Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od redakcji: autorka mieszka w USA. 

***

- Niy rhozumiem - powiedziała po polsku, z tym swoim uroczym akcentem, moja amerykańska żona.

- Czego nie rozumiesz, kochana? - zapytałam po angielsku z moim polskim akcentem. (Żona zna kilka garści polskich słów i zwrotów, ale ciężko z tego skleić całą konwersację)

- Niy rhozumiem, co czytam - odpowiedziała po polsku. Spojrzałam na jej iPada, by zobaczyć, co czyta. Tekst na ekranie był po angielsku o polskich wyborach prezydenckich. - Dlaczego nie rozumiesz? - pytam po angielsku, więc żona też przechodzi na swój ojczysty język:

- Nie rozumiem, czy w Polsce są wybory, czy ich nie ma w tę niedzielę.

- Są, ale ich nie ma - odpowiadam, zrywam się z kanapy i daję nogę do kuchni. Niestety żona z pustym kubkiem bieży za mną i drąży temat po drodze:

- Są, ale nie są?

- No właśnie TAK!!! - Wyrzucam z siebie tę oczywistość, dolewam jej kawy i mleka i milczę takim najbardziej nonszalancko obojętnym i znudzonym milczeniem, na jakie mnie stać.

Odstawiam mleko do lodówki i zaczynam grzebać w szufladzie z marchewką i trochę zwiędłym porem. - Wyrzucić? - pytam, pokazując żonie por i modląc się, by zmiana tematu uzyskała potrzebne tarcie.

- Dziś go posiekam, nie wyrzucaj. To mówisz, że są i nie są wybory? To bardzo ciekawe! Co to znaczy? Jak to się robi? Wytłumacz, proszę - popija kawę i sadowi się na stołku przy barku.

Stoję z tym zwiędniętym porem i mu zazdroszczę. On będzie ocalony. A ja idę na stracenie: - No wybory są, ale głosowania nie będzie - mówię i wiem, że lecę w przepaść.

- Jak to? Ludzie bojkotują? - Żona tarmosi temat, jak szczeniak przytroczony do nogawki.

- Ludzie chcieli bojkotować, gdy wybory miały być, ale teraz, gdy wybory są, choć ich nie będzie, żeby je zbojkotować, trzeba by chyba zagłosować - mówię niepewnie i wiem, co żona myśli. Myśli, że mi się angielski popier...

- Honey!!!??? - usłyszałabym takie same znaki zapytania podszyte wykrzyknikami, gdybym próbowała ten zwiędnięty por wsadzić sobie do nosa. - What the hell, are you talking about?! (Co ty mówisz, do cholery?!) - dopytuje bez litości.

TRZEBA BYŁO, KURNA, W TYM 2015 RZUCIĆ POLSKI PASZPORT, ZAPOMNIEĆ, ODCIĄĆ SIĘ, NIE PRZYZNAWAĆ! TRZEBA BYŁO DO KOSZA WYWALIĆ tę słowiańską duszę, te malwy i Chopiny, te karuzele z Demarczykami, kurki w śmietanie z borowikami, Kuronie i Michniki, kwitnące kasztany i zmrożoną wyborową, głupie Osieckie i Szymborskie i jeszcze głupsze Mazury, Kulturę i pierogi, i bigos bieszczadzkich niedźwiedzi!

Zamiast tego zachciało się bawić w opozycję przez ocean i żonę szeroko i głęboko o sytuacji w Polandzie edukować. No to teraz jemy tę żabę, jemy!

Odruchowo przeżegnałam się w myśli, choć jestem głęboko niewierząca, i odciągnęłam zawleczkę:

- No czego tu nie rozumiesz?! Wybory są ogłoszone, ale wyborów nie będzie, bo nie zrobi się głosowania, żeby unieważnić te wybory z powodu ich nieodbycia, co się dla odmiany zrobi, żeby ogłosić nowe wybory!!!

Proste i tak samo oczywiste jak to, że wybory robią teraz w Polsce listonosze! Tak, listonosze! Poczta Polska! Dobrze słyszysz, Postal Service! Dlaczego listonosze? A bo ja wiem?! Może strażacy są zajęci!

Kubek żony wisiał już w powietrzu od jakiegoś czasu, więc było mi wszystko jedno:

- Listonosze się jednak od tych wyborów odcięli. Odciął się też minister, który miał listonoszy nadzorować i mówił, że listonosze się nie odetną. Wydrukował im nawet w tajemnicy 30 mln kart do głosowania i też się od nich odciął.

Te karty są do pobrania - wolno fruwają po ulicach, ale nie ma gdzie ich wrzucać, bo komisja, która już tych wyborów nie organizuje, też się od nich odcięła i nie da urn. Listonosze nie dadzą skrzynek, bo tych kart oficjalnie nie ma, bo ich nie drukowali, tak jak i minister, który je wydrukował przed odcięciem się.

Już mi było naprawdę wszystko obojętne, więc zdecydowałam się kontynuować:

- Pani, która ogłosiła te wybory, nie mogła się od nich odciąć, więc poprosiła grupę kolegów ze stołówki, która gotuje obiady prezesowi Kaczyńskiemu, by poparli ją w ogłoszeniu tych wyborów w innym terminie.

Koledzy nie zdążyli się wypowiedzieć, bo prezes przed obiadem dogadał się z innym posłem, że Sąd Najwyższy unieważni te wybory, których nie będzie, czyli unieważni coś, czego nie ma, i będzie po sprawie. Wtedy ta pani, która ogłosiła wybory i nie może się od nich odciąć, będzie mogła ogłosić nowe wybory.

No co się tak na mnie gapisz? Wszystko jest pod kontrolą. Jedyny drobny problem jest z tym, że nie do końca wiadomo, kto w tych nowych wyborach będzie kandydował.

W tych wyborach, których nie będzie, kandydują nawet ci, którzy je bojkotują, a w tych nowych to będą mogli wziąć udział ci, co skończyli 35 lat po terminie tych wyborów, w których nie mogli brać udziału, bo byli za młodzi, i których nie będzie, a które i tak się unieważni przez rozkaz, który dostali niezawiśli sędziowie Sądu Najwyższego.

Wybór będzie między wszystkimi, którzy kandydują, bojkotują, mieli 35. urodziny, i jednym kandydatem, który ma wygrać i ma pozwolenie na prowadzenie kampanii wyborczej w telewizji, której ostatnio dał pieniądze.

Wrzuciłam por z powrotem do lodówki i poszłam sobie. Wytłumaczyć cokolwiek Amerykanom jest jak rąbać kamienie.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.