Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Emerytowani strażnicy graniczni i żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza protestowali w sobotę przed południem na zamkniętym przejściu granicznym z Niemcami w Kostrzynie nad Odrą.

Był to sprzeciw wobec obowiązującej od dwóch lat ustawy dezubekizacyjnej (uchwalonej w grudniu 2016 r.), która obniża emerytury i renty za „służbę na rzecz totalitarnego państwa” w okresie od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990.

Dotyka ona nie tylko ubeków, ale też funkcjonariuszy BOR, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej, Żandarmerii Wojskowej, pracowników pionu wywiadu, kontrwywiadu, łączności i techniki MSW. Wystarczyło przepracować jeden dzień w tamtym czasie, by stracić mundurową emeryturę.

Zmiany objęły około 40 tys. osób. Dziś ich świadczenia nie mogą być wyższe od średniego świadczenia z ZUS: emerytura – 2,1 tys. zł (brutto), renta – 1,6 tys. zł, renta rodzinna – 1,8 tys. zł.

Uznano nas za ciemiężycieli narodu polskiego

- Zostaliśmy nazwani komunistami, esbekami, ciemiężycielami narodu polskiego, zbrodniarzami. A my byliśmy funkcjonariuszami państwa polskiego zwanego wtedy Polską Rzeczpospolitą Ludową, a następnie funkcjonariuszami i żołnierzami III RP – mówił Jan Tomasik, ostatni komendant przejścia granicznego w Kostrzynie.


W manifestacji wzięło udział ok. 150 ludzi. Śpiewali hymn, mieli ze sobą polskie i unijne flagi. Jeden z protestujących założył koszulkę z napisem: „Były żołnierz WOP. Nie ubek! Nie złodziej!”.
Na scenie rozwieszony był wielki baner: „Represjonowani żołnierze i funkcjonariusze WOP i Straży Granicznej”.

Wsparcie od polityków

W Kostrzynie pojawili się m.in. europoseł z Platformy Obywatelskiej Bartosz Arłukowicz, Andrzej Rozenek z Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz były komendant przejścia w Kostrzynie z niemieckiej straży granicznej Bundesgrenzschutz, który oficjalnie poparł polskich emerytowanych funkcjonariuszy.

- Zależało nam, żeby nasi zachodni sąsiedzi, z którymi pracowaliśmy, zobaczyli, jak jesteśmy dziś traktowani. W Niemczech każdy funkcjonariusz był rozliczany indywidualnie, u nas zastosowano odpowiedzialność zbiorową – mówi Grzegorz Matusewicz, emerytowany funkcjonariusz Straży Granicznej i Wojsk Ochrony Pogranicza. Jego emeryturę ścięto z 2,8 tys. zł netto do 1740 zł. 

- To ten moment, kiedy powinniśmy być razem. Ta ustawa, która zniszczyła życie tysięcy ludzi, powinna być zmieniona. A będzie zmieniona pod jednym warunkiem - jeśli  zmienimy Polskę 13 października. Jeżeli nie, macie gwarancję, że ustawa zostanie i - moim zdaniem - obejmie kolejne środowiska - mówił Arłukowicz.

Zapewnił, że przekaże do rąk własnych przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen petycję o skierowanie ustawy do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podczas manifestacji zbierano pod nią podpisy.


- Trzeba organizować takie protesty, by cała Polska zrozumiała, jakie świństwo zrobiła wam ta władza. Wyrządzono je ludziom, którzy poświęcili życie służbie Polsce. Cała Polska musi też wiedzieć, że w wyniku tej „zbrodni sejmowej” śmierć poniosło 58 osób - powiedział Rozenek.

„Wyborcza” pisała o tym, że na list z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z informacją o obniżeniu emerytury funkcjonariusze mówią „decyzja śmierci”. - Dla 58 byłych pracowników służb w całym kraju, którzy otrzymali taką decyzję, moment otwarcia koperty był jedną z ostatnich chwil życia. Zmarli na zawał lub udar. Są również przypadki samobójstw - opowiadał nam Matusewicz.

Mec. Jerzy Wierchowicz, wiceprzewodniczący sejmiku lubuskiego i członek Trybunału Stanu, podkreślał, że emerytowani pogranicznicy mają rację. - To państwo jest coraz bardziej opresyjne, a wy jesteście karani za grzechy, których nie popełniliście – stwierdził. Zdaniem adwokata ustawa jest niezgodna z konstytucją i stosuje niedopuszczalną odpowiedzialność zbiorową.

Pokrzywdzeni masowo odwołują się do sądu

Obecnie w sądzie na rozpatrzenie czeka 18 906 odwołań od decyzji o obniżeniu emerytury. "Z tego 10 526 spraw zostało zawieszonych z uwagi na pytanie do Trybunału Konstytucyjnego" - odpisał „Wyborczej” Sąd Okręgowy w Warszawie, który został wyznaczony do rozpatrywania spraw dezubekizacyjnych. Sam jednak przekazał 3898 spraw do rozpatrzenia innym sądom, m.in. w Piotrkowie Trybunalskim, Lublinie, Olsztynie, Białymstoku, Łodzi czy Wrocławiu.

Większość sędziów zawiesza postępowania, tłumacząc, że musi poczekać na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. W Trybunale są obecnie dwa pytania sądów proszących o zbadanie, czy ustawa dezubekizacyjna jest zgodna z konstytucją. Ale szefowa Trybunału Julia Przyłębska od lutego 2018 r. nie wyznaczyła terminu posiedzenia rozprawy.

Jak wynika z informacji Sądu Okręgowego w Warszawie przesłanych „Wyborczej”, 793 osoby już wyroku nie doczekają. W tylu sprawach sądy musiały zawiesić postępowanie z uwagi na śmierć skarżących się funkcjonariuszy (lub wdów otrzymujących po nich świadczenia).

Matusiewicz zapowiada kolejne protesty.

- Musimy być odważni, musimy się mobilizować. Niektórzy odmówili udziału w tej manifestacji. Wraca atmosfera sprzed 1990 roku. Ludzie boją się publicznie manifestować poglądy, spodziewając się, że państwo PiS wyciągnie wobec nich konsekwencje. Społeczeństwo zaczyna się tej władzy bać i woli się nie wychylać.
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.