Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po ponad dwóch tygodniach edukacji zdalnej moje nastoletnie dzieci syn i córka - obydwoje w klasach pierwszych liceum ogólnokształcącego - uczą się nadal bardzo dobrze. Być może utrzymają swoje wysokie średnie z semestru na poziomie ok. 5,0.

Zapytałam ich, jak tam w szkole, i usłyszałam, że nauka w szkole jest im niepotrzebna. Nie chcą wracać, bo mają tam poczucie straconego czasu. To, czego chcą się nauczyć, nauczą się w edukacji zdalnej. A jeśli czegoś nie chcą się uczyć, wyłączą mikrofon, odmeldowując się tylko, że są zalogowani na lekcji, a reszta czasu biegnie na pogaduchach ze znajomymi lud spaniu. Kiedy nauczyciel nieświadomie przedłuża lekcję, odważniejsi włączą wirtualny dzwonek lub po prostu odejdą od laptopa czy smartfona.

Pobudka 7.50 zamiast 6 rano. Pierwsza jest historia

Historię można przeleżeć w łóżku, wyłączyć kamerkę i po prostu posłuchać lub nie. Lekcja matematyki? Pani zadaje zadania, informuje, że jest dostępna; kto nie potrafi, może się z nią łączyć bezpośrednio. Chór - frekwencja zerowa, gdyż zsynchronizowanie się jest niemożliwe. Religia, język polski zadany referat i do przodu. Czytanie i sprawdzanie znajomości lektur, jeszcze nic nam nie wiadomo, jak to będzie.

Język angielski - pani się stara, powysyłała ćwiczenia do wykonania, próbuje coś tłumaczyć, ale jej mały synek w tle nie daje za wygraną i domaga się uwagi.

Zdążyliśmy przyzwyczaić się do trybu dnia

Przerw na przygotowanie się do lekcji i śniadań w międzyczasie. Dokupiliśmy pakiet internetu, abyśmy mogli wszyscy w jednym czasie korzystać z potrzebnych aplikacji. Dokupiliśmy też dodatkowy laptop dla córki, który uprzednio zamówiliśmy przez internet, ale sprzedaż odbyła się na rampie przed sklepem, bo przecież wszystko pozamykane... w pełnej konspiracji, żeby czasem nie wyszło, że nielegalnie, no i oczywiście w niebieskich rękawiczkach i maseczkach z zachowaniem narzuconej przez rząd i Ministerstwo Zdrowia odległości.

Otóż po ponad dwóch tygodniach tego całego “szału” można powiedzieć, że przywykliśmy i mało tego: jesteśmy szczęśliwcami, bo mamy kawałek lasu i ogrodu, a lekcje WF syn i córka mogą odrabiać na podwórku.

Jesteśmy też szczęśliwcami, bo nasza dwójka najzwyczajniej w świecie ma warunki do nauki w zdalnej edukacji.

Tak sobie myślę o dzieciach, młodzieży zamkniętych w czterech ścianach

Słuchając awantur rodziców, muszą się uczyć tak samo jak nasze. Czy ktoś zapytał je, czy mają ku temu warunki? Czy ktoś dał im możliwości, spokój do nauki, oprócz narzędzi, których niejednokrotnie najzwyczajniej nie mają? Czy ktoś z nauczycieli ma możliwość zainteresowania się sytuacją rodzinną swojego wychowanka w edukacji zdalnej? Kto nakazuje maturzystom być przygotowanym do matury, która tak naprawdę nie wiadomo, kiedy się odbędzie? Dlaczego nie słucha się tych młodych ludzi, którzy kiedyś będą przecież na nas pracować, którzy teraz, kiedy zamknie się im usta, z czym pójdą w świat? Czy to nie jest czasem łamanie ich praw? Po co to wszystko? Chyba tylko po to, żebyśmy uświadomili sobie, jak kulawy jest kolejny z systemów w naszym państwie. Jak możemy wychowywać nasze dzieci w duchu demokracji, skoro jej w Polsce nie ma? Zaczynając od szkoły, skończywszy na najważniejszym obowiązku każdego z Polaków – pójściu na wybory?

Czego pragnę dla siebie i moich dzieci? Abyśmy poczuli się odpowiedzialnymi za cokolwiek. Ale nie jestem, ani ja, ani one. I pytam siebie, czego ja ich nowego w tym czasie nauczę. Na pewno nie tego, że jesteśmy wolni.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.