Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pisze pan odręcznie listy i wysyła do różnych ministerstw. Po co?

Te listy to, krótko mówiąc, „prośby o udzielenie informacji publicznej zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej”. Łatwo znaleźć jej treść w internecie. Ostatnio prosiłem Ministerstwo Sprawiedliwości o wyjaśnienie dwóch wypowiedzi byłego wiceministra Patryka Jakiego. Nie doczekałem się.

O które wypowiedzi chodziło?

W wywiadzie z 2018 r. pan Jaki stwierdził, że „mafia warszawska działająca przy reprywatyzacji nieruchomości współpracowała z Platformą Obywatelską”. Postanowiłem to jeszcze przełknąć i nie interweniować, choć dowodów na postawienie takiej tezy pan Jaki nie miał żadnych. Szala goryczy przelała się, kiedy w styczniu tego roku pan Jaki za pomocą mediów oznajmił, że „w czasach PO (chodziło o samorząd warszawski) zgody na budowy wydawano za łapówki”. Pan Jaki może i chce być przebojowy, ale nie może rzucać słów bez pokrycia. Takie zachowanie mnie bulwersuje.

Co pan zrobił?

Napisałem prośbę o wyjaśnienie i udowodnienie tych sformułowań do Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie doczekałem się żadnej odpowiedzi po 14 dniach. Napisałem ponownie i znów echo. Złożyłem więc wniosek do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. To była skarga na „bezczynność Ministerstwa Sprawiedliwości w zakresie udzielenia informacji publicznej, zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej”.

Sąd zdążył już zająć się tą skargą?

W połowie października sąd poinformował mnie, że uznano moją skargę za zasadną. Mimo że wyrok nie jest jeszcze prawomocny, to świadczy o tym, że każdy obywatel ma prawo do kontrolowania władzy i z tego prawa powinien korzystać. Ministerstwo Sprawiedliwości tłumaczyło się przed sądem, że moje listy wzięło za polemikę, którą toczyłem z panem Jakim. Co za bałamutne wyjaśnienia! Prawdopodobnie sprawa teraz trafi do Najwyższego Sądu Administracyjnego, pewnie ministerstwo będzie chciało kasacji.

Pierwszy raz postanowił pan interweniować w ten sposób?

Mam już na swoim koncie jedną wygraną w tym samym sądzie. Dotyczyło to sprawy z 2017 r., kiedy Polska Fundacja Narodowa wydała broszurkę o dekomunizacji warszawskich ulic. W broszurce można było przeczytać o różnych postaciach – zarówno tych „złych”, jak i „dobrych”, ale w ich życiorysach było mnóstwo przekłamań. A co ciekawe, broszurkę firmowały swoim logo MSWiA oraz IPN. Dwukrotnie zwracałem się do fundacji z prośbą o ujawnienie autorów publikacji i jej kosztów. Bez odpowiedzi. Zwróciłem się więc do WSA z podobną skargą o „bezczynność” i sąd także przyznał mi rację. Fundacja tłumaczyła, że jest prywatna, ale sąd uznał, że skoro spółki giełdowe i spółki skarbu państwa są jej darczyńcami, nie ma charakteru prywatnego i powinna odpowiedzieć na moje pytania. Mam już więc na swoim koncie dwie wygrane sprawy w WSA.

Kolejne są w toku?

Owszem, złożyłem już kolejne dwie skargi do WSA. Jedną odnośnie do wypowiedzi Mateusza Morawieckiego dotyczącej dwóch wież spółki Srebrna. Szef rządu mówił, że „Marcin Kierwiński i Hanna Gronkiewicz-Waltz odgrażali się, że ta inwestycja nigdy nie powstanie”, a potem dodał: „Niech się wielu inwestorów większych, mniejszych zapyta, ile razy z taką sytuacją się spotkali – nieuczciwości po drugiej stronie. To właśnie jest coś, co chyba nadaje się do prokuratury”. A drugą skargę złożyłem odnośnie do wypowiedzi Sebastiana Kalety, który mówił o „linii korupcyjnej Roberta M. z najważniejszymi urzędnikami samorządu warszawskiego” w sprawie reprywatyzacji. Sąd przyjął obie skargi do rozpatrzenia. Postępowanie w toku.

Czy atakowani politycy nie powinni się bronić sami?

Powinni. Napisałem w sprawie wypowiedzi pana Jakiego również do zarządu Platformy Obywatelskiej oraz do samorządu Warszawy, ale od nich także nie dostałem do dziś żadnej odpowiedzi. To bardzo dziwne, że nikt nie chce tam bronić swojego dobrego imienia. Musi to robić za nich zwykły obywatel.

I zajmuje to dużo czasu?

Nie powiedziałbym. To kwestia napisania kilku pism. Piszę je odręcznie, bo jestem człowiekiem starej daty - 76-letnim emerytowanym inżynierem. Jeśli nie otrzymuję odpowiedzi, składam wniosek do sądu, co też nie jest skomplikowane, i czekam na postępy prac. Jeśli sąd przyjmie skargę do rozpatrzenia, wtedy należy uiścić opłatę 100 zł, z tym że w przypadku wygranej pieniądze są zwracane przez stronę zaskarżoną. Ja na razie pieniędzy nie odzyskałem, bo czekam na postanowienia Najwyższego Sądu Administracyjnego.

Ktoś powie, że gra niewarta świeczki.

A znajomi nawet mówią mi wprost: pieniacz! Ja podchodzę do tego inaczej. Jako obywatel mam swoje prawa i chcę z nich korzystać. Nic mnie tak nie irytuje jak kłamstwo wypowiadane w tak bezczelny sposób, bez pokrycia, bez przytoczenia argumentów. A jak wiadomo, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Na to się nie godzę. Denerwuje mnie też taka ludzka rezygnacja – narzekamy, że wokoło jest źle, ale nic z tym nie robimy. A jak widać, potrzeba niewiele i można robić.

Piszcie do nas: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.