Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie pociąga mnie milleneryzm. Twierdzenie o końcu wszystkiego osłabia siły. Jeśli jest poczuciem obezwładniającym, pozbawia sił zupełnie. Zgadzam się z tymi, którzy nie sądzą, byśmy żyli w wyjątkowych czasach. Mamy wyjątkowo trudną sytuację na wielu frontach, ale ostatecznie nic się nie skończy. Nawet planeta sobie poradzi. Tylko to nam, ludziom, będzie lepiej albo gorzej. Tylko nasza nadwiślańska sytuacja albo zamknie nas na długo w zupełnym rozkładzie demokratycznego państwa prawa, albo przynajmniej pozostanie pewna skalista opoka, dzięki której będziemy mogli odbić się od dna i naprawić to, co zniszczono.

3 maja to dzień bliski każdemu, kto czuje przywiązanie do kraju, w którym wspólnie żyjemy. Jest refleksem naszej dziwnej, trudnej, pokręconej historii, w której nic nie jest proste, a rzadko tylko kiedy zero-jedynkowe. Nie pamiętam, by kiedykolwiek nastrój był tego dnia tak, co tu kryć, rozpaczliwy. Po niemal dwumiesięcznej izolacji, luzowanej teraz tym chaotyczniej, im intensywniej ją wprowadzono. W niepokoju o najbliższe dni. W totalnym ataku na podstawowe normy prawne, bez których nasza umowa społeczna zwyczajnie przestaje obowiązywać, a czarne scenariusze rysują się już nie tylko jako kasandryczna wizja przewrażliwionych współziomków. To samospełniający się scenariusz, do którego sami doprowadzamy. W widmie kryzysu dewastującego ekonomiczne podstawy naszego wspólnego funkcjonowania. W kłótniach, których efekty pozostaną po naszej stronie na długie miesiące, a pewnie i lata. W zupełnym zaprzaństwie obozu rządzącego wymierzonym w tak przez nich niecierpianą Konstytucję III RP. W pozbawionym rozsądku i hamulców niedojrzałym postępowaniu opozycji, w tym naszej, prodemokratycznej. Witaj, majowa jutrzenko, świeć naszej polskiej krainie!

Będę nadal, z konsekwencją tą samą, z którą od grudnia 2015 r. stoję na ulicach i placach mojej Łodzi oraz Warszawy i innych miast, obstawał przy bojkocie pisowskiej pocztyliady.

To zwyczajnie nie są wybory ani kpina z wyborów – to jest pierwszy od Jesieni Narodów i odzyskania przez Ojczyznę niepodległości zamach na wybory. Nie umiem przejść obojętnie wobec nikczemnego, wieloaspektowego podeptania polskiej ustawy zasadniczej (art.art. 2, 7, 8.1, 8.2, 9, 10.1, 10.2, 16.1, 26, 30, 32.1, 32.2, 36, 37, 62.1, 77.1, 79.1, 83, 87.1, 88, 112, 123.1, 126.2, 126.3, 127.1, 128.2, 146.2, 149.1, 190.1, 228.1, 233.3). Wszystkie te przepisy połamano w kwietniu albo proceduje się akty prawne łamiące je w sposób oczywisty do zastosowania w maju. Zlekceważono normy konstytucyjne i obowiązujące wyroki TK (2006, 2009, 2011) dotyczące półrocznej ciszy legislacyjnej odnośnie do wprowadzania istotnych zmian prawa wyborczego.

Nie odbyła się normalna kampania wyborcza. Nie zostanie zapewniona ani powszechność, ani równość, ani tajność procedury wyborczej. Marszałkowi dano niekonstytucyjne uprawnienie manipulowania raz już ogłoszonym terminem wyborów. Kilka dni przed głosowaniem ogół obywateli nie wie, na jakiej zasadzie (i na jakiej podstawie prawnej) odbędzie się elekcja głowy państwa. Setki tysięcy pełnoprawnych obywateli w praktyce odsunięto od czynnego prawa wyborczego.

Tryb przygotowań jest bezprawny, urąga standardom, nie gwarantuje już nawet nie tylko praw wyborców, ale nawet sukcesu samego przedsięwzięcia. Nie, tak nie wyglądają wybory prezydenckie w III RP ani w żadnym demokratycznym państwie.

Wszystko to przecież wiemy. Wiemy od początku, od owej haniebnej poprawki 177, danej pod osłoną ciemnej nocy wbrew przepisom, a wprowadzającej głosowanie korespondencyjne dla osób starszych, izolowanych i kwarantannowanych (nic tak dobrze jak sama idea takiego przepisu nie pokazuje determinacji rządzących do przeprowadzenia wyborów za jakąkolwiek cenę).

Skąd wiemy? Przecież wystarczy posłuchać konstytucjonalistów i znawców prawa. Prowadzą nas za rękę, wyjaśniając każdy kolejny aspekt i kolejną prawną minę podkładaną przez podłą zmianę. Adam Strzembosz, Wojciech Hermeliński, Andrzej Zoll, Ewa Łętowska, Ryszard Piotrowski, Marek Safjan, Marek Chmaj, Anna Rakowska-Trela, Jerzy Stępień, Piotr Tuleja, Adam Bodnar, Jerzy Zajadło, Piotr Mikuli, Maciej Gutowski, Włodzimierz Wróbel, Wojciech Sadurski, Marcin Matczak, Hubert Izdebski, Jacek Zaleśny, Maciej Pach, Monika Haczkowska. Wszyscy oni, choć dzielą ich specjalizacje, doświadczenie instytucjonalne, wiek, światopogląd, sposoby argumentacji, szkoły badawcze i uczelnie (z których się wywodzą lub w których afiliują) – w tych dniach próby mówią jednogłośnie. I są azymutem – możliwe, że najlepszym. Nie tylko bowiem wiedzą, o czym mówią, ale przede wszystkim myślą kategoriami racji stanu i państwa prawa.

Wniosek wypływa prosty z choćby pobieżnej obserwacji ostatnich dni: jesteśmy w stanie największego kryzysu państwa i prawa od 1989 r. Narastał od 2015 r., teraz wokół wyborów prezydenckich eksplodował, grożąc Polsce najstraszliwszymi konsekwencjami. Nie przesadzam.

Gdzie tylko mogłem i gdzie tylko miałem szansę przedstawić swój pogląd, od poprawki 177 pisałem i mówiłem: nasze uczestnictwo w pocztowym eksperymencie będzie tylko legitymizowało łże-elekta i utrudni podważenie pseudowyborów, o ile do pocztyliady dojdzie. Środki konstytucyjne, które należy zastosować, są proste: ogłoszenie stanu klęski żywiołowej i konwencjonalne wybory 90 dni po jego formalnym wygaśnięciu. To środki proste i wskazane. Nikt, wbrew dezinformacjom władz, nie widzi uzasadnienia i nie oczekuje stanu wyjątkowego. Nikt nie skłania rządzących do ekscesywnego ograniczania praw obywatelskich w razie zadekretowania klęski – byłoby to zresztą niezgodne z konstytucją. Nikt nigdy nie wpisał do ustawy pozwalającej na rekompensatę szkód zapisów, które doprowadziłyby do bankructwa państwa – to kolejny celowo rozpowszechniany nieprawdziwy mit.

Byłem wielokrotnie pytany w ostatnich dniach: „bojkot i co dalej?”. Odpowiedź padała często, zanim zdążyłem replikować – brzmiała: „to pięć lat Dudy do 2025 r.”. Słyszałem: „walkower”, „podnosicie białą flagę”, „zostaniecie z poczuciem moralnej wyższości”, „szkodzicie krajowi”, „nie wygramy tego, bo wy bojkotujecie”. Nic z tych rzeczy. Tyle że półgodzinne zakrzątnięcie się wokół pakietu „wyborczego” od skrzynki do skrzynki to w istocie mniejsza walka i mniejszy wysiłek niż choćby napisanie własnego protestu wyborczego (a tych winno być co najmniej kilkaset tysięcy), a tym bardziej gotowość do pokojowego, ale przecież męczącego protestu w Warszawie, jeśli sytuacja się zaogni. Może nawet wielodniowego. Dowiadywałem się też, że prawo do protestu ma ten tylko, kto głosował, a przecież kodeks wyborczy wyraźnie gwarantuje składanie protestu każdemu wyborcy, którego nazwisko w dniu wyborów było umieszczone w spisie wyborców w jednym z obwodów głosowania.

Rozumowanie moje jest dość proste: ktokolwiek wygrałby pocztyliadę, nie będzie legalnym prezydentem Rzeczypospolitej. Co więcej, nawet miażdżące zwycięstwo obecnego prezydenta krzywoprzysięzcy przy frekwencji 20 proc. nie zapewniłoby mu pięcioletniej, całej kadencji.

Przy odpowiedniej solidarnej współpracy wszystkich ważnych czynników (opozycja prodemokratyczna w parlamencie, opozycja uliczna, organizacje międzynarodowe, niezależne autorytety, państwa demokratyczne) do opamiętania musiałoby dojść szybko. I nie, nie mówcie mi, proszę, że żaden z tych czynników nie zadziała – ulica modelowo, pokojowo i konsekwentnie protestowała w sprawach dużo trudniejszych do wyjaśnienia ogółowi, opozycja w parlamencie potrafiła ostro protestować z dużo błahszych powodów (pamiętacie pucz kanapkowy?), a organizacje ponadnarodowe i państwa Zachodu, jakikolwiek by ich kryzys spotkał, nie przestaną działać i funkcjonować. Wielki wielodniowy protest uliczny to ostateczność, ale i ten na końcu drogi trzeba wziąć pod uwagę – ale w miarę możności nam go oszczędzić, byle zgodnie z prawem. Nie trzeba od razu wróżyć Majdanu, bo Polska i Ukraina to dwa kraje o dwóch bliskich, ale różnych losach. Pokojowe protesty wobec zakusów władz nie zawsze kończą się fiaskiem. Ostatnio pokazali to choćby Ormianie w 2018 r.

W takiej sytuacji, przy niekonstytucyjnej ustawie wciąż procedowanej w Senacie, w grząskim bagnie obecnej sytuacji politycznej, nie dziwię się zagubieniu moich znajomych. Nie mam pretensji do tych, którzy poważnie rozważają, czy może jednak nie skorzystać z pakietu i wizerunkowo nie obniżyć notowań Andrzeja Dudy (no tak, tylko to podniesie frekwencję i daje ryzyko legitymizacji bezprawia, a poza tym pozostawia z boku tych, którzy szansy głosowania nie dostali – odpowiadałem). Niemniej nie dziwię się. Wielu z tych, którzy protestowali pod TK, KRS, SN i w tylu innych sprawach, chciałoby przecięcia węzła gordyjskiego już teraz. A potem się zobaczy.

Nie mogę jednak zrozumieć postawy publicystów lewicowych i liberalnych, nierzadko moich serdecznych Koleżanek i Kolegów, którzy zaczęli mniej więcej po dwóch dniach zrazu poddawać myśl, a potem obstawać przy głosowaniu à la Sasin z wyżej wymienionych względów i przy użyciu cytowanej barwnej, acz krzywdzącej metaforyki.

Wielu z nich wspierało i wspiera szczerze obronę demokratycznego państwa prawa w Polsce, odkąd pojawiła się paląca potrzeba wzmożenia. Tym bardziej nie potrafię pojąć, jak mogą teraz, na ostatniej prostej, przemawiać za czymś, co stoi w jawnej sprzeczności z obroną konstytucji. Jak mogli uwierzyć, że włączając się w pisowskie szalbierstwo, w eksperyment sprzeczny z prawem, doprowadzą do przywrócenia prawnego ładu w Polsce? Przy najszczerszych sercach mojego Koleżeństwa to jest właśnie naiwność, złudzenie sprytu i skuteczności politycznej, to jest pchanie się w paszczę lwa.

A już zupełnie nie jestem w stanie pojąć tego, co dzieje się po stronie opozycji parlamentarnej i sztabów poszczególnych naszych kandydatów. Wiem, są w ojczyźnie rachunki krzywd. Ktoś kogoś paternalistycznie traktował, ktoś komuś podbierał elektoraty, a czasami nawet i posłów. Ktoś ma inne idee, ktoś chciał być liderem, ktoś chciał zachować niezależność. Ktoś uwierzył we własne powodzenie i nabrał wiatru w żagle, ktoś chciał skończyć z partyjniactwem, ktoś poszedł na rozmowę najpierw z tym, a nie z tamtym. Tyle że wszystko to jest zabawką w obecnym momencie historycznym.

Żarty na bok, przyjaciele. Wygrywanie swoich partykularnych interesów, gdy państwo tonie, nie świadczy li tylko o tym, że znaczna część polityków po naszej stronie nie dorosła do roli i odpowiedzialności – natrętnie, z każdym dniem coraz bardziej, nasuwa się smutne i upokarzające zwłaszcza nas, Waszych wyborców, podejrzenie, że dobro własne i grupowe przedkładacie nad dobro wspólne. Wasze wezwania, byśmy nie dawali się podzielić, są niczym – bo to Wy nas podzieliliście i nasilacie podziały z każdym bezrefleksyjnym tweetem, z każdą konferencją, z każdą zachętą do wzięcia sasinowej przesyłki do rąk.

Wyszarpywanie sobie teraz elektoratów jest niegodziwe. W przyszłości, mam nadzieję, ręka w rękę będziecie musieli naprawiać polską demokrację, a ta okoliczność tym bardziej winna skłaniać Was do współpracy, a nie żałosnych ciosów w braterskie/siostrzane piersi, w obliczu dużo większego zagrożenia. "Titanic" tonie, a Wy nawet nie gracie. Tłuczecie się po głowach instrumentami muzycznymi, a my, pasażerowie, toniemy.

Mieliście być niezależni. Wielu z Was wprowadziliśmy po raz pierwszy do parlamentu właśnie po to. Czy znajdzie się teraz choć jeden Obama, senator z Illinois, albo McCain, senator z Arizony, którzy mieli odwagę nie raz i nie dwa okazać niezależność wobec interesu partyjnego? Czy przestaniecie zalewać swoje i nasze portale społecznościowe echami wypowiedzi Waszych liderów, przekazami dnia, które tak nas irytują i które tak wydrwiwamy w obozie rządzącym? Czy możecie – tak jak o to walczymy w pokojowych demonstracjach i pikietach od grudnia ’15 – przywrócić parlamentowi i parlamentarzystom podmiotowość, usiąść do poważnych rozmów w Waszych środowiskach politycznych, przeforsować choćby krótkotrwałą solidarność? Jednolite stanowisko i plan, który uratuje zarówno nas, jak i pryncypia polskiego porządku konstytucyjnego? Bez niego jesteście przecież jeszcze bardziej bezbronni niż my. Obama i McCain także popełniali błędy, na każdym etapie politycznej kariery. W kilku jednak kluczowych chwilach potrafili zachować się właściwie, i godnie i skutecznie, poprawniej niż całe ich przepotężne partie. Bardzo na Was czekamy.

Jedno ważne zastrzeżenie: nie, nie dostrzegajcie we mnie wyborcy konkretnej partii, o której, czytając ten tekst, być może pomyśleliście. Wahałem się pomiędzy trojgiem kandydatów, widząc mankamenty każdego z nich. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że już w ubiegłym roku agitowałem za jednym wspólnym kandydatem PO/KO, Lewicy i PSL wybranym spoza partyjnych kręgów. Nazwiska moich faworytów ukryte są kilka akapitów wyżej, bo podstawowym zadaniem nowego prezydenta RP będzie obrona misternej konstrukcji polskiego ustroju przed finalnym zawaleniem. Nie miałem siły przebicia, jestem wszak zwykłym obywatelem. Zwyciężyły racje partyjne. Pomyślcie tylko, jak bardzo byłoby teraz inaczej, jaką taka opcja wymusiłaby teraz Waszą zgodność.

Niektórzy z Was posługują się ostatnio uporczywie przykładem pierwszych częściowo wolnych wyborów z czerwca 1989 r. Jako historyk proszę, nie róbcie tego. Rozmowy Okrągłego Stołu i tamto głosowanie miało zupełnie inny wymiar. Wychodziliśmy po 45 latach z rozkładającej się, ale nadal momentami zabójczej dyktatury bez wolnych wyborów, teraz stawką jest pierwszy po 1989 r. zamach na wybory, przygotowany przez partię, która, o paradoksie!, kwestionowała wyniki prawidłowych normalnych wyborów – dopóki ich nie wygrała. My postąpiliśmy inaczej: obserwowaliśmy wszystkie głosowania od 2015 r. ze wzmożoną czujnością, protestowaliśmy przeciwko maślanemu autorytaryzmowi, przeciw temu bezprecedensowemu autogolpe rządzących – ale nigdy nie zakwestionowaliśmy demokratycznego mandatu władz do rządzenia na podstawie i w granicach prawa. Jeśli pocztyliada dojdzie do skutku, będziemy to robić, ktokolwiek by wygrał. Dlatego tak naprawdę nie wygra jej nikt. Przegramy wszyscy, włącznie z PiS.

Tegoroczny 3 maja obchodziliśmy bardzo już w naszej części sceny skłóceni; to się będzie zabliźniało dłużej, niż myślicie. Ale jest jeszcze kilka dni. Kilkaset godzin na wyprostowanie sytuacji. Nikt nie obwini Was i nie stracicie na tym, że zmienicie prezentowane dotąd stanowiska. Nie wchodźcie w pułapkę zastawioną przez rządzących, nie gódźcie się też na zmiany konstytucji w takich warunkach.

Forsujcie to, co jest z ustawą zasadniczą zgodne. Proszę, zacznijcie już teraz, bo nie ma minuty do stracenia. Dajcie nam tę jeszcze jedną polską wiosnę, póki jesteśmy demokracją, chorą, ale jednak. Dajcie nam nadzieję! Inaczej będziemy musieli wychodzić z nieszczęścia latami. Wtedy, śmiem twierdzić, już bez Was.

Andrzej Kompa ur. w 1980, historyk, wykładowca akademicki UŁ, bizantynista i starożytnik. Bezpartyjny. Od grudnia 2015 r. aktywny uczestnik opozycji ulicznej w Łodzi, członek KOD i KPH

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.