Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wstępu do lasu dzień pierwszy.

Mieszkam na rembertowskim blokowisku. Do lasu mam kilometr. Wyruszam.

Co tam problemy, będzie dobrze. To nic, że mamy z mężem sześć tysięcy dopłaty do podatku, że nasza łazienka wymaga pilnego remontu, że z jednym pięćset plusem na trzech uczących się młodych nastolatków era zdalnej szkoły to slalom budżetowy, że trzeba pomóc rodzicom, którym zastrzyk „od Kaczyńskiego” nie ulży na długo. To tylko pieniądze. Grosz do grosza pomożemy naszej fryzjerce, szewcowi i krawcowej. Wesprzemy niknącą służbę zdrowia. Najważniejsze, przeżyć.

Jakoś trzeba przetrwać ten czas, brak dostępu do nefrologa, onkologa, pulmonologa, gastrologa i alergologa. Byle być zdrowym.

Dobiegam do lasu. Zakaz wstępu nie trwał przecież tak długo, żebym nie poznała tego miejsca. Gdzie są te wielkie dęby i sosny, które tu strzegły wstępu. Ktoś je chyba wyciął. Biegnę dalej. Jest słoneczne popołudnie, ale dziwnie cicho. Nie słychać świergotu ptaków, brzęczenia owadów, nie czuć błogiego kołysania wiosennego leśnego eteru. Gdzie młodniak brzozowy? Co tu tak pusto? Tak czarno? Urokliwe leśne ścieżki wijące się pośród migających milionem odcieni leśnych barw i ulotnych kształtów przepadły.

Od pożaru uchował się jedynie wąski pasek pomiędzy spaloną ziemią a cmentarzem katolickim, który w ostatnich tygodniach rozrósł się dwukrotnie, wydzierając z lasu jego zielone serce i zastępując wielką zieleń betonem. Ten skrawek, który nie spłonął ani nie został zaanektowany na ekspozycję funeralnego kiczu, chociaż niby żył, był martwy. Susza? Stres pourazowy? Wstrząs? Promieniowanie z Czarnobyla?

Wróciłam do domu biegiem. Płacząc. Uciekłam z tego miejsca. Może tam kiedyś będzie las, ale nie za mojego życia. Nie pójdę tam więcej. Oszukali nas wszystkich. Wykiwali.

Gdyby nie było zakazu wstępu do lasu, ktoś szybko by zauważył płomienie, powiadomił straż, może nawet sam zgasił niewielki ogień.

Gdyby była przyzwoita edukacja i szacunek dla Ziemi, w lasach nie byłoby śmieci i betonu, zwierzęta nie byłyby torturowane i sprzedawane na kilogramy.

Dzieci otaczałoby się opieką, troską i miłością. Edukacja to pieniądze i ludzie, medycyna to pieniądze i ludzie, ochrona środowiska to pieniądze i ludzie. Pieniądze zostały roztrwonione przez grupkę ludzi ograniczonych zaspokajaniem swoich potrzeb politycznych, ale przecież zostali chyba jeszcze ludzie.

Jak to się stało, że dopuściliśmy do tego, że otaczają nas ruina, zniszczenie i nienawiść. Wygoda? Brak wiary w moc sprawczą? To nasza wina! To moja wina! Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby ocalić odrobinę lasu dla naszych dzieci, wnuków, prawnuków.

Podejrzewam, że musieliby się skrzyknąć ludzie, którym na tym zależy. Ja w każdym razie muszę coś z tym zrobić.

Panie Kaczyński, dawaj pan te wybory! Będę głosować! Podpiszę się pod swoją tajną kartą do głosowania, zrobię zdjęcie przed wysłaniem głosu do komisji i będę czekać na sprawdzenie. Zagłosuję nie tylko w swoim imieniu.

Zagłosuję, bo dzieci w domach dziecka, zwierzęta i rośliny nie zadbają same o siebie. Nie mają głosu. Nie mają nawet prawa do głosu.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.