W szpitalach brakuje miejsc. Czytałam dramatyczny post lekarza z Bergamo. Napisał, że ratują już tylko tych, którzy mają szanse na przeżycie. Na pomoc wszystkim nie mają czasu, sprzętu, miejsca i ludzi - mówi Polka mieszkająca w Mediolanie
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Magdaleną, Polką mieszkającą w Mediolanie, stolicy Lombardii. Z powodu koronawirusa cały obszar objęty jest kordonem sanitarnym, czyli zakazem opuszczania terytorium i wjeżdżania na nie. W tzw. strefach czerwonych co najmniej do 3 kwietnia zamknięte będą wszystkie szkoły, uniwersytety, siłownie i baseny, a zawody sportowe odbywać się będą bez udziału publiczności.

Anita Karwowska: Jest wtorek rano. Jak wygląda dziś Mediolan?

- Właśnie idę do pracy. Mój mąż prowadzi firmę, w której zatrudnia Polaków i Włochów. Od wczoraj wszyscy poza mną i mężem pracują zdalnie. Do pracy dojeżdżali metrem i tramwajami, dlatego dla bezpieczeństwa nas wszystkich jest lepiej, żeby zostali w domach. W biurze pojawiamy się tylko my dwoje.

Idziesz ulicą. Co widzisz teraz wokół siebie?

- Minęłam kilka osób siedzących w kawiarnianych ogródkach na porannym cappuccino. Kawiarnie musiały porozsuwać stoliki, klienci siedzieli więc oddaleni od siebie na odległość metra. Tutaj to niespotykany widok, zwykle stoliki są ustawione ciasno.

Podobne zalecenia mają restauracje, ale nie widziałam tego jeszcze osobiście, bo zamykane są o godz. 18. My wracamy z pracy później, a wtedy na ulicach jest cicho i ciemno. Dla Mediolanu to coś niespotykanego.

Teraz też jest pusto?

- Idę od pół godziny, podczas której widziałam siedem osób. Teraz kilka kolejnych, przechodzę właśnie obok ogrodu dla psów. Widzę tu kilka osób, jest też kilkoro na rowerach. Wzdłuż ulic mnóstwo zaparkowanych samochodów. Normalnie by ich tu o tej porze nie było, co znaczy, że mediolańczycy są w domach.

W czasie drogi do pracy minęło mnie już za to z dziewięć ambulansów. Sygnał karetki to dźwięk, który nas budzi i przy którym zasypiamy.

Rozumiem, że spacer do pracy jest bezpieczniejszy niż jazda komunikacją miejską?

- Tramwaje i autobusy kursują puste. Nie wiem jak metro, ostatni raz korzystałam z niego dwa tygodnie temu. Ograniczam jak to możliwe kontakt z ludźmi. Nie chcę dotykać poręczy, opierać się o drzwi, nie chcę, by ktoś na mnie wpadł, przypadkowo mnie dotknął.

Ciągle dezynfekuję swoje rzeczy i męża, działamy już rutynowo.

Co robicie?

- Wszystko, co nosimy i czego używamy, musi być codziennie wyczyszczone, wyprane i zdezynfekowane.

Kiedy wracamy z pracy, buty ściągamy na korytarzu i tam już zostają do kolejnego wyjścia. Idziemy od razu do zlewu. Przez pół minuty myjemy dłonie i ręce aż do łokci mydłem i ciepłą wodą.

Nie można już dostać żeli antybakteryjnych, korzystam więc z metody, której nauczyła mnie lata temu babcia. Kiedy chciała mieć pewność, że wszystko jest czyste, rozcieńczała wodą denaturat lub spirytus i nim przecierała wszystkie powierzchnie. Robię to samo, kupiłam zapasy spirytusu.

Puste ulice Mediolanu, wtorek 10.03.2020 r.
Puste ulice Mediolanu, wtorek 10.03.2020 r.  arch. prywatne

Do czego dokładnie wam służy?

- Rozcieńczony spirytus przelewam do butelki ze spryskiwaczem po płynie do mycia szyb. Zwilżam nim ręczniki papierowe i przecieramy nią dwa razy dziennie każdą rzecz codziennego użytku: telefony, karty płatnicze, słuchawki, uchwyty plecaków i suwaki (nie noszę już torebek, bo łatwiej się zsuwają), okulary przeciwsłoneczne, rękawy kurtki. Nie polecam jednak spryskiwać całych ubrań, bo potem śmierdzą. Buty czyścimy ciepłą wodą z mydłem i spryskujemy roztworem z alkoholem.

Codziennie piorę wszystko, co mieliśmy na sobie, i również codziennie zmieniamy ręczniki. Nie dotykam twarzy. Związuję włosy, żeby żaden nie przylegał do skóry.

Rano raz jeszcze przecieramy wszystko, co bierzemy ze sobą do pracy.

Możecie się z mężem pocałować?

- Tego sobie nie odmawiamy. I tak cały dzień jesteśmy razem, więc jeśli ktoś z nas miałby zachorować, to drugie pewnie też. Ale rzeczywiście widziałam na ulicy, że karabinierzy podchodzili do par i coś im tłumaczyli. Może właśnie zwracali na to uwagę?

Da się zrobić zakupy?

- Pierwsze dni po wybuchu epidemii były trudne, ludzie wykupywali w panice wszystko. Dziś sytuacja wróciła do normy, sklepy są dobrze zaopatrzone. W ciągu ostatnich dwóch tygodni poza pracą wyszliśmy tylko dwa razy - właśnie do marketu. Zrobiliśmy zapasy, aby nie chodzić co drugi dzień do sklepu. I staramy się nie używać gotówki, bo na niej jest mnóstwo zarazków.

Można się dostać do lekarza?

- Nie próbowałam, bo nie musiałam. Słyszałam od koleżanki, która potrzebowała konsultacji, że w przychodni zalecono jej kontakt telefoniczny z lekarzem. Ale w Włoszech był to standard również wcześniej.

Jak ty i inni radzą sobie psychicznie z zagrożeniem, ograniczeniami, np. z kwarantanną, z zakazami opuszczania miast?

- To bardzo stresujące. Boję się o zdrowie swoje i męża. Obserwuję, czy nie pojawiają się niepokojące objawy, martwi mnie każde kichnięcie.

Wiem, że inni czują się podobnie. Szczególnie boją się starsi, a ich strach potęgują jeszcze wiadomości z mediów i wzajemna nieufność. To bardzo ważne, by nie siać strachu, i bez tego jest ciężko. Nie ma innego tematu niż koronawirus.

Media donoszą, że wielu Włochom trudno się zastosować do kolejnych zakazów.

- Mieszkańcy Lombardii są wściekli, że zostali odcięci od świata, ale niektórzy, jakby nic się nie działo, jeżdżą na narty. Zupełnie inaczej zachowują się za to chińscy Włosi. W Mediolanie jest duża chińska dzielnica. Odkąd pojawił się koronawirus, jej ulice opustoszały. Ci ludzie nie wychodzą z domów, pozamykali sklepy. Trzymają się zasad.

My też się staramy. Jeszcze w zeszłym tygodniu dostawaliśmy zaproszenia od znajomych na imprezę czy nawet narty, ale po dłuższym zastanowieniu zrezygnowaliśmy z tych zaproszeń.

Możliwe, że przestaniemy wychodzić w ogóle. Dochodzą nas wiadomości, że w Lombardii zostanie wprowadzona godzina policyjna, nakaz zamknięcia biur i sklepów na co najmniej 15 dni. Zawieszona może zostać komunikacja miejska, zakazane będzie wyjście z domu nocą.

Opustoszałe ulice Mediolanu, 10.03.2020 r.
Opustoszałe ulice Mediolanu, 10.03.2020 r.  arch. prywatne

Jak wygląda procedura, gdy ktoś zachoruje?

- Należy zadzwonić pod specjalny numer telefonu do służb sanitarnych. Na podstawie wywiadu te służby decydują, co zdarzy się w kolejnych godzinach. Jeżeli podejrzewają koronawirusa, do chorego przyjeżdża karetka z lekarzami w kombinezonach. Pobierają wymaz i po kilku godzinach pacjent dostaje wynik.

Jeśli przebieg choroby nie jest gwałtowny, zostaje w domu.

W Polsce wszyscy chorzy są w szpitalach.

- W mediolańskich szpitalach nie ma już miejsc. Nawet niektóre szkoły zostały zamienione na szpitale. Media podawały, że pacjenci innych oddziałów, np. onkologicznych, zostali przewiezieni do szpitali w innych częściach kraju.

Na hospitalizacje trafiają tylko najciężej chorzy. Jeśli pacjent nie ma problemów z oddychaniem, to leczy się w domu.

Obawiamy się też, że jeśli zachorowań będzie więcej, to nie starczy miejsc na intensywnej terapii, której będą potrzebować pacjenci z niewydolnością oddechową. Jak to wygląda we Włoszech?

- Czytałam bardzo dramatyczny post lekarza z Bergamo, gdzie jest najwięcej zachorowań. Napisał, że ratują już tylko tych, którzy mają szanse na przeżycie. Na pomoc wszystkim nie mają czasu, sprzętu, miejsca i ludzi.

Tego boję się najbardziej. Nie wyobrażam sobie, że życie moich bliskich zależałby od tego, jakiego wyboru ktoś dokona – ratować czy już nie warto.

Da się w tych warunkach prowadzić firmę?

- Jest bardzo trudno. Czytałam, że Mediolan traci codziennie przez koronawirus 300 mln euro. Znajomy, który prowadzi w Mediolanie pizzerię, opowiadał nam wczoraj, że miał w ciągu dnia zajętych tylko 17 ze 190 stolików. Jest jak w sierpniu, kiedy miasto staje, bo wszyscy mają urlopy. Tylko ta wakacyjna przerwa, w odróżnieniu od tego, co teraz się dzieje, jest wkalkulowana w prowadzenie biznesu.

Wielu firmom grozi bankructwo. Nie każdy ma pracę zdalną. Pracownicy wysłani na przymusowe wolne siedzą w domach i nie zarabiają wcale.

Planowałaś przyjazd do Polski?

- Żyję między Polską a Włochami, ale na razie odłożyłam te plany. To moja decyzja. Państwo polskie w żaden sposób nie kontaktowało się ze mną, chociaż zarejestrowana jestem w systemie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych "Odyseusz", gdzie zgłasza się zagraniczne podróże. Nikogo nie interesuje moja sytuacja.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
No niestety, w interesie wszystkich w Polsce leży, aby ta pani nie wracała do Polski. Pewnie nie jest zarażona ale jeśli teraz wróci 1000 osób, to możemy mieć kolejne 2-3 ogniska. Niestety, Odyseusz jest na inne przypadki.
A Pani życzę wszystkiego dobrego. Do zobaczenia w lepszych czasach.
@kmaza
Koronawirusa w Polsce jest kilka razy więcej niż podają oficjalne statystyki, bo praktycznie w ogóle nie przeprowadzamy testów na niego.
4 dni temu przeczytałem, że zrobiliśmy 239 testy - korea południowa zrobiła do tego czasu 200tys.
Więc naprawdę wmawianie sobie, że to jest problem poza Polską który może tu przyjechać jest bez sensu - przyjechał dawno temu.
już oceniałe(a)ś
10
3
@singer
A masz jakikolwiek, powtarzam, jakikolwiek dowód na to, że nie zdiagnozowanych przypadków COVID-19 jest więcej niż kilka? Poza oczywiście swoim głębokim przekonaniem?
Korea zrobiła 200 tys. testów, bo nie miała innego wyjścia. Nie jesteśmy w sytuacji Korei i nie będziemy, chyba że wirus zostanie rozniesiony przez msze. Wtedy, za 2-3 tygodnie nie pomoże nam nawet 200 tys. testów.
już oceniałe(a)ś
3
3
@kmaza
Nie mam ani dowodu ani nawet głębokiego przekonania.
Wystarczy użyć logiki - albo Polska ma jakąś magiczną Ochronę Matki Boskiej/jakaś super rzadką mutację genetyczną bądź inne nietypowe uwarunkowanie(co technicznie jest możliwe, ale mało prawdopodobne), albo zachorowań jest znacznie więcej.

'Nie ma powodu, żeby 600-tysięczny Luksemburg czy dwumilionowa Litwa miały taką samą bezwzględną liczbę ludzi, którzy zachorowali na koronawirusa. To po prostu nie jest możliwe - mówi prof. Radosław Markowski.'
już oceniałe(a)ś
9
0
@singer
Epidemia nie rządzi się statystyką, tylko rachunkiem prawdopodobieństwa. A jak już chcesz konieczne liczyć statystycznie, to policz liczbę przypadków na liczbę pasażerów w samolotach. Europa Zachodnia podróżuje więcej niż centralna. Policz i napisz, co Ci wyszło.
już oceniałe(a)ś
2
5
@kmaza
Od kiedy to Litwa jest na zachód od Polski?
już oceniałe(a)ś
3
0
@singer
Już policzyłeś? No i co ci wyszło?
już oceniałe(a)ś
1
3
To już jest szczyt egocentryzmu: "Państwo polskie nie kontaktowało się mną" - i bardzo dobrze! Ponad dwa miliony Polaków mieszkają za granicami naszego kraju i są za nich odpowiedzialne te państwa, w których oni przebywają. Polskie państwo ma troszczyć się o ludzi na polskim terytorium.
@v1it0
Jak się nie ma nic sensownego do powiedzenia, to trzeba się przespać.
już oceniałe(a)ś
1
0
Magda, dzięki za relację!
już oceniałe(a)ś
20
4
no mędrcy z polski ..polska to też stan umysłu ..nie da się tego zakrzyczeć nie osądzajcie ..megalomanii małości
już oceniałe(a)ś
21
5
Wow,szokujące sa te puste ulice. U nas niestety bedzie to samo raczej. Nie opanujemy sami tej epidemii. Wystarczy popatrzeć na Chiny,robia wszystko a i tak maja 80tys chorych. Z czasem u nas tez w postępie geometrycznym ikea tam ludzi zachoruje. Ida ciezkie czasy
już oceniałe(a)ś
5
0
a kupe tez mozna zrobic do jednego wychodka?
już oceniałe(a)ś
3
0
Czyli albo zachorować na początku, albo uda się wcale... Uda.
już oceniałe(a)ś
3
1
Wow to prawie jak setki tysięcy osób które mieszkają przy szpitalach! Niesamowite!
już oceniałe(a)ś
0
0