Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W tarczy antykryzysowej, której jedną z głównych przesłanek miało być zachowanie miejsc pracy, rząd wprowadził przepisy o możliwości redukcji zatrudnienia w administracji rządowej i obniżkach pensji pracowników ministerstw i urzędów centralnych. Dotyczy to także urzędników mianowanych.

Ministrowie i posłowie z przekonaniem powtarzają uzasadnienie takich działań za sformułowaniem ujętym w tarczy: "Zasada sprawiedliwości społecznej wymaga, aby całe społeczeństwo uczestniczyło w kosztach społecznych sytuacji kryzysowej”.

Innymi słowy, zasada solidarności wymaga, że żadna z grup nie może być z oszczędności  wyłączona. Dlaczego więc nie pojawiają się informacje, wzorem np. Nowej Zelandii, o ograniczeniu wynagrodzeń członków Rady Ministrów czy wysokich urzędników.

Nie odwoływano się do sprawiedliwości społecznej, kiedy pracownicy administracji zostali na dekadę wyłączeni z dzielenia się rosnącym dobrobytem, bo tyle trwało zamrożenie wynagrodzeń w administracji. 40-latkowie z wieloletnim stażem pracy, bardzo dobrym wykształceniem, ze znajomością funkcjonowania państwa i z dobrą znajomością języków obcych, zazwyczaj zarabiali mniej, niż mógł dostać absolwent na rynku pracy w sektorze prywatnym.

A teraz szykuje się zatem kolejny drenaż mózgów i odpływ ludzi, którzy w służbie ojczyzny funkcjonowali na gorszych warunkach finansowych, niż byli warci.

Warto więc spojrzeć w pierwszej kolejności na strukturę wydatków ministerstw, szukając potencjalnych oszczędności.

Od lat słyszymy i czytamy o nieprawidłowościach, jeśli chodzi o finanse publiczne, kosztownych, choć nie trafionych inwestycjach, gigantycznych wynagrodzeniach w spółkach skarbu państwa i ogromnej  liczbie asystentów politycznych.

Może więc nie chodzi o oszczędności, tylko o działania wyprzedzające, żeby nikt nie zajrzał do budżetów poszczególnych ministerstw.

Kontrole NIK wskazują na brak oszczędności w gospodarowaniu środkami publicznymi.

Wielokrotnie pisano o problemach dotyczących polskich placówek, m.in. w Berlinie czy w Nowym Jorku. Gdyby w przypadku tej ostatniej podjęto decyzję o sprzedaży w 2012 roku - jej o wartość wynosiła wówczas 60 mln dol., dziś jest fasadą na sprzedaż wartą mniej niż 25 mln dol. Ile można tu wygenerować oszczędności znacznie większych niż redukcja zatrudnienia czy ograniczenie wynagrodzeń pracowników i urzędników mianowanych?

Ci ostatni stanowią znikomy procent wszystkich zatrudnionych, zdali bardzo trudny egzamin lub są absolwentami Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, a ich szczególny status potwierdził Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 2011 roku: “Redukcja zatrudnienia w ramach szeroko rozumianej administracji publicznej nie może w jednakowym stopniu odnosić się do wszystkich pracowników wykonujących zadania państwa. Status urzędników służby cywilnej wymaga szczególnej ochrony przejawiającej się m.in. potrzebą stworzenia im warunków do zawodowego wykonywania zadań. Niezbędnym elementem pozwalającym na spełnienie tego wymagania jest zapewnienie odpowiedniej stabilizacji stosunku pracy, która nie jest w takim samym stopniu konstytucyjnie potwierdzona względem innych pracowników".

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.