Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od redakcji: historię pani Beaty opisaliśmy w sobotę i niedzielę. To słuchaczka Trójki rozżalona mordowaniem jej ukochanego radia z powodów politycznych. Dlatego pojechała protestować na ul. Myśliwiecką. W sobotę zwinęła ją policja i zawiozła na komisariat, bo pani Beata nie pozwalała się wylegitymować. Gdy o sprawie zrobiło się głośno, w niedzielę rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji tłumaczył: 'Niestety można odnieść wrażenie, że raczej [kobiecie] zależało na tym, żeby zostało to zarejestrowane przez media i podkręcane. W momencie, kiedy ta osoba została przewieziona do komendy, nie było żadnego problemu z podaniem swoich danych'. Dodał, że przekazała je jeszcze przed wejściem do komendy.

Dziś pani Beata przysłała nam ten list:   

Nie będę więcej wypowiadać się przed kamerą i nie przyjadę już protestować pod Trójkę, bo zaczynam się bać nieoczekiwanego rozwoju tej sytuacji. Już w niedzielę, po nagraniu rozmowy pod Trójką, odmówiłam stacji TVN 24 przyjścia do studia.

Piszę ten list w nocy z 25 na 26 maja, bo chciałabym sprostować słowa rzecznika prasowego komendanta stołecznego policji o sposobie przekazania przeze mnie danych osobowych, gdy zawieziono mnie do komisariatu przy ulicy Wilczej. Postaram się opisać wszystko najlepiej, jak to pamiętam.

Nie jest prawdą, że podałam komukolwiek dane przed wejściem do komendy. Być może taki przekaz trafił też do innych stacji telewizyjnych czy radiowych, ponieważ widać kilka mikrofonów w trakcie udzielania wyjaśnień.

Nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do wszystkich szczegółów pomieszczenia, w którym podawałam policjantowi dane osobowe, ale dość dobrze pamiętam całą sytuację.

Znam osobę, która była na Wilczej w latach 80., po zatrzymaniu podczas demonstracji - została wówczas potraktowana brutalnie. Na szczęście mamy inne czasy i panowie policjanci traktowali mnie w radiowozie i w komisariacie uprzejmie, nawet pod Trójką - od piątku grzecznie ze mną rozmawiali.

Zagrożona poczułam się tuż przed odjazdem spod Trójki, próbowałam zadzwonić. Bałam się, że zostanie mi odebrany telefon, gdy tylko wsiądę do radiowozu. Tak się nie stało. Panowie policjanci nie zabraniali mi korzystać z telefonu.

***

Gdy dojechaliśmy na Wilczą, najpierw ktoś spytał, w jakiej sprawie mnie przywieziono. Stwierdził, że jeśli chodzi o ustalenie tożsamości, to należy pojechać na ul. Zakroczymską (chyba dobrze zapamiętałam). Wróciliśmy do radiowozu, ale po chwili ktoś z zewnątrz otworzył drzwi i powiedział, że jednak mam być przyjęta na Wilczej. Weszliśmy do środka i wtedy pojawił się mały problem ze sposobem ujawnienia przeze mnie danych osobowych - w pomieszczeniu były też inne osoby, czyli eskortujący mnie policjanci, a jeden siedział przy komputerze, zaś świadkiem rozmowy był ktoś siedzący na ławeczce za kratami.

Nie chciałam podawać moich danych w obecności tych osób. Spytałam, w jaki sposób policjant z komendy zamierza je sprawdzić, i zaproponowałam, że podam je tylko jemu, w sposób poufny. Odpowiedział, że komputer ma gdzie indziej - tam musi sprawdzić dane, a ja nie mogę z nim pójść.

Poprosiłam także o podanie podstawy do uzyskania moich danych osobowych i otrzymałam wyjaśnienie - podejrzenie, że jestem osobą zaginioną lub poszukiwaną.

Powiedziałam, że napiszę dane na kartce i powierzę je tylko jemu, i poprosiłam go o przedstawienie się. Dostałam kartkę, zdezynfekowany długopis i napisałam imię, nazwisko, datę urodzenia, imiona rodziców i adres zamieszkania.

Zrobiłam to, siedząc przy stoliku w pomieszczeniu, które było chyba izbą zatrzymań. Pan policjant powiedział, że moje dane wpisze do swojego notesu inny funkcjonariusz, jeden z tych z radiowozu, którzy weszli do budynku razem ze mną. Nie wiem, dlaczego i po co, skoro moje dane zweryfikowano już na miejscu.

Właśnie takiego spisywania usiłowałam uniknąć od piątku.

Sprawdzenie zgodności danych trwało krótko i następnie zostałam zaprowadzona do wyjścia. Podeszliśmy do radiowozu i policjant wystawił z niego mój rower. Przed odjazdem spytałam, czy mogę już wrócić i nadal jeździć pod Trójką. Usłyszałam, że tak, więc spokojnie odjechałam. Nie mam żadnych zastrzeżeń do działań policji na Wilczej.

***

Nie wiem, dlaczego rzecznik nie przedstawił informacji o przekazaniu przeze mnie danych tak, jak faktycznie ono przebiegało. Chciałabym wierzyć, że nie było jego zamiarem insynuowanie celowego działania z mojej strony, tzn. że chciałam być zatrzymana i przewieziona na komendę, bo to nieprawda.

Nie chciałam podać danych, bo - jak informowały mnie inne osoby - mam takie prawo, jeśli nie ma powodu. Prosiłam o powołanie się na paragraf, z którego mam zostać spisana przez policjanta, ale go nie podał.

Próbował też uzyskać ode mnie informację, ile mam lat. Powiedziałam, że wypytywanie o moje dane odbieram jako próbę zastraszenia, czemu zaprzeczył.

Mówiłam też, że wieczorem poprzedniego dnia (piątek 22 maja) już byłam pod Trójką z rowerem z hasłami i też chciano mnie spisać, ale odmówiłam i do niczego mnie wtedy nie zmuszano.

W sobotę zgodziłam się, aby policjanci zawieźli mnie na komisariat, o czym powiedziałam funkcjonariuszowi jasno i kilkakrotnie.

Gdy policjant mówił, że moje plakaty to jest jednak protest, powiedziałam, że to osobista forma przekazu mojego niezadowolenia.

Tłumaczenie rzecznika, że pytano mnie, czy będzie jakieś zgromadzenie, i to był powód zatrzymania, jest dla mnie niezrozumiałe, ponieważ pod Trójką wyraźnie powiedziałam, że ja niczego nie organizuję ani nie wiadomo mi, żeby jakiekolwiek zgromadzenie miało się tu odbyć.

Twierdził, że gdybym podała dane, to policjanci nie musieliby tu stać i czekać, więc zapewniłam pana policjanta, że nie muszą mnie pilnować i mogą spokojnie jechać tam, gdzie policja jest potrzebna. Nie stwarzałam zagrożenia. Popierający mój protest przechodnie - również. Mijała już chyba czwarta godzina mojego jeżdżenia na rowerze i niczego złego nie zrobiłam, więc naprawdę panowie policjanci nie musieli mnie tak długo nadzorować.

Tłumaczyłam, że była to moja własna inicjatywa i forma publicznego wyrażenia opinii. To, że podchodzili inni ludzie, zachowując dystans, fotografowali się pod Trójką i wymieniali opiniami na temat przyczyny jej upadku, to był zwykły, społeczny odzew, który mnie ucieszył, tym bardziej że nie znałam ani jednej z tych osób. Jest mi przykro, jeśli słowa na plakatach kogokolwiek uraziły, ale to słowa protestu wobec tego, co się stało ze stacją radiową, której słuchałam od początku istnienia Listy Przebojów Trójki. Zabrakło w moim życiu czegoś istotnego i dlatego sama postanowiłam wyrazić swój gniew, piętnując niedobrą zmianę, która uśmierciła tak wspaniałe radio. Zapalanie pod Trójką zniczy świadczy o tym, że nie tylko ja tak czuję. Szkoda, że są ciągle usuwane. I kwiaty. Kto to robi?!

Pikieta pod siedzibą Trójki - Programu 3 Polskiego Radia. Warszawa, 24 maja 2020Pikieta pod siedzibą Trójki - Programu 3 Polskiego Radia. Warszawa, 24 maja 2020 Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Nie wiem, kto nagrał film z mojej kolejnej rozmowy z policjantami i wsiadania do radiowozu. O nagraniu dowiedziałam się o wiele później, gdy jeździłam pod Trójką po powrocie z komisariatu.

Nie zaprzeczam, że nagranie wywołało korzystne dla Trójki poruszenie w mediach, z którego bardzo się cieszę, a właściwie cieszyłam się do poniedziałku, bo teraz to już jest powodem mojego zmartwienia. O posłance Lewicy, która filmik opublikowała, wcześniej nawet nie słyszałam.

Nie jestem osobą aktywną politycznie, ale wyraziłam swój niechętny stosunek do formacji rządzącej za to, co zrobiła Trójce - mogli ją przecież zostawić w spokoju, mając publiczną telewizję i inne programy radiowe. Trójki słuchali przeważnie inni ludzie niż zwolennicy "dobrej zmiany", więc można było tę jedyną stację, której słuchałam, oszczędzić.
---
Co chcielibyście powiedzieć pani Beacie? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.