Mnie - szeregowego sędziego, stojącego trochę w cieniu - nikt nie pozbawił żadnej funkcji, a hejterzy potraktowali nad wyraz łagodnie. Ostatnio pod moim zdjęciem z festiwalu "Pol'and'Rock" @kastawatch napisała "jedynie": "sędzia-pustak"
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Poprosiliśmy sędziów, którzy musieli zmierzyć się z „dobrą zmianą”, by opowiedzieli o swoich doświadczeniach.

Czy przed 2015 r. interesowała się pani polityką?

Katarzyna Wróbel-Zumbrzycka, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli: Umiarkowanie. Nie to, że nie chciałam. Sama opiekowałam się sześciolatkiem. Przed snem scrollowałam wiadomości, łapałam wyrywki tytułów – z wiecznymi wyrzutami sumienia, że jestem zbyt zmęczona na czytanie wszystkiego dokładnie, a przecież „człowiek na poziomie powinien”. W pracy przy obiedzie o polityce rozmawiali bezdzietni koledzy, ja się uśmiechałam. Pewnie do tej pory nie wiedzą, ile nad kotletem nauczyłam się właśnie od nich.

Dlaczego zostałam sędzią?

Pochodzę z małego miasteczka, moi rodzice – z maleńkich wiosek pod tym miasteczkiem. Nie mamy w rodzinie żadnego prawnika. Lekarza zresztą też nie. Byłam zdolnym, pracowitym, trochę pyskatym dzieciakiem i tak mi się jakoś uwidziało w podstawówce, że „pójdę na prawo”. Po maturze marzyły mi się korporacje, weksle i spółki, ale pod koniec studiów trafiłam na seminaria prowadzone przez fantastycznych sędziów. Wtedy zobaczyłam, ile siły może być w tym zawodzie. Nie pamiętam już, co mnie urzekło najbardziej – głowy nie dam, czy nie rozważania na temat sądowego podziału nieruchomości wspólnej.

Gdzie pracuję?

W jednym z warszawskich sądów rejonowych. Miałam kiedyś plan, by przed czterdziestką trafić do sądu okręgowego. Marzyło mi się sądzenie wielkich spraw karnych, historie z kryminałów. No i nie trafię. Nie chcę. Teraz to byłby wstyd – z tymi ludźmi w ministerstwie, przy tym KRS-ie.

Jak wygląda mój dzień pracy?

Ale tak od alarmu budzika? Zaczyna się od tego, by budzik nastawić jeszcze na pięć minut. Potem karmię kota, czasem kończę uzasadnienie, nad którym zasnęłam poprzedniej nocy. Robię dziecku kanapki, rysuję możliwie prosto kreski na powiekach (a to nie jest wcale takie łatwe, bo mam paskudną wadę wzroku), odstawiam dziecko do szkoły i pędzę do pracy.

Zdarzało mi się na czerwonym świetle poprawiać lakier na paznokciach, bo nie ma na to czasu w żadnym innym momencie. Czy myślę wtedy o sprawach? Myślę. Kiedyś ocknęłam się, dopiero gdy usłyszałam: „Mamo, chyba przejechaliśmy przedszkole…”.

Po drodze z parkingu do sądu sprawdzam w telefonie, o co Bartek Przymusiński ze Stowarzyszenia Sędziów "Iustitia" prosi, aby zrobić na już, a co na wczoraj.

Lubię sądzić, ale dni, w których mam sesję (sesja w sądzie oznacza rozprawę, wyjaśniam, bo nowo poznani ludzie zwykle unoszą brwi na wspomnienie o „sesji”), wcale nie są przyjemne. Po kilkunastu już latach pracy wciąż miewam… miewamy wszyscy… tremę przed wyjściem na salę i skurcz żołądka. Zwłaszcza przy trudnych prawniczo czy po ludzku bolesnych sprawach. Moi koledzy z podobnym stażem mówią, że w takie dni trudno je się śniadanie.

Sala rozpraw jest trochę jak wielka teatralna scena – tylko czasem jest śmiesznie, daleko częściej – strasznie. Albo jak centrum dowodzenia: obrońcy zadają pytania, prokurator zadaje pytania, czasem  jednocześnie, świadek odpowiada szybką tyradą albo jednym słowem, protokolant próbuje to zapisać, a ja mam wzrok i uwagę skupione i na sali, i na stronach, i na monitorze, bo ktoś to wszystko musi ogarnąć, zamknąć w czytelne zdania, rozszyfrować sens i odczytać emocje. Po sesji czasem koszmarnie boli mnie głowa.

Jeszcze nigdy nie rozpłakałam się na sali rozpraw, słysząc zeznania pokrzywdzonych. To byłoby „nieprofesjonalne”. Więc siedzę i zamykam w sobie ten smutek warszawskich podwórek, uzależnienia, ból kobiet, gwałty, wypadki, spaprane operacje, chlipanie dzieci. Wszystkie te historie, których nikt nie chce. Społeczeństwo oddaje je sędziemu.

Włazi to w ciebie jak w gąbkę. Trudno to z siebie wyrzucić. I nie sposób opowiedzieć o tym jakiejś bliskiej osobie – no bo jak? Tak nad herbatą, do kolacji? W pracy koleżance? Ona ma to samo w swoich aktach.

Czasem między tymi historiami może się przytrafić coś dobrego. Pamiętam panią, która wiele miesięcy po skazaniu męża rozpłakała się przede mną na ulicy i powiedziała tylko: „Dziękuję… Już myślałam, że nikt mi nie uwierzy”.

To „nie uwierzy” mówi dużo o naszej pracy - myślę, że każdy z nas nosi w sobie obawę, że może  skrzywdzić kogoś, coś przeoczyć.

Niektórzy myślą, że sędzia pracuje tylko przez trzy dni sesyjne w tygodniu. Ale te sprawy trzeba kiedyś przeczytać. Kilkanaście tomów, trzydzieści, czterdzieści, czasem pięćdziesiąt. A potem – najprostsze nawet sprawy – ocenić i przemyśleć, wydać  wyrok i go uzasadnić na piśmie.

A w międzyczasie – napisać setkę zarządzeń i postanowień: o opinii biegłych, o zmianie obrońcy, o wynagrodzeniu za nadesłaną dokumentację (nawet jeśli faktura opiewa na 3 złote 40 groszy), o doprowadzeniu świadka, przedłużeniu aresztu, zwolnieniu z aresztu, przyznaniu wynagrodzenia tłumaczowi czy kuratorowi. Dobrze, gdy asystent pomoże. Dobrze, gdy  w ogóle jest. Bo w moim sądzie – na końcu świata i za grosze – nikt nie chce pracować.

A w domu?

Po pracy mam drugi etat: przy odrabianiu lekcji, praniu, prasowaniu, płaceniu rachunków, „ojojaniu” rozbitych kolan. Jak każdy. Kiedyś moja mama spojrzała na aktorkę grającą popularną sędzię w bardzo popularnym serialu i powiedziała do mnie: „Zobacz, też sędzia i też ma jak ty zniszczone ręce”.

Jasne, że wożę akta do domu. W wielkich walizkach. Sąsiadki pytały kiedyś mamę: „A pani córka to handluje na Wolumenie?”, z całym szacunkiem dla pań i panów z Wolumenu. Siadam do tego najczęściej, gdy dziecko zaśnie. Albo weekendami. Teraz jest trochę lepiej, bo syn jest starszy, miewa swoje sprawy. Strasznie nie chcę być mamą przy komputerze.

Odbierałam go kiedyś ze szkoły. Jego koleżanka powiedziała: „Ale on ma dobrze, ciociu, że go odbierasz tak wcześnie”. No, wcześnie, po 16.00. I wsadzam do auta, w którym tylne siedzenie zajmuje ta nieszczęsna walizkami z aktami.

Najgorsze jest to szamotanie: „basta, koniec pracy, bo zabieram jemu czas!” i zaraz potem: „tam ludzie czekają na moją decyzję”. I jeszcze: „muszę to napisać, bo w sprawie leci termin” i jednocześnie: „muszę napisać tamto, bo właśnie teraz jest ten moment, że trzeba coś zrobić dla Iustitii”.

Moja wiara w sens tego, o co walczymy, i afekt do ludzi w Iustitii są ogromne jak ocean, ale wcale, ale to wcale nie jest to miłość łatwa. Ledwo zwinęliśmy stoisko na Warszawskich Targach Książki, trzeba było ruszyć do Poznania na Kongres Prawników. Wróciliśmy z Poznania, zaczęła się praca przy organizacji spotkań na Festiwal Nauki. Potem był Pol’and’Rock.

Teraz jest robota przy Festiwalu Nauki, na którym Iustitia ma swoje spotkania. I wszystko jest na już: oświadczenia, szkolenia, uchwały, programy, spotkania, wpis na Facebooku. Czasem – kiedy już wiem, że się nie da spać przez cztery godziny kolejnej nocy – mam ochotę rzucić to wszystko i pojechać „do lasu, do gór”. Przechodzi mi szybko tylko dlatego, że wiem, ile oni sami pracują. I ile pracują inni sędziowie z Iustitii. 

Osobiste doświadczenia związane z „dobrą zmianą”?

Mnie – szeregowego sędziego, stojącego trochę w cieniu – nikt nie pozbawił żadnej funkcji, a hejterzy potraktowali nad wyraz łagodnie. Doczepili najpierw jakąś gębę przy zdjęciu w koszulkach z literami ułożonymi w słowo „Konstytucja”. Ostatnio po festiwalu Pol’and’Rock @kastawatch wciągnęła mnie na listę „zdrajców”, a potem pod moim zdjęciem napisała „jedynie”: „sędzia-pustak”, i tu moje imię i nazwisko. Jak wyrazy uszanowania...

Ale jeśli nawet indywidualnie nie dostaję takich ciosów jak Krystian Markiewicz, Igor Tuleya, Piotr Gąciarek czy Monika Frąckowiak, to przecież każdy taki cios – w człowieka, którego cenię… w ogóle w człowieka – mnie też, tak po ludzku, boli. I tak od czterech lat, bez przerwy.

Od czterech lat odbiera się nam godność, zawodową estymę, a naszym rodzinom – spokój. Wiecie, że kiedy w lipcu 2017 roku szliśmy po raz pierwszy pod Sąd Najwyższy, zostawiałam młodego pod opieką moich przerażonych rodziców ze wskazówkami, do kogo mają dzwonić, gdyby mi się coś stało I że syn mnie do tej pory czasem pyta, czy mnie naprawdę nie wyrzucą z pracy za to, że na zderzaku auta mamy naklejkę z napisem „Konstytucja”?

Ale nie to zapamiętam z walki o niezależność z ostatnich lat. Zapamiętam, że płakałam, śpiewając z kilkoma setkami innych prawników polski hymn na kongresie w Pałacu Kultury. Zapamiętam dumę z tego, że jestem sędzią, gdy pod Sądem Najwyższym obywatele mówili nam: „Dziękuję”. Po tych czterech latach wiem, jak mocno zależy mi na tym kraju i mieszkających tu ludziach.

Zostanie mi też szacunek dla polskich adwokatów – za wszystkie godziny poświęcone sprawom w TSUE i wizytom u rzeczników na Rakowieckiej. Dla odwagi prokuratorów, którzy nie boją się być odważni.

I przyjaciele zostaną. Mądrzy, silni, szlachetni. Tacy, przy których nie ma się czego bać.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Jeśli my mamy takich sędziów, to ja jestem spokojna.
już oceniałe(a)ś
17
0
Psycholodzy mają "superwizje", sędziowie również powinni mieć możliwość wyrzucenia z siebie te trudne sprawy. Jak ten ból, uczestniczących w rozprawach ludzi, udźwignąć?
już oceniałe(a)ś
1
0