Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W sklepie jak co dzień kręci się sporo Polaków, ale nie brakuje też Szkotów. Sklep jest dość spory, wszystkie półki zastawione są wyłącznie polskimi produktami. Jest kefir Krasnystaw, kiełbasa śląska, smalec na wagę, kiszona kapusta i chleb z polskiej piekarni. Z włączonego radia płyną polskie piosenki. Można się poczuć jak w spożywczaku w Olsztynie lub pod Bydgoszczą. Brexit?

- Boję się, że ceny pójdą w górę. Zwłaszcza na towary z zagranicy, a więc i te z Polski – mówi Aneta, która wraz z mężem i córką przyszła na cotygodniowe zakupy. W Szkocji mieszka od 11 lat.

Grzegorz, mąż Anety, zapewnia, że oni i ich znajomi kupują tylko polskie wędliny, polskie sery, a nawet słodycze.

- Wolimy z Polski, bo są lepsze niż te brytyjskie. Poza tym w szkockich sklepach nie kupi się świeżej kapusty kiszonej czy ogórków, a w polskich wiadomo, że są. Jak wprowadzą cła, to wszystko zdrożeje i jest obawa, że część polskich sklepów padnie. Niektóre już padają. No i jeszcze jak wprowadzą kontrole na granicach, to może być jak za komuny: kolejki i strata czasu. A my tu przecież cały czas podróżujemy do kraju, bo tam i rodzina, i człowiek mieszkanie zostawił. Ale ponoć tych kontroli ma nie być, więc jest nadzieja, że zostanie tak, jak jest. No i, cholera, ja na przykład nie mam paszportu, podróżuję tylko na dowód. Jak wprowadzą wymóg, że tylko z paszportem, to trzeba będzie swoje odstać w konsulacie albo zapieprzać do Polski i tam wyrabiać. Jest nadzieja w tym, że może Szkocja się odłączy od Angoli i pozostanie w Unii. Ja bym chciał, ale niewiele mogę, bo my tu głosować nie mamy prawa.

Liczę na rząd szkocki

Artur Wonsik jest właścicielem dwóch sklepów spożywczych w Edynburgu, w tym tego przy Niddrie Mains Road.

- 31 stycznia nic dla mnie nie oznacza. Zgodnie z umową zawartą przez brytyjski rząd z Unią teraz będzie obowiązywał okres przejściowy. W obiegu handlowym nic się nie zmieni. Nie robiliśmy więc żadnych zapasów, bo do końca tego roku na pewno nie będzie ceł, nie będzie kontroli na granicach. Moi klienci nie muszą się obawiać wzrostu cen. U mnie są one zależne tylko od kursu funta.  Dla mnie jako właściciela sklepów ważne jest to, co się będzie dziać teraz. Czy rząd uzgodni porozumienie handlowe z Unią. Mam nadzieję, że tak i że nadal będziemy mogli sprowadzać na Wyspy polskie produkty. Gdyby było inaczej, ceny żywności, nie tylko polskiej, poszłyby w górę. Mam też nadzieję, że rząd szkocki wypracuje odrębne, dogodniejsze rozwiązania, bo w Szkocji wciąż brakuje pracowników. Byłoby to idealne rozwiązanie. Ludzie nadal by tu przyjeżdżali. Na szczęście nie zauważyłem, żeby Polaków w Edynburgu ubywało. Klientów mi nie brakuje. Wprost przeciwnie. Jest ich u nas coraz więcej. Mój idealny scenariusz na przyszłość? Żeby zostało tak, jak jest: wolny przepływ ludzi i towarów - opowiada Wonsik.

Na ulicach Edynburga nie ma namacalnych śladów, że 31 stycznia wydarzy się coś historycznego. Na budynkach widać głównie szkockie niebieskie flagi z białym krzyżem świętego Andrzeja, ale są też brytyjskie symbolizujące Zjednoczone Królestwo. Żadnych plakatów, ulotek. Ruch na ulicach, w urzędach i sklepach nieco większy. Jak zwyczajnie w piątki, gdy ludzie robią zakupy na weekend. Nie czuje się nastroju oczekiwania ani nerwowości.

Moi przodkowie to Szkoci, ja czuję się Brytyjczykiem

- Serial pod tytułem „Brexit” już wszystkich zmęczył i większość chciałaby, żeby, tak czy inaczej, ale już się zakończył – mówi Alec, bileter w teatrze. W wolnych chwilach maluje obrazy z widokami Edynburga.

- Myślałem, że brexit to jakiś żart, że ludzie nie dadzą się na to nabrać, ale stało się inaczej, no i teraz jesteśmy w tym miejscu, że nikt nie wie, co będzie dalej. Mam nadzieję, że nie będzie żadnych ograniczeń w podróżowaniu, bo to dla mnie byłoby najgorsze. Przynajmniej dwa razy w roku staram się wyjechać na wakacje do Hiszpanii lub Portugalii.

Urodziłem się w Szkocji, moi przodkowie to sami Szkoci, ale ja czuję się Brytyjczykiem. Nie popieram dążeń niepodległościowych. W Szkocji mnóstwo ludzi pochodzi z mieszanych angielsko-szkockich małżeństw. Nie wyobrażam sobie granicy. Lepiej się łączyć, niż dzielić - opowiada.

Od matury w Edynburgu

Sandra Jabłońska mieszka w Edynburgu od 10 lat. Przyjechała zaraz po maturze. W stolicy Szkocji skończyła studia, pracuje w agencji nieruchomości. Rok temu poznała swojego partnera, rodowitego Szkota.

- Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że brexit nie dojdzie do skutku. Od samego początku byłam przeciwko. Niestety, jako że nie mam brytyjskiego obywatelstwa, jak większość imigrantów z Unii Europejskiej, nie mogłam głosować za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE. Zrobiłabym tak, jak większość Szkotów, którzy przecież zagłosowali w referendum za pozostaniem w Unii. No ale zdecydowały głosy wszystkich Brytyjczyków.

Czego się obawia? - Podwyżek cen, kosztów podróżowania i zawiłych formalności, które mogą się pojawić przy przekraczaniu granicy, gdy Wielka Brytania nie będzie już w Unii. Chciałabym, żeby Szkoci mogli jeszcze raz głosować w referendum za niepodległością. Mam nadzieję, że teraz większość opowiedziałaby się za zerwaniem z Anglią i niepodległością, a nie tak jak w 2014 roku, gdy głosy przeciw oderwaniu od Zjednoczonego Królestwa przeważyły - mówi Jabłońska.

Sandra Jabłońska i Mikey GilmourSandra Jabłońska i Mikey Gilmour archiwum prywatne

Partner Sandry Mikey Gilmour jest technikiem lotniczym w RAF, a jednocześnie zagorzałym zwolennikiem niepodległości Szkocji.

- Myślę, że brexit to coś całkowicie absurdalnego, absolutnie wbrew interesom wszystkich Brytyjczyków, nie tylko Szkotów. Pracując w wojsku, nie doświadczyłem jeszcze skutków brexitu, ale martwię się, jakie będą bezpośrednie skutki dla zwykłych ludzi, szczególnie dla Sandry, która nie ma brytyjskiego obywatelstwa. Martwię się też o przyszłość Szkocji, która, jak dla mnie, w niedemokratyczny sposób jest zmuszona do opuszczenia Unii Europejskiej. Przypomnę, że 62 proc. Szkotów zagłosowało za pozostaniem w Unii. Nie widzę, by w dłuższej perspektywie brexit miał jakieś zalety. To po prostu utrudni każdemu życie - mówi Gilmour.

Szkocja pozwoliła nam stworzyć rodzinę

Mateusz przyjechał do Szkocji ponad siedem lat temu wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem. W Szkocji wzięli ślub.

Mateusz Błażejczak i Daniel BanaszakMateusz Błażejczak i Daniel Banaszak archiwum prywatne

- Szkocja pozwoliła nam stworzyć rodzinę, na którą w Polsce nie mieliśmy szansy. Od ponad trzech lat jesteśmy małżeństwem, teraz myślimy o adopcji dziecka. Dwie rzeczy, które w Polsce są nie do zaakceptowania, a w Szkocji nikt nie widzi z tym problemu - mówi Mateusz. Jest planistą w firmie produkującej whisky. Brexit go przeraża.

- Jest to głównie spowodowane tym, że większość naszych odbiorców pochodzi z UE. Duża część produkcji jest wysyłana do krajów Unii. Z niepewną sytuacją polityczną i co najważniejsze, bez wolnego rynku wymiana handlowa może być utrudniona, a co za tym idzie - sprzedaż szkockiej w Europie może spaść. To może spowodować zwolnienia w mojej branży. Poza tym prowadzę jednego z największych blogów turystycznych o Szkocji - Szkocki.pl. Promuję w nim Szkocję jako świetne miejsce na wakacje. Mam nadzieję, że brexit nie spowoduje spadku zainteresowania Szkocją wśród polskich turystów. 

Wolontariat dla obywateli Unii

Dorota Peszkowska w Szkocji mieszkam od pięciu lat. Od ponad roku organizuję sesje informacyjne o brexicie, a od lipca jako wolontariuszka organizacji charytatywnej Feniks pomaga obywatelom UE w składaniu wniosków o status osiedleńczy.

- W Szkocji mam narzeczonego. Tom jest Anglikiem i głosował przeciw brexitowi. Cała jego najbliższa rodzina też. Chyba do ostatniej chwili wiele osób z Unii Europejskiej sądziło, że brexit się nie wydarzy, dlatego dopiero w środę ludzie zaczęli planować wspólne wyjścia w „ten dzień”, by przeżyć go wspólnie. Wcześniej można było jeszcze podywagować: „A ten brexit to będzie?”. Teraz obywatele UE mieszkający na Wyspach chcą po prostu przejść przez proces rejestracji o status osiedlenia. Niepokoją się tylko, na jakich zasadach w przyszłości będą do nich mogli dołączyć członkowie rodzin - mówi.

Dorota Peszkowska i Tom AveryDorota Peszkowska i Tom Avery archiwum prywatne

Obawy związane z brexitem? - Po 31 stycznia nic się nie zmieni. Ta data jest czysto symboliczna, po niej nadejdzie okres przejściowy. Do końca tego roku nie odczujemy zatem większych zmian i ludzie znów popadną w brexitowy letarg, jak ta wolnogotująca się żaba w garnku.

Osobiście ma to być dla mnie rok sporych zmian. Po latach przesuwania decyzji postanowiliśmy z moim narzeczonym w końcu się ustatkować, wziąć ślub i kupić mieszkanie. To wszystko wydarzy się już po brexicie, więc mam nadzieję, że goście dolecą, wino z kontynentu nie zdrożeje za bardzo, a na rynku mieszkaniowym nie będzie krachu tydzień po podpisaniu umowy. I że przy ołtarzu nie okaże się nagle, że nie mam jakichś dokumentów! - tłumaczy Peszkowska.

Nie słyszę jasnych odpowiedzi z Westminsteru

Prof. David Worthington jest dyrektorem Centre for History na Uniwersytecie Highlands and Islands.

David WorthingtonDavid Worthington archiwum prywatne

- Tutaj, w górach i na wyspach Szkocji, dowody na pozytywny wpływ Unii Europejskiej wydają się niemal wszechobecne. Rutynowo jeżdżę obok mostów, dróg i budynków, które mają dwunastogwiazdkowe logo UE, bo z jej funduszy zostały wybudowane. Społeczności wiejskie, które doświadczyły przerażającego poziomu wyludnienia od XVIII wieku, zyskały nowe życie dzięki dynamicznemu wkładowi migrantów z UE. Jako dyrektor Centrum Historii Uniwersytetu Highlands and Islands wiem, że nasza instytucja edukacyjna pozostałaby snem, gdyby nie wsparcie finansowe z Unii. Co to zastąpi? Jak kontynuować transformację naszego regionu i jego społeczności oraz zapewnić utrzymanie i wzmocnienie rewitalizacji kultury? Obecnie nie słyszę jasnych odpowiedzi z Westminsteru. Brexit pozostaje moim głównym zmartwieniem na najbliższe lata - obawia się prof. Worthington.

---

Jakie skutki przyniesie brexit dla was i dla całego kontynentu? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.