Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Protest dotyczy działań komisji wyborczej, która w niedzielę liczyła głosy w lokalu wyborczym w wiejskim klubie kultury w Kawęczynie koło Szczebrzeszyna na Lubelszczyźnie.

Piotr Zygarski startował z list Koalicji Obywatelskiej w okręgu 7 - Chełm, choć na co dzień mieszka w Warszawie. W dniu wyborów parlamentarnych wraz z grupą około 20 przyjaciół specjalnie pojechał 250 km poza stolicę, by móc oddać głos na siebie. W lokalu przedstawili zaświadczenia o możliwości głosowania poza miejscem zamieszkania i otrzymali karty do głosowania.

- Po ogłoszeniu wyników wyborów okazało się, że otrzymałem 254 głosy i nie zdobyłem mandatu posła. Postanowiłem jednak sprawdzić, ile osób zagłosowało na mnie w lokalu w Kawęczynie - mówi „Wyborczej” Zygarski. Okazało się, że w protokole widniała liczba zero.

- Gdyby była informacja o jednym głosie, machnąłby ręką i uznałbym, że nikt z moich przyjaciół na mnie nie zagłosował. Ale mam dowód na to, że ja na siebie zagłosowałem, mój syn, moi przyjaciele, więc to jednoznacznie odbiera mi prawo do uznania, iż wybory odbyły się w sposób prawidłowy i uczciwy - podkreśla.

Sprawa trafiła do prokuratury

Jak mówi „Wyborczej”, pojechał do okręgowej komisji w Szczebrzeszynie, by tam wyjaśnić sprawę, ale protokoły z wyborów są zaplombowane i nikt nie ma do nich dostępu. Kandydat zastrzega, że argumenty, jakoby wszystkie oddane na niego głosy w Kawęczynie były nieważne, są nieuzasadnione. W protokole liczba wszystkich nieważnych głosów wyniosła 7.

W środę Zygarski złożył więc w trybie wyborczym skargę na sposób przeprowadzenia wyborów. Domaga się unieważnienia głosowania tam, gdzie można było oddać głos na niego. - Gdyby takich Zygarskich było 15, przegralibyśmy Senat, bo opozycja wygrała Senat zaledwie 320 głosami - grzmi Zygarski. I dodaje, że o sprawie poinformował także prokuraturę. Wnioskuje o zabezpieczenie przez śledczych materiałów wyborczych oraz przesłuchanie członków komisji wyborczej z Kawęczyna.

Zygarski uważa, że pogwałcono przysługujące mu jako człowiekowi prawa do głosu i wyboru. - Jeżeli Sąd Najwyższy nie unieważni tego wyboru, oskarżę Polskę przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Mam prawo, żeby przegrać mandat posła, ale nikt nie ma prawa, by złamać mój dowód osobisty - podkreśla.

Zygarski wygrał z Lechem Kaczyńskim

I dodaje, że jeśli zajdzie taka potrzeba, złoży także pozew przeciwko samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Dekadę temu przed sądem Zygarski wygrał proces z Lechem Kaczyńskim. Sprawa dotyczyła czasów, gdy Zygarski był wiceburmistrzem dzielnicy Wawer i razem ze swoim szefem Dariuszem Godlewskim mieli być mobbingowani i dyskryminowani przez pełniącego w tym samym czasie funkcję prezydenta Warszawy Kaczyńskiego.

Sąd przyznał im rację po trwającym sześć lat procesie i zasądził odszkodowania - 101 tys. zł dla Godlewskiego i 120 tys. zł dla Zygarskiego. - Magister prawa wygrał właśnie z profesorem prawa i prezydentem Polski - komentował wówczas Zygarski.

Przypomnijmy, że we wtorek protest wyborczy złożyła także Konfederacja. Według ugrupowania TVP bezprawnie nie wykonała prawomocnego postanowienia sądu dotyczącego opublikowania przed wyborami sondaży, w których Konfederacja przekroczyła próg wyborczy. Członkowie partii domagają się unieważnienia wyborów.
---
Masz temat dla reporterek i reporterów "Wyborczej"? Pisz: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.