Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Nie nawiązuj zbyt bliskich kontaktów z otoczeniem! Uważaj, z kim i o czym rozmawiasz! Nie uzewnętrzniaj swych poglądów! Nie zachowuj się zbyt swobodnie! Jesteś sędzią! – wpajano mi przez większość mojego życia zawodowego. I nagle okazało się, że „odjeżdżamy sobie nawzajem”: sędziowie i obywatele…

Z uwagą przeczytałam komentarz czytelniczki „Wyborczej” pod esejem z 5 lipca tego roku: „…my, obywatele, nie widzimy ani nie czujemy tego zagrożenia. Kto do nas o tym mówi zwyczajnym językiem? (…) Nie ma spotkań otwartych z Sędziami, którzy tłumaczyliby zwykłym nam, obywatelom, co się wyprawia i dlaczego nie można na to pozwolić. Jesteście Państwo za daleko od obywateli; dlatego odjeżdżamy sobie nawzajem, ale Wy możecie wyjść do ludzi…”.

 Proszę pozwolić mi odpowiedzieć…

Sędziowie nie są zamknięci w szklanej bańce, od obywateli nie dzieli ich dystans. Żyjemy na tych samych osiedlach, robimy zakupy w tych samych sklepach, nasze dzieci chodzą do tych samych szkół i przedszkoli. I mówimy tym samym językiem. Jeśli sędziowie nie rzucają się w oczy, to właśnie dlatego, że są częścią społeczeństwa. Ostatnie dwa lata dowiodły tego najbardziej.

Przez większość mojego życia zawodowego wpajano mi, że sędzia powinien unikać kontaktów osobistych, jeśli mogłyby one (…) podważać prestiż i zaufanie do urzędu sędziowskiego. Powtarzano, że sędzia powinien unikać zachowań, które mogłyby przynieść ujmę godności sędziego zarówno w czasie pełnienia urzędu, jak i poza nim. Są to zresztą zapisy kodeksu etyki sędziowskiej. Te zapisy tak odczytywaliśmy: Nie nawiązuj zbyt bliskich kontaktów z otoczeniem! Uważaj, z kim i o czym rozmawiasz! Nie uzewnętrzniaj swych poglądów! Nie zachowuj się zbyt swobodnie! Nie rzucaj się w oczy! Jesteś sędzią!

I nagle wobec wydarzeń uderzających w prawo obywatela do sądu okazało się, że już nie można dłużej tkwić w postawie niemego obserwatora. Zrozumieliśmy to, wyciągnęliśmy wnioski. Od dwóch lat jako sędziowie jesteśmy więc obecni na spotkaniach w szkołach, domach kultury, bibliotekach miejskich. W różnych miejscach w Polsce powstają prowadzone przez nas kafejki prawne, gdzie sędziowie spotykają się z mieszkańcami: Kraków, Opole, Gorzów Wielkopolski, Słupsk, Gdańsk, Poznań, Warszawa, Olsztyn… Sędziowie organizują debaty, pogadanki i symulacje rozpraw w plenerze, są gotowi rozmawiać z każdym, kto chce pytać. Obecni są na festiwalach muzycznych: Open’er Festival w Gdyni, Festiwal Pol’and’Rock w Kostrzynie (w tym roku sędziowie znowu będą obecni na Akademii Sztuk Przepięknych – zapraszam!).

Wielu z moich kolegów daje z siebie naprawdę dużo, by nawiązać z Wami bezpośredni kontakt. Chcą rozmawiać, bo to my jesteśmy dla Państwa. Wiedzą, że tak trzeba, bo sytuacja jest nadzwyczajna. I czynią to, pomimo że w godzinach pracy i często poza nimi walczą z masą akt, a aktywność społeczną podejmują kosztem swoich rodzin… Borykając się z niezadowoleniem mężów, żon, dzieci czy rodziców, którzy bezskutecznie czekają, że „może w tę sobotę uda ci się wpaść w odwiedziny”…

Nasz wysiłek zdaje się wciąż niewystarczający, skoro nie udaje nam się przebić z informacją, że oto właśnie poprzez fakty dokonane próbuje się odsunąć od orzekania większość Sędziów Sądu Najwyższego… Nie udaje nam się przebić z informacją, że to, przeciwko czemu protestowali jeszcze nie tak dawno Polacy, oto na ich oczach urzeczywistnić się może niepostrzeżenie orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego…

Dlaczego tak jest? Wisława Szymborska powiedziała kiedyś, że „w języku poezji, gdzie każde słowo się waży, nic już zwyczajne i normalne nie jest”. Chciałoby się rzec: w języku prawnym zapewne jest tak jeszcze bardziej… Język prawniczy (jakże dążyłam, by się go nauczyć jako aplikant sądowy!), opisuje świat w sposób czytelny dla prawników, podobnie jak język neurochirurgii czytelny jest dla lekarzy o tej specjalności. Żaden z tych języków nie przystaje jednak do języka codziennego. O ile jednak profesor neurochirurgii nie musi dbać o to, by przeprowadzony zabieg endoskopowego usunięcia stenozy kręgosłupa przełożyć na język zrozumiały dla każdego z nas, bo za niego przemówi czytelny dla wszystkich efekt ustąpienia piekielnych bólów pleców i nóg, o tyle sędziowie stoją przed dużo trudniejszym zadaniem. Prawo to nie choroba kręgosłupa. Jak zatem w przystępny sposób wytłumaczyć to, że walczymy o niezawisłość sędziowską po to, by każdemu zagwarantować, żeby żaden z sędziów nie wahał się przed podjęciem sprawiedliwej, zgodnej z przepisami decyzji? I że właśnie na tym polega zdrowy system prawny? To dużo trudniejsze.

Jednak chciałabym zapewnić, że tak jak wyszliśmy do ludzi, tak pracujemy nad językiem. Po to, by można było wytłumaczyć nie tylko to, co dzieje się wokół, ale także i sens podejmowanej na sali sądowej decyzji procesowej. Zwyczajnym, zrozumiałym językiem

Joanna Hetnarowicz-Sikora jest członkinią zarządu Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.