Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Do końca marca fryzjerzy, kosmetyczki i inni pracownicy branży urodowej, w sumie ok. trzystu tys. osób, nie mieli żadnego sygnału od państwa, czy i jak pracować w czasie pandemii.

Przeważył zdrowy rozsądek właścicieli salonów i klientów - ryzyko zakażenia koronawirusem przy tego typu usługach jest bardzo duże. Większość przestała więc świadczyć usługi, bo rekomendacje epidemiologów i lekarzy są jednoznaczne: aby ograniczyć ryzyko zakażenia - wirus przenosi się drogą kropelkową, trzeba unikać kontaktu z innymi ludźmi, a jeśli to konieczne, zachowywać dystans ok. 1,5 m.

Wysokie kary za złamanie zakazu

Od 1 kwietnia obowiązują już oficjalne wytyczne rządu - przez najbliższe dwa tygodnie salony tego typu muszą być zamknięte. Za złamanie zakazu grozi od 5 do 30 tys. zł grzywny.

- Bez szybkiej pomocy ze strony państwa wielu z nas nie podniesie się z tego kryzysu. Ludzie liczą, jak długo będzie ich stać na zakupy - mówi Michał Łenczyński z Akademii Sztuki Piękności z Krakowa, który wraz z 25-tysięczną grupą wsparcia zabiega o pomoc dla swojej branży.

Opowiada o głównych problemach, z jakimi dziś mierzą się właściciele zakładów urodowych.

- To często małe biznesy prowadzone przez samotne matki, a z drugiej strony przez małżeństwa. Np. jedna osoba zajmuje się obsługą klientów, a druga prowadzeniem działalności, dystrybucją kosmetyków. Teraz oboje są bez dochodów, całe rodziny tracą jedyne źródło utrzymania - mówi.

Z przeprowadzonych przez Łenczyńskiego ankiet online (wypełnionych przez ponad 1,5 tys. przedsiębiorców i z całej Polski) wynika, że tylko 3 proc. właścicieli salonów widzi szansę jakiejkolwiek pracy zdalnej. - Bez bezpośredniego kontaktu z klientem naszych zawodów nie ma - konkluduje.

Słaba pomoc państwa, pomóc mogą klienci

Kiedy branża stanęła, Łenczyński przygotował petycję do rządu, pod którą podpisało się prawie dwa tysiące osób. Postulował w niej wpisanie branży na listę sektorów „szczególnie dotkniętych” pandemią koronawirusa.

Proponowali również umorzenie składek ZUS i należności podatkowych od momentu wprowadzenia zagrożenia stanu epidemicznego oraz przez trzy kolejne miesiące od ustania epidemii oraz dopłatę do czynszu za wynajmowały lokal.

- Wysyłaliśmy gotowe rozwiązania do posłów wszystkich opcji i Senatu, kontaktowaliśmy się z minister rozwoju Jadwigą Emilewicz - wylicza przedsiębiorca.

Ale w "tarczy antykryzysowej" nie ma specjalnych przepisów dla tych usługodawców. Pozostają tylko przepisy ogólne.

Jak pozostali samozatrudnieni i mikrofirmy (do dziewięciu pracowników) mogą przez trzy miesiące nie płacić składek do ZUS. - To lepsze niż nic, ale i tak wiele biznesów może nie podnieść się z tego kryzysu - mówi Łenczyński.

Zapowiada, że wraz z innymi przedsiębiorcami i specjalistami będzie dalej zabiegał w resorcie rozwoju o ulgi dla branży.

Akcja "Solidarni 2020. Prześlij trochę wsparcia"

Na razie pomóc próbują sami klienci, do czego namawia "Wyborcza" razem z Booksy - platformą rezerwacyjną usług fryzjerskich, kosmetycznych i innych w tej branży.

Aby pomóc, należy wejść do aplikacji Booksy i wpłacić 20, 50 lub 100 zł jako wsparcie dla wybranego fryzjera, kosmetyczki, barbera czy fizjoterapeuty. W podziękowaniu za okazaną pomoc darczyńca otrzymuje kod na bezpłatną prenumeratę Wyborcza.pl i Wysokieobcasy.pl.

Tylko w pierwszych kilku dniach akcji wpłat dokonało ok. 1,5 tys. osób. - Spodziewamy się, że w tym tempie do końca kwietnia darowizny dla salonów wyniosą nawet 2 mln zł - ocenia Stefan Batory, prezes serwisu i aplikacji Booksy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.