Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wyborcza to Wy! Piszcie: listy@wyborcza.pl

W środę, 21 sierpnia – wtedy, gdy Polska żyła aferą z ministerstwem hejtu w roli głównej – w Lublinie, pod sądem okręgowym, w samym centrum miasta, odbyła się manifestacja w obronie niezależnych sędziów. Mam czternaście lat – liczbę młodych demonstrantów, którzy uczestniczyli w manifestacji, policzyć mogę na palcach jednej ręki.

Nie jestem zaniepokojony, zmartwiony czy strapiony. Jestem zwyczajnie zły.

W tamtym roku chodziłem do ósmej klasy, teraz czeka mnie pierwsza liceum. Ja i moi rówieśnicy na własnej skórze bardzo boleśnie przekonaliśmy się, co oznacza przeprowadzona w pośpiechu, niekształtna „reforma”. To właśnie nam zagrodzono wstęp do wymarzonych liceów mimo wysokich wyników, to właśnie nas skazano na dwa lata stresu związanego z chaosem reformy, materiałami nie do przerobienia, zagubionymi nauczycielami.

Co robimy, aby to zmienić? Gdzie jesteśmy, gdy państwo nas potrzebuje?

W Polsce około 5 proc. społeczeństwa to osoby LGBT. W typowej licealnej klasie, liczącej 30 osób, będzie to więc średnio 1,5 osoby. Jeśli uśrednić statystykę, można pokusić się o tezę, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w niemal każdej licealnej klasie jedna osoba będzie gejem, lesbijką albo kimś biseksualnym lub transpłciowym. Co robimy, gdy w imię walki o wolną Polskę homoseksualiści są bici na ulicy? Czy zreflektujemy się dopiero wtedy, gdy sami otrzymamy cios w twarz z powodu tęczowej torby?

Jest nam przykro, gdy się okazuje, że do dobrego liceum zabrakło nam pół rekrutacyjnego punktu. Łatwo znajdziemy oczywiście masę winnych – przede wszystkim ohydny rząd i jego parszywą reformę edukacji, nauczycielkę fizyki, która nie chciała podwyższyć nam oceny końcowej, czy wiertarkę, która w dzień egzaminu obudziła nas o piątej rano, przez co się nie wyspaliśmy i zepsuliśmy zadanie za trzy punkty. Cały świat zwrócił się przeciwko nam, prawda?

Ale gdzie osobiście byliśmy, gdy mieliśmy szansę to zmienić? Na ile demonstracji przyszliśmy? Czy wsparliśmy strajkujących nauczycieli?

Skąd bierze się ten rozczarowujący brak zainteresowania młodzieży polityką? Myślę, że kluczem może być ta ohydna olewczość, podejście „jakoś to będzie”. Lub zwyczajny egoizm z gatunku „jeśli coś mnie nie dotyczy, nie będę się angażować”.

Jako młodzież to egoistyczne podejście bardzo często przyswajamy, nieraz nieświadomie. Zapamiętujemy też dobrze słowa rzucane nieraz lekko przy rodzinnym stole czy przez wszelkie autorytety: „Nie rozmawiamy o polityce!”, „Polityka to szambo”.

Niedawno zapytałem panią od historii o temat stricte polityczny. Odpowiedziała krótko i zgodnie z prawdą - szkoła nie pozwala nauczycielom na przekazywanie uczniom swoich poglądów na temat bieżących spraw. Pani od historii, od przedmiotu, który powinien właściwie opierać się na polityce! Jeśli nie nauczyciele, to kto ma nas polityki uczyć? Rodzice? Ci, którzy nawet gdy sami interesują się polityką, nas przekonują, że to brudne, fałszywe błoto lub „nic ciekawego”? Być może faktycznie polityka w oczach młodzieży jest przez to podejście obrzydzona – gdy poszedłem z kolegami na wspominaną wyżej demonstrację, zdecydowali, że staną w odpowiedniej odległości, żeby nikt ich z nią nie skojarzył. Było im jakoś głupio faktycznie brać udział w zgromadzeniu.

Na egzaminie gimnazjalnym z języka polskiego pojawiła się ostatnio rozprawka, w której trzeba było rozważyć, czy warto bronić swoich przekonań – założę się, że większość z nas napisała tam, że oczywiście, tak, rzuciła przykładami z „Kamieni na szaniec” i zwieńczyła dzieło cukierkowym podsumowaniem. Ale ilu z młodych ludzi wcieliło w życie to, co napisało? Dlaczego, gdy trzeba chwilę postać w cieniu sądu okręgowego, wolimy poświęcać się kłótniom na Messengerze? Dlaczego przy okazji spotkania ze znajomymi nie możemy skierować się wraz z nimi w kierunku pobliskiej manifestacji? Udział w polityce wymaga nie wyrzeczeń i rezygnacji z życia towarzyskiego, ale jedynie trochę dobrej woli. Jak śmiemy nazywać się patriotami tylko dlatego, że z uśmiechem śpiewamy hymn Polski w sali gimnastycznej, a gdy przychodzi co do czego, to w chwili demonstracji wolimy siedzieć w domu? Jak możemy tkwić w ideologicznym marazmie, z dumą oznajmiać, że jesteśmy „apolityczni”? Przecież tu ważą się losy naszych przyszłych dni!

Dorota Wellman w swoim mocnym felietonie zapytała kiedyś, czy obudzimy się, gdy przestanie działać nam Netflix. Obawiam się jednak, że gdy zostanie on kiedyś wyłączony, bo rząd uzna, że prezentuje niepolskie i zagrażające tradycyjnym wartościom treści – wtedy będzie już za późno.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.