Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Anita Karwowska: Od 16 marca prowadzone przez panią przedszkole i klub dziecięcy zgodnie z zarządzeniem rządu są z powodu epidemii zamknięte. Jakie są tego skutki?

Agnieszka Warzywoda, dyrektorka przedszkola i klubu dziecięcego w podwarszawskiej gminie Nieporęt: – Problemy zaczęły się już w pierwszych dniach, kiedy ogłoszono zamknięcie placówek. Od razu w mojej skrzynce mailowej znalazłam wiadomości od kilkorga rodziców z zapowiedzią, że w związku z nastałą sytuacją wstrzymują opłaty.

Jak pani zareagowała?

– Prosiłam rodziców o cierpliwość i skonsultowałam się z radcą prawnym, czy w takich okolicznościach umowa pomiędzy rodzicem a przedszkolem obliguje go do wniesienia opłaty. Odpowiedz była twierdząca. Rodziców obowiązuje umowa oraz opłaty.


Początkowe informacje z Urzędu Ochrony Praw Konkurencji były jednak nieco inne. Pierwsza stanowisko było takie, że rodzice mają prawo nie zapłacić, ponieważ nie jest wykonywana usługa opieki, za którą pobierana jest opłata. Kolejne informacje były jednak bardziej optymistyczne. Radzono, aby przedszkole porozumiało się z rodzicami.

Rozpoczęłam więc negocjacje z rodzicami. Kilkoro rodziców przyjęło wspólny front i zażądali rozwiązania umów w trybie natychmiastowym. Nie doszło do tego, ponieważ w obronie przedszkola stanęła pozostała część rodziców. Wiedzieli, że zerwanie umów albo całkowite wstrzymanie opłat będzie oznaczało koniec naszego przedszkola. A zależało im, by kiedy to wszystko się skończy, ich dzieci miały dokąd wrócić.

To musiały być trudne rozmowy – większość z nas znalazła się w sytuacji niepewności dalszego zatrudnienia, zawieszenia biznesu albo utraty pracy. Argumenty mają więc obie strony.

– Wiem, że niektórzy z rodziców naszych podopiecznych są w sytuacji jeszcze trudniejszej niż ja. Mam w tym gronie przedsiębiorców, którzy prowadzą mikrofirmy, które nie funkcjonują. Są rodziny, gdzie oboje rodziców straciło z dnia na dzień źródło dochodu, nie mogą prowadzić działalności. Jeszcze wnieśli opłatę za marzec, ale możliwe, że więcej już nie dadzą rady zapłacić.

Z rodzicami kontaktowałam się osobiście i ustalałam warunki brzegowe. Zrezygnowaliśmy z opłat za posiłki, a po przeliczeniu kosztów zaproponowałam im obniżkę opłaty miesięcznej o 20 proc.



Rodzice uznali, że to niewystarczające. Usiadłam więc do kolejnych wyliczeń i do rozmów z pracownikami, bo niższe opłaty wymuszają również obniżkę wynagrodzeń. Z jednej strony negocjowałam więc z rodzicami, z drugiej ustalałam warunki z moim zespołem. Miałam jeden cel: przyjąć rozwiązanie, które pozwoli mi na utrzymanie wszystkich miejsc pracy.

Udało się?

– Na razie tak.

Jakim kosztem?

– Opłaty zredukowałam o ponad połowę, do minimum pozwalającego nam przetrwać. Pracownicy, ja również, mamy obniżone wynagrodzenie o 20 proc. z gwarancją na pół roku, że w tym czasie nie rozwiążemy umów o pracę.

Zdecydowałam się na to, ponieważ chcę skorzystać z dofinansowania „tarczy antykryzysowej”. Dzisiaj zgodnie z jej zapisami firma może dostać maksymalnie do 40 proc. średniej pensji na każdego pracownika, pod warunkiem że obniży wynagrodzenie w zakładzie o 20 proc. Liczę, że dostaniemy te środki, choć na razie nie mamy wciąż odpowiedzi.

Ile miejsc pracy ocaliła pani dzięki temu?

– W sumie kilkanaście osób. Staram się zapewnić przyjazne miejsce do pracy, zatrudniam więc na etat. Mam od kilku lat stałą, dobrą, lubiącą swoją pracę kadrę. Współpracujemy również z terapeutami i psychologami, ponieważ mamy też pod opieką dzieci z orzeczeniem o potrzebie edukacji specjalnej.

Są jeszcze inne rozwiązania w tarczy, z których może pani skorzystać?

– Obecnie nie.

Szczególnie trudno jest z klubem dziecięcym, grupami żłobkowymi. Z racji tego, że w naszej gminie nie są dofinansowywane, prowadzenie klubu zawsze było balansowaniem na krawędzi. Utrzymywałam go z opłat rodziców oraz mikrodotacji z programu rządowego Maluch w zeszłym roku w kwocie 100 zł, w tym 135 zł miesięcznie na dziecko.

Boję się też o przedszkole, które utrzymuję z wpłat rodziców i dotacji gminy. Oba źródła są niezbędne, by móc prowadzić placówkę.

Jak pani ocenia pomoc państwa dla przedsiębiorców?

– Informacje rządu są niepełne albo nie ma ich wcale. Procesy decyzyjne są przewlekłe. Nie wiem, kiedy będziemy mogli ponownie otworzyć działalność. Nie wiem, na jakich nastąpi to warunkach: ile dzieci będzie mogło być w jednej sali ani ile będzie wymaganych nauczycieli, opiekunek czy też personelu pomocniczego.

Muszę więc brać pod uwagę różne scenariusze, łącznie z tym, że w tym roku szkolnym już w ogóle nie wrócimy.

Jakie działania państwa mogłyby pani pomóc?

– Na początek rozwianie wątpliwości, o których powiedziałam. A także jasne stanowisko w sprawie umów, które podpisywali z nami rodzice – do czego która strona ma w obecnej sytuacji prawo.

Uważam również, że ZUS powinien sprawdzać, czy zasiłków na opiekę nad dzieckiem nie pobierają rodzice, którzy zrezygnowali z przedszkola dla dziecka. Zgodnie z przepisami prawo do zasiłku ma rodzic dziecka, którego placówka nie pracuje. Jeśli ktoś teraz zerwał umowę, nie powinien dostawać takiego zasiłku.

Chciałabym również dowiedzieć się, czy obecna sytuacja pozbawi mnie dofinansowania z PFRON do zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnościami. Obawiam się, że jeżeli dostanę dofinansowanie z „tarczy”, to stracę tę dotację w części lub nawet w całości.

Jest takie ryzyko?

– Spędziłam mnóstwo czasu na infoliniach ZUS i PFRON, by to ustalić. Kiedy w końcu odebrano telefon, osoby udzielające informacji nie umiały odpowiedzieć na moje pytania. Prosili o kontakt w późniejszym terminie.

Teraz czeka mnie kolejna runda na infolinii.

Wymieniać dalej?

Proszę.

– Muszę mieć jasność co do dalszego dofinansowania z programu Maluch, bo dziś nie wiem, kiedy i czy zostaną podpisane, kiedy dostaniemy pieniądze.

Nie wiem również, czy trafią do nas dotacje z gmin i dofinansowanie opieki nad dziećmi z orzeczeniami o potrzebie edukacji specjalnej. Bez nich będziemy musieli zrezygnować ze specjalistów, którzy pracują z nami od dawna. A jak mówiłam, moim głównym celem jest zachowanie wszystkich miejsc pracy.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

***

Przedsiębiorco, pracowniku! Macie pytania związane z prowadzeniem biznesu i prawem pracy w czasie epidemii? „Wyborcza” i prawnicy z doborowych kancelarii pomogą!

Redakcja „Wyborczej” podjęła współpracę z dwunastoma dużymi i mniejszymi kancelariami. Czytelnicy – przedsiębiorcy, ale też pracownicy, którzy mają wątpliwości i nie mogą odnaleźć się w nowych przepisach – mogą napisać e-mail (adres: listy@wyborcza.pl) do „Wyborczej”. Przekażemy Wasze pytania uznanym prawnikom, którzy odpowiedzą na nie. Odpowiedzi opublikujemy na Wyborcza.pl.

Na pytania naszych czytelników czekają specjaliści z kancelarii prawnych: Clifford Chance, Dentons, DZP, FGGK, Gide Loyrette Nouel, Greenberg Traurig, Jagodziński Skrzypek, Pietrzak Sidor & Wspólnicy, PwC, Rymarz Zdort, Sołtysiński Kawecki & Szlęzak, Wardyński i Wspólnicy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.