Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Cały świat i Polska żyją pandemią COVID-19. Media śledzą codziennie licznik zakażeń/zgonów/wyzdrowień. Jest to zdecydowanie temat numer jeden. Każdy jest zmęczony sytuacją dystansowania społecznego, ale przekaz medialny powagi sytuacji, szczególnie jeśli wzmocniony widokiem ciężarówek z trumnami, robi swoje i większość bez zbędnych pytań dostosowuje się do zaleceń.

Ale czy w tym wszystkim nie zapomnieliśmy o jednym, lecz ważnym szczególe. COVID-19 nie jest jedyną chorobą na świecie. Wybuchł pół roku temu, od tego czasu zakaził setki tysięcy, a nawet miliony osób. Ale w tym samym czasie wszystkie inne choroby, które przez lata istniały, nie zrobiły sobie urlopu od zarażania i nie ustąpiły mu pola. One wszystkie istnieją i - co więcej - zarażają i zabijają w tym samym tempie co zawsze, o czym chyba zapomnieliśmy.

Jest też grupa społeczna, która w mojej ocenie jest obecnie totalnie zignorowana i pozostawiona samemu sobie. To osoby po zabiegach operacyjnych, które wymagają okresowych badań kontrolnych i opieki lekarskiej.

Nie piszę tego tekstu z pobudek politycznych, żeby obsmarować rządzących. Piszę, żeby poruszyć ten problem, bo jest ważny, istnieje realnie, w rzeczywistości. Mam nadzieję, że poprzez media zostanie bardziej dostrzeżony i ktoś się tym zajmie. Problem ten także osobiście mnie dotyczy.

Ponad rok temu zdiagnozowano u mnie dość rzadki typ guza. Podczas badań okazało się, niestety, że oprócz tego pierwszego mam kolejny. Kiedy wydawało się, że jakoś uporałem się z TYMI łobuzami, badanie kontrolne rezonansu magnetycznego pokazało trzeciego guza, małego, ale, niestety, niekorzystnie i ryzykownie umiejscowionego. Guzy zostały wycięte, ale operacje miały też swoje komplikacje, z którymi do dziś walczę.

W zeszłym tygodniu poszedłem do szpitala, by potwierdzić wizytę kontrolną u specjalisty oraz ważne badanie kontrolne, na które czekam od pół roku. Ochroniarz zatrzymał mnie w drzwiach szpitala, informując, że cała przychodnia jest zamknięta, nie ma żadnych wizyt ani badań, a realizowane są jedynie najbardziej pilne i bezpośrednio zagrażające życiu przypadki. To oznacza de facto, że obecnie nie funkcjonuje zapobiegawcza i kontrolna opieka lekarska. Wynika z tego, że dostaniesz się do szpitala, jeśli w danej chwili rodzisz, jesteś połamany albo umierasz. A to, że zmagasz się z ciężką chorobą wymagającą badań i wizyt kontrolnych, to chyba nie jest ważne. Może trochę przesadzam. Nie wiem. Póki co nie mam żadnej informacji, co z badaniami. Więc czuję, że nikt nie przejmuje się losem takich jak ja.

Jest rozpisana strategia na powrót do normalności w każdej sferze życia. Wiemy, ile osób ma być w tramwaju, restauracji, u fryzjera, a nawet w kościele. Ale nie pamiętamy o osobach, które bardziej od możliwości obcięcia włosów martwi to, czy i kiedy zostaną u nich skontrolowane tzw. choroby współistniejące.

COVID-19 zabija, jak wiele chorób. Nawet grypa zabija. Wskaźnik śmiertelności COVID-19 na świecie to ok. 6,8%, a w Polsce ok. 5%. Jest pewnie mnóstwo osób cierpiących na różne choroby, które w celu ratowania życia muszą podejmować decyzję o 5-proc., a nawet 10-proc. ryzyku śmierci. Ile setek, a może tysięcy osób nie dostanie dziś szansy podjęcia takiego ryzyka, bo system opieki zdrowotnej został sparaliżowany przez ostatnie dwa miesiące. Czy bagatelizuję COVID-19? Oczywiście, że nie. Cholernie się go boję, bo wiem, że w razie zakażenia być może byłbym w gorszej pozycji, no bo przecież mam tzw. choroby współistniejące. Dlatego trzymam się zaleceń. Nie wychodzę z domu, kiedy nie muszę, mimo że jest to już męczące.

Dziś przychodnie przyszpitalne są zamknięte, wszystkie badania odwołane. Mam za kilka dni badanie kontrolne, na które czekam pół roku. Na pewno go nie będzie. Na kiedy zostanie przeniesione? Nie mam pojęcia, bo z nikim nie mam kontaktu.

A co z osobami, które podobne badania miały miesiąc, dwa miesiące temu. Oni też ich potrzebują. Co to spowoduje? Olbrzymie kolejki, które i tak są ogromne w służbie zdrowia. Przełożone badania kontrolne spowodują, że leczenie wielu pacjentów zostanie wstrzymane, w najlepszym wypadku opóźnione. Późna diagnoza choroby w wielu wypadkach oznacza trudniejsze i kosztowniejsze leczenie, a w niektórych przypadkach niestety śmierć. Dlaczego ich nie widzimy? Dlaczego nie traktujemy potencjalnych ofiar zaniedbania opieki medycznej także jako ofiar COVID-19?

W trakcie ostatnich 2 miesięcy, kiedy w Polsce umarło na COVID-19 ok. 900 osób, w tym samym czasie na inne choroby umarło wiele tysięcy ludzi. Pytanie, ile osób umrze albo umrze w niedługim czasie z racji braku stałej opieki, albo zbyt późnej opieki.

Zwracam uwagę na ten temat, gdyż osobiście mnie on dotyczy. Natomiast, nawet nie tyle martwi mnie moja sytuacja, gdyż lepiej lub gorzej, ale jakoś sobie w niej radzę. Martwię się bardziej o innych, starszych, samotnych, którzy mają ograniczone źródło pomocy, nie wiedzą, jak korzystać z internetu, gdzie zadzwonić, żeby się czegoś dowiedzieć. Takim osobom szczerzę dziś współczuje, zdecydowanie bardziej niż samemu sobie.

Zadaje także pytanie wam – mediom. Dlaczego nie zwracacie na to uwagę i nie przypominacie decydentom, ale także i społeczeństwu, że pomoc należy się wszystkim, także i obecnie przewlekle chorym, bo są słabsi, ale przede wszystkim dlatego, że mają takie same prawa jak inni. Niestety, brutalna prawda jest taka, że decyzje decydentów determinowane są przez nastroje społeczne (żeby nie powiedzieć: nastroje przyszłych wyborców), a nastroje społeczne w dużym stopniu kreują także media. Mam wrażenie, że wykreowanie pandemii COVID-19 do sytuacji niemal apokaliptycznej wymusiło także na władzach i decydentach bardzo zdecydowane środki zaradcze. Środki, które nie biorą jeńców, niszczą każdą sferę życia: gospodarkę, czas wolny, ale także i prawo do równego dostępu do opieki.

Sklepy spożywcze były otwarte cały czas w czasie kwarantanny, co jest oczywiste, bo dzięki nim mamy co jeść. Jest to zdecydowanie ważniejsza usługa niż sklepy odzieżowe, kina, restauracje, a nawet fryzjerzy. I tu była pełna akceptacja społeczna. Dla osób przewlekle chorych, po operacji wymagających badań, rehabilitacji (nie masaży relaksacyjnych, a rehabilitacji przywracającej niekiedy funkcje życiowe) równie ważna oprócz jedzenia jest stała opieka lekarska.

Cały czas nie wiadomo, kiedy publiczne przychodnie się otworzą. Ale nawet zakładając, że stanie się to za tydzień lub dwa, to czy Ministerstwo Zdrowia ma plan działania.

Co zrobić z osobami, których wizyty/badania przypadły na czas kwarantanny. Co z osobami, które mają zapisane wizyty i badania w terminie, kiedy będzie już wszystko otwarte. Czy wszystkie wizyty przesuwamy o te 2 miesiące, w których było wszystko zamknięte.

Lecimy tym samym samolotem o nazwie służba zdrowia. Nie jest on najnowszy. Jest taki, na jaki nas stać albo może stać nas na lepszy, ale źle wydajemy pieniądze i mamy to, co mamy. Tym więcej zależy od załogi, a przede wszystkim pilotów. Szkoda by było, gdyby za jakiś niedługi nawet czas ktoś z załogi krzyknął - czy leci z nami pilot? lub - co gorsza - obyśmy nie usłyszeli z kokpitu - Terrain ahead. Pull up, Pull up!

Czekamy na Wasze komentarze, piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.