Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem na szóstym roku kierunku lekarskiego. Niedawno wróciłam z Hiszpanii, gdzie w ramach programu Erasmus miałam okazję studiować przez kilka miesięcy. 

Zajęcia polegały na tym, że codziennie towarzyszyłam lekarzowi w przychodni, na oddziale, w sali operacyjnej. Generalnie nie miałam poczucia, że przyjeżdżam z gorszego pod względem poziomu medycyny kraju.

Do czasu, kiedy trafiłam do kliniki ginekologicznej. Bo wtedy pierwszy raz poczułam, że pod pewnymi względami znalazłam się na innej planecie.

Pierwszym zaskoczeniem było to, że 99 proc. kobiet otrzymywało znieczulenie do porodu. CAŁEGO porodu, również jego drugiej fazy. Kolejnym - sposób zwracania się do pacjentki przez cały personel, dbałość o intymność, komfort. Każdy, kto wchodził do sali porodowej, przedstawiał się, mówił, po co tu jest.

Lekarze i położne pytały o zgodę przed każdą interwencją czy badaniem, wypraszały z sali każdego, kto w danej chwili nie był niezbędny.

W ramach kursu mieliśmy także zajęcia z użyciem fantomów. Tematem jednych była nauka przyjmowania porodu fizjologicznego. Po zajęciach w Polsce byłam przygotowana do recytowania wymiarów miednicy kostnej, sprzężnej wewnętrznej i średnicy płaszczyzny bródkowo-potylicznej.

Tymczasem połowa czasu była poświęcona nawiązaniu kontaktu z pacjentką, ochronie krocza oraz utrzymywaniu kontaktu wzrokowego z kobietą podczas asysty w czasie drugiej fazy porodu. Nie przesadzam - te trzy aspekty były najbardziej podkreślane podczas całych zajęć. Niedługo później przyszła pora na naukę do egzaminu. Tu znowu - kilka dobrych akapitów podkreślających wagę minimalnej interwencji. To, że ostre światło, widok narzędzi i obcy ludzie wzmagają stres, zwiększają poziom kortyzolu, co hamuje akcję porodową. Bardzo chciałam się tym wszystkim zdziwić, zachwycić. Ale nie potrafiłam. Bo miałam poczucie, że to, co widzę, jest normalne. Po prostu. A trudno się dziwić normalności, prawda?

Pod koniec wymiany, przy konsoli na ogólnej izbie przyjęć, dostrzegłam wywieszoną w widocznym miejscu kartkę z numerem telefonu i procedurą w razie doświadczenia przemocy ze względu na płeć.

Dotarło do mnie, że te wszystkie obserwacje - sposób zachowania, nauczane treści, kampania na temat przemocy ze względu na płeć na uniwersytecie - to nie jest przypadek. To kwestia elementarnych wartości lub ich braku.
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.