Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ponad dwa tygodnie temu wróciłam samolotem z Paryża, z podróży służbowej. Stolica Francji żyła jeszcze jak zwykle, tłumy w metrze, kawiarniach, na ulicach i lotniskach. Dwa dni po wylądowaniu poczułam się nieswojo. Lekkie objawy przeziębienia, gardło, gorączka, dreszcze… Postanowiłam nie zarażać. Zostałam w domu, by pracować zdalnie. Z dnia na dzień czułam się gorzej, a doniesienia o pandemii koronawirusa zaczęły mnie bombardować z każdym dniem coraz bardziej.

"A może mam koronawirusa?" - pomyślałam. Pewnie nie, ale sprawdzić trzeba, zwłaszcza że nie mieszkam sama. Mój partner codziennie chodzi przecież do pracy. Jeśli mam, a go zarażę, to on zarazi całe biuro. W sumie sytuacja banalna i dziś dość częsta, jak sądzę.

Dzwonię na specjalną infolinię NFZ. Linia zapchana, wiszę godzinami, w końcu automatyczna sekretarka proponuje, bym zostawiła w systemie swój numer telefonu i czekała. Oddzwonią.

Czekam. Rzeczywiście oddzwaniają. Po trzech dniach. Akurat tyle, by poczuć się trochę lepiej.  

Pytam panią, czy powinnam jakoś zweryfikować, z czym związana była ta gorączka i złe samopoczucie.

– Usłyszałam krótkie: - Nie. Nie padło żadne pytanie o objawy. O to, czy byłam za granicą. Czy zetknęłam się z osobą zarażoną lub potencjalnie zarażoną koronawirusem. Słowa, jak postępować, gdyby objawy wróciły.

 Sanepid nie pracuje, to i wirus poczeka

W kolejnych dniach nasilił się suchy kaszel, ból w klatce piersiowej, powróciło zmęczenie i osłabienie. Wirus?  Nie wirus?  A jeśli tak, to czy to ten? Zgaduje, ale czy naprawdę muszę?

Zgodnie z zaleceniami rządu dzwonię do powiatowego inspektora sanitarnego. Na stronie internetowej kilka różnych numerów: dwa dni regularnych prób. Nie udaje się – linia zajęta albo tak obciążona, że nie działa.

Mój partner choruje. Nie ma wątpliwości – zaraziłam go. Oczywiście zostaję w domu, tylko czy on już nie zaraził innych.

We wtorek rano  – TAK, co za fart, trafiam na uprzejmą i kompetentną panią!  Wypytuje mnie o wszystko: stan zdrowia, podróże, pobiera dane kontaktowe – moje oraz partnera i poleca telefon do jednego z trzech szpitali z oddziałami zakaźnymi.

Nie wiem, po co musiałam dzwonić do Sanepidu. Gdybym od razu zgłosiła się do szpitala, to moje dane można by automatycznie przekazać między instytucjami...

Ale nie narzekam. Kolejne pół dnia dzwonię na SOR. Po drugiej stronie dość zrezygnowany kobiecy głos:  – Tak z panią rozmawiam, ale nie słyszę, by pani kaszlała. Pani pewnie zdrowa, nie ma wirusa.

– To co mam zrobić? – pytam z lekka zrozpaczona

– Może pani do nas przyjść, ale na własne ryzyko, bo u nas kolejka. Poczeka pani razem z innymi zarażonymi lub niezarażonymi koronawirusem. Zrobimy test. Ale może lepiej, żeby pani została w domu. Jak będzie źle, to niech pani dzwoni po karetkę.

 Mniej komunikatów, więcej testów

Chciałabym mieć zaufanie do służb państwowych. Zamiast tego czuję dysonans. Osoba faktycznie poszukująca odpowiedzi, jak postąpić w razie wystąpienia objawów, jest bezradna.

Przychodzi weekend. Sanepid nie pracuje, to i wirus poczeka. Czekam do poniedziałku do 8 rano. Do kogo się z tymi problemami zwrócić  - jasnej odpowiedzi NIE ma. Droga do informacji jest daleka.

Wniosek? Nigdzie nie musiałam dzwonić. Mogę iść do szpitala, ale jest mi to odradzane. Dlaczego testu na koronawirusa nie można robić poza SOR, w jakieś śluzie, by nie narażać siebie i innych?  

Do internisty też iść nie mogę i właściwie wróciłam do punktu wyjścia. Kontynuuję samoleczenie domową apteczką.

Ciągle nie wiem, czy mam albo miałam tego koronawirusa. W moim wieku - mam koło trzydziestki - podobno przechodzi się go dość lekko.

 Służba zdrowia kuleje, ale to nie wina lekarzy, pielęgniarek, ratowników i personelu medycznego. Świetnie rozumiem zmęczenie pani z SOR i odradzanie wizyt w szpitalach. Nie mają tu znaczenia sympatie polityczne. Chodzi o coś nadrzędnego.

Inne kraje, np. Korea, maksymalizują testy, a tym samym zwiększają wykrywalności wirusa. Testy genetyczne, które mamy, umożliwiają zidentyfikowanie osób "w grupie ryzyka". Potrzebna jest jedna linia komunikacji i jedno źródło informacji. W Turcji jest jeden numer telefonu połączony z wszystkimi służbami. To nie czas na agitacje polityczną. Wolałabym mniej komunikatów, ale za to treściowych i ze wskazówkami konkretnych działań i podpowiedzi, jak mamy postępować, by nie narażać siebie i innych na niebezpieczeństwo.

Imię i nazwisko autorki listu znane redakcji

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.