Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od Białegostoku mam w głowie taki permanentny stan zagrożenia, kiedy idę ulicą najbardziej, bo wydaje mi się, że każdy może mnie, ot tak!, zaatakować. No i na przykład przed chwilą, na Woli, koło mieszkania mojej mamy, na Płockiej, obok minibazarku i pasażu sklepów, zaczepia mnie, lekko rzecz ujmując, podchmielony jegomość i prosi o fajka.

Taki gość z serii kart z "Harry'ego Pottera" "Zakazane Mordeczki z ulicy Śmiertelnego Nokturnu". Ogólnie na pewno do rany przyłóż, kochający mamusię, dzieci i żonusię, ale z tym swoim wyćwiczonym bickiem, trzydniowym zarostem, skrzywionym uśmiechem, koszulką z Polską Walczącą i Niepodległą trochę strach go spotkać nie tylko sam na sam w ciemnej wolskiej uliczce, ale też w ciągu dnia. No, ale kolo ma nawet niezły after z miodowym Ciechanem. Nie mogąc utrzymać równowagi, zatacza się z nim, jakby tańcząc walca, walczyka na raz, hej!

- A ognia byś mi jeszcze dał, Mordeczko, Ziomeczku - mówi do mnie tonem poważnym i stanowczym...

Wyjmuję więc z kieszeni zapalniczkę. Próbuję podpalić mu papierosa. Klik i pojawia się ogień. Mordeczka łapie mnie ze przegub. Podpala, ale uścisku nie puszcza.
- A my to się chyba znamy, co? - patrzy na mnie wzrokiem mętnym, acz podejrzliwym, jednocześnie próbując uruchomić zasoby pamięci, przytłoczone chmielem i miodem.
- Yhyyyyy... nie sądzę... być może... - odpowiadam coraz bardziej niepewny całej sytuacji, szczególnie że uchwyt Mordeczki na moim przegubie zaciska się jeszcze bardziej, niczym uchwyt boa dusiciela, który w amazońskiej dżungli postanowił owinąć się całą siłą wokół swojej ofiary. Stan zagrożenia się podnosi.

- Nie, no znamy się! Na pewno, ja pamiętam wszystkie mordeczki z okolicy! Napij się ze mną! - podaje mi piwo, jednocześnie trzymając mnie nadal za przegub...
- Dziękuję, ale nie mogę...
- Ach, do pracy jedziesz, Mordeczko? Pewnie na ten Mordor... hehehe... jak z "Hobbita", nie...
- No, powiedzmy...
- No, panisko na stanowisku, widzę! Zazdro, Mordo! Ale my się znamy, prawda? Mieszkasz tutaj?
- No mieszkałem jakiś czas...
- No tak!
- ...moja mama tutaj mieszka cały czas...
- No tak!
- ...i czasem przyjeżdżam...
- Już wiem! NASZ PEDAŁ!* Już wiem! Ty to NASZ PEDAŁ!

ZOBACZ TEŻ: Solidarni z Białymstokiem. Pikiety i manifestacje w całym kraju

I w tym momencie dzieją się dwie rzeczy. Po pierwsze, wzrok wszystkich przechodniów i handlujących na trzech stoiskach odwraca się w naszą stronę. Po drugie, Mordeczka puszcza moją rękę.
- No NASZ PEDAŁ. Nie wierzę, dobrze poznałem!
Robię się trochę czerwony na ryju, prawdę mówiąc, bo okrzyki o naszym pedale trwają.
- No dzięki, stary, ale wiesz, na mnie czas... - próbuję się kulturalnie wymiksować z tej rozmowy, robię krok do przodu, ale Mordeczka zagradza mi drogę. No i to jest ten moment, kiedy stan zagrożenia sięga jednak zenitu.


- Czekaj, cholera, k...a, czekaj - mówi spokojniej.
- Trochę się śpieszę...
- Przykro mi za to, co się dzieje. Byłeś w Białymstoku?
- Byłem - mówię odważnie.
- To tym bardziej. Ja bym te k...y, które was tam lały, powybijałbym, no. Tak być nie powinno. Bardzo mi przykro za tych j...ych kiboli i obszczymurów, k...a.
- No dzięki - mówię naprawdę zaszokowany.
- Nic ci się tam nie stało?
- Oberwałem butelką, trochę strachu było...
- ...NO K...A! Ja to bym ich rozgromił, a wy to bojówki musicie jakieś zorganizować i dać odpór, bo tak nie można lać bezbronnych. Ja w telewizji wszystko widziałem i k...a, no nie zasłużyliście, ty, Mordo, nie zasłużyłeś. Nie dajcie się zastraszyć, bo tym po...m tylko o to chodzi! Chodź, misia zrobimy!

I tutaj kolejna niespodziewana rzecz. Na środku Płockiej ten głośny drechol, Mordeczka z Woli, byku, metr osiemdziesiąt coś z bickiem wielkości mojego uda, przytula mnie na misia na kilka sekund.

- No i, Mordo, pamiętaj, bo ja mieszkam w klatce obok, nr 27 mieszkania, jakby coś się tu działo, to do mnie albo mojej laski, o Kamila wołaj, bo jesteś naszym pedałem i jak jakiś problem, to zaradzimy! No nikt się nie będzie ciebie tutaj czepiał ani na żadnej paradzie, k...a, macie ochotę chodzić z piórami w dupie, to chodźcie! W jakim kraju my, k...a, żyjemy, ja pierd...ę.

Zaniemówiłem. Autentycznie.
- No ja cię dłużej zatrzymywać nie będę, spadaj do pracy, Mordo, i widzimy się na rewirze pewnie! Może piwo wypijemy na podwórku kiedyś, jak będzie okazja!

Wykrztuszam z siebie jedynie: "Dzięki, na pewno, to miłe", lub coś w tym stylu, bo nadal jestem w szoku. Ruszam przed siebie, a za sobą słyszę jeszcze okrzyk: "No mówiłem, że NASZ PEDAŁ, a jak komuś się nie podoba to ma wpier...l!".

Wiecie co? Trochę mi lepiej, trochę bardziej wierzę znowu w ludzi, trochę więcej jakby brokatu i tęczy dzisiaj ponownie. Sojuszników nie wybieramy, ale uwierzcie, że tacy są tym bardziej cenni. A ja dalej jestem w szoku i pewnie w nim jeszcze trochę pobędę.

--------------
*Termin NASZ PEDAŁ został ukuty na Woli, dokładnie na moim osiedlu, na którym mieszkałem kilka lat temu. Wracałem z imprezy z pewnym chłopakiem, odprowadzał mnie rano do domu. Pod blokiem usiedliśmy na ławce i gadaliśmy. Była 4 czy 5 rano, późna jesień. Podbija do nas dwóch typów, którzy zaczynają się drzeć, że jesteśmy z policji i że dla takich to piach. Pokazują nam "klamki" (czyli pistolety) ukryte za pazuchą kurtki. No i nagle wybiega sąsiadka czy sąsiad, może nawet Mordeczka vel Kamil, i krzyczy, żeby zostawić, bo to nasze pedały i nie wolno ich tknąć. I tak jakoś ten "nasz pedał" na osiedlu funkcjonował, a mnie w sumie włos z głowy nie spadł.

--------------

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.