwolnione z tego obowiązku! Nikt im oczywiście nie zapewniał odpowiedniego sprzętu w celu zabezpieczenia się przed zakażeniem.

- Kiedy podstawą stało się u nas ograniczanie powstawania nowych ognisk w placówkach medycznych, minister zagłosował przeciwko powszechnemu i powtarzanemu badaniu pracowników ochrony zdrowia. Zamykanie kolejnych oddziałów czy nawet całych szpitali, ogniska w ośrodkach, gdzie średnia wieku to 80 lat, to przecież nie jest wystarczający powód!

Nie przerwał również farsy związanej z próbą organizowania wyborów w chwili, kiedy jeszcze zupełnie nie wiedzieliśmy, jak pandemia będzie dalej się rozwijać. Mógł przerwać ten nieodpowiedzialny marsz, dzięki czemu MY zaoszczędzilibyśmy 70 mln zł na makulaturze. Ale zarówno z ekonomią, jak i ekologią od dawna jesteśmy na bakier.

Zaniedbani zostali również pacjenci z chorobami innymi niż COVID. Zniknął jedyny szpital, który przeszczepiał w Polsce trzustki i nerki, bo zamieniono go na jednoimienny. Nawet bardziej podstawowe potrzeby zostały zaniedbane.

Z perspektywy lekarza szpitala niejednoimiennego byłem świadkiem czegoś niesamowitego - liczba procedur dla przewlekle chorych spadła praktycznie do zera. Z kolejek na zabiegi operacyjne wypadli pacjenci, którzy czekali na nie kilka lat.

Nawet dla pacjentów z ostrymi schorzeniami, ani dla lekarzy, którzy na co dzień z tymi pacjentami pracują, nie było informacji - co mamy teraz robić? Chorzy z bólami w klatce piersiowej zamiast trafić na pilną diagnostykę w SOR,  zostawali w domu, bojąc się zakażenia, czego konsekwencje dopiero będziemy obserwować. Ile przepadło przeszczepów nerek, wątroby, rogówek?

Pacjenci z odklejeniem siatkówki nagle zniknęli z ostrych dyżurów okulistycznych - kiedy trafią w końcu do okulisty, będzie już za późno, co można oznaczać nawet utratę wzroku.

Ostatecznie oddziały same musiały odnaleźć się w tej rzeczywistości, często ryzykując, że wykroczą poza dane przez MZ zalecenia i narażając się na kary finansowe.

W zasadzie cały sukces, jaki osiągnęliśmy, to, że epidemia w Polsce nie przybrała stanu tak dramatycznego jak w USA, Włoszech, Hiszpanii czy Brazylii, to zasługa nas samych. Jedyne, co dostaliśmy od MZ, to masę często sprzecznych ze sobą nakazów i zaleceń, do których sam MZ i politycy jego obozu często się nie stosowali, a wręcz się z tym publicznie obnosili – ale przecież ich ból jest lepszy... Nakazy i zalecenia, których już w zasadzie nie dało się nie wydać, patrząc na sytuację, która miała miejsce w krajach dotkniętych epidemią przed nami, a mających znacznie lepiej rozwiniętą ochronę zdrowia.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.