Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Postanowiłem odnieść się to lansowanej tezy, że w Polsce pojawia się pełzająca dyktatura.

To prawda, że szykanowane są wybrane grupy społeczne i zawodowe: opozycja, sędziowie, nauczyciele, homoseksualiści. Ale to nie jest jeszcze dyktatura.

 Uważam natomiast, że  władza w Polsce wchodzi w stan anarchii. Tworzy prawo, któremu potem zaprzecza. Na przykład reforma sądownictwa podobno miała być przeprowadzona pod hasłem przywrócenia poczucia sprawiedliwości społecznej i odnowy moralnej, a okazało się, że wyniosła na szczyt ludzi amoralnych. W Ministerstwie Sprawiedliwości działała hejtująca grupa sędziów. W Izbie Dyscyplinarnej SN znaleźli się ludzie niekompetentni.

Chaos prawny pozwala na samowolę. Można na przykład nie uznać wyroku w sprawie ujawnienia list poparcia do KRS. Można iść na cmentarz w grupie kilkunastu osób, pomimo zakazu zgromadzenia, zakazu wychodzenia bez istotnej potrzeby. Uchwala się tryb wystąpień posłów w parlamencie, mimo to można bez konsekwencji zabrać głos bez żadnego trybu.

Wreszcie szpital zakaźny może odmówić przyjęcia zakażonych  koronawirusem z innego ośrodka, pomimo rozporządzenia o szpitalach jednoimiennych.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.