Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Uczniowie w szkole mojego syna zostali zobowiązani do przerabiania tematów w domu. Fajnie, popieram. Kwestia tylko, jak to ma wyglądać. W szkole mojego syna nauczyciele poinformowali, co dzieci mają zrobić, i wygląda na to, że po prostu przerabiać kolejne tematy. Tylko jedna z pań napisała, że można się z nią konsultować.

I w ten mało elegancki sposób po raz kolejny rozwiązano problem, obarczając nim całkowicie i wyłącznie rodziców. Ja akurat mam taką sytuację, że mogę pracować efektywnie w domu, ale właśnie – pracować, a nie pracować i prowadzić szkołę.

Usiłuję robić i to, i to, ale w efekcie tylko miotam się pomiędzy dzieckiem, któremu nie chce się robić 80 przykładów dodawania liczb ujemnych, pisać o walorach kulturowych Europy Południowej ani uzupełniać ćwiczenia z niemieckiego, a swoją pracą i wszystko zawalam.

Może ktoś uświadomiłby władzom oświatowym i nauczycielom, że nawet w takich warunkach nie można tak po prostu kontynuować nauki w domu w takim zakresie jak w szkole.

A może by zorganizować jakieś klasy internetowe? Nauczyciel może prowadzić zajęcia w domu. Wykorzystać jakkolwiek możliwości, jakie daje współczesna technika?

A nie najprościej, jak się da – kazać „przerobić” i umyć ręce. Uczniowie, zwłaszcza podstawówki, w ogromnej większości nie dają się przekonać argumentami rozumowymi, że trzeba się zachowywać odpowiedzialnie itp. I trudno tego od nich oczekiwać. Gdyby jeszcze te zadania były jakieś ciekawsze, nie 80 równań do rozwiązania z matematyki, ale jakiś problem do opracowania, żeby delikwent się jakoś zainteresował. To zresztą powszechna bolączka szkoły, ale to już inna bajka.

Dorota

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.