Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Hmm, jestem nauczycielką.

Mój czas pracy wynosi do 40 godzin tygodniowo. Pracuję zdalnie po 10-12 godzin dziennie. Najpierw sortuję materiał, dla każdej grupy oddzielnie, dostosowując go do potrzeb i możliwości uczniów, bo nie wszystko dadzą radę wykonać bez nauczyciela.

Później wrzucam te materiały w odpowiednie medium wyznaczone odgórnie. Następnie rejestruję moje działania tak, aby dyrekcja szkoły mogła je skontrolować. To nie koniec.

Teraz jest pora na sprawdzanie prac przysłanych przez uczniów, dokonywanie korekty, wysyłanie maili z informacją zwrotną, chwalenie osiągnięć, wyjaśnianie błędów, instrukcje, jak uzupełnić braki. Wstawiam oceny do e-dziennika.

Około godziny 14 okazuje się, że nic jeszcze nie jadłam. Jakąś szybką kanapkę przegryzam, siedząc przed monitorem.

Obiad? Może mąż coś odgrzeje, gdy wróci z pracy.

Oczy mnie pieką od komputera (okuliści są niedostępni). Ale nie żałuję czasu, pracy ani wysiłku. Bo zdrowie i życie moich uczniów, moje i moich najbliższych jest najważniejsze.

Kogo będę uczyć w klasie, jeśli moich podopiecznych zdziesiątkuje wirus?

Konsekwentna

Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.