Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lament o rozbiciu głosów demokratów i pewnej przegranej w wyborczym starciu z PiS słychać wszędzie. Padają wzajemne oskarżenia. Ostateczną decyzję o rozwodzie wszystkich ze wszystkimi podjął Grzegorz Schetyna i zewsząd słyszy z tego powodu pretensje, kiedy próbuje je łagodzić wciąż powtarzaną mantrą o własnej ponadpartyjnej otwartości, wycenionej z grubsza na 20 proc. miejsc na listach.

Czarnym charakterem koalicyjnej telenoweli został jednak nie Schetyna, ale Kosiniak-Kamysz, który osobny start zapowiedział natychmiast, gdy poznaliśmy wyniki wyborów europejskich, a w Polskę poszły w dodatku inne wypowiedzi polityków PSL sugerujące możliwość koalicyjnych porozumień z PiS.

Kosiniak-Kamysz wciąż deklarował co prawda gotowość startu w bloku z PO, lecz pod warunkiem, że nie będzie w nim ani SLD, ani tym bardziej Wiosny. PSL jest więc dzisiaj głównym rozłamowcem posądzanym o dywersję na rzecz PiS czy wręcz o nieudolnie zakonspirowany układ z rządzącym obozem.

Pluralizm ma wyborczą wartość

W połajankach tego rodzaju – jak to zwykle bywa – pomija się niepuste argumenty o konserwatywnej tożsamości PSL zniweczonej w koalicji z PO i lewicą (a te same argumenty dotyczą przecież symetrycznego „skrzydła” demokratów i tożsamości lewicy). Da się to przetłumaczyć na wyrażoną w sporych liczbach utratę społecznej bazy PSL na rzecz PiS lub na rzecz tej w Polsce wciąż największej siły politycznej, jaką są niegłosujący i najwyraźniej nikomu w polityce niewierzący obywatele.

Nikomu nie przychodzi też do głowy ani to, że wyborców demokracja musi próbować szukać po drugiej stronie polskiej kulturowej wojny, bo po naszej najwyraźniej nie ma wystarczającej większości, więc choćby PSL próby z Kukizem od rzeczy tu nie są – ani to wreszcie, że wysyłanie harcowników lub negocjatorów z prawej flanki, by wysondować prawicowego przeciwnika, w normalnej polityce bywa zachowaniem racjonalnym. Warto czasem przerwać bohaterskie walenie głową w zamknięte drzwi i zamiast tego spróbować pociągnąć za klamkę. Zostawmy jednak drzwi, bo to temat osobny i skomplikowany, jak wszystko, co składa się z więcej niż dwóch elementów konstrukcyjnych.

Dość, że nad rozlanym mlekiem rozbitych głosów płakać już nie ma po co, chociaż wciąż warto pamiętać o racjonalnym jądrze argumentów na rzecz rozważanego niedawno wariantu dwóch bloków: przy oczywistych ryzykach związanych z D’Hondtem dwa bloki miałyby szansę powiększyć elektorat demokratów w stosunku do koalicji efektywnie obcinającej „skrzydła”.

Po lewej stronie dało się to nawet zmierzyć sześcioma procentami Wiosny w ostatnich wyborach – a szacunki PSL o sile polskiego konserwatyzmu były bardziej optymistyczne, choć PSL samotnie ma niewielkie szanse ten potencjał zagospodarować. Warto o tym pamiętać, bo wspólne listy demokratów wcale nie są niemożliwe. I da się je skonstruować tak, by dodawały elektoraty „skrzydeł”, zamiast je obcinać.

Pod racjonalnymi wszakże warunkami, które koniecznie trzeba sformułować, zamiast powtarzać zaklęcia o historycznym momencie, arytmetycznych koniecznościach i o nieszczęściu, jakim będzie druga kadencja PiS, o większości konstytucyjnej nie wspominając.

Schetyna te warunki formułuje po swojemu – oferuje mianowicie 20 proc. miejsc i zapowiada, że będą dostępne dla każdego. To jest, po pierwsze, niezbyt wiarygodne, po drugie, niczego nie załatwia, poza znaną od dawna strategią wasalizowania politycznych klientów w zamian za ofertę latyfundiów w parlamencie.

Swoją ofertę KO skierowała m.in. do ruchów obywatelskich, więc niby także do Obywateli RP. W niedawnym wywiadzie "Wyborczej" z Grzegorzem Schetyną padło nawet w tym kontekście moje nazwisko – co zresztą uczyniło pytanie raczej retorycznym.

Na wszelki wypadek odpowiem – nie, na listy Koalicji Obywatelskiej Obywatele RP się nie wybierają. Mówiąc bez ogródek, nie interesują nas wasalne lenna. Zamiast tego od dawna pokazujemy warunki naszego poparcia i racjonalną drogę tworzenia skutecznej koalicji, w której elektoraty „skrzydeł” dodadzą się do dominującego wprawdzie, ale niewystarczającego „centrum”.

 Nie tylko prawybory

W odpowiedzi na własną propozycję międzypartyjnych prawyborów wyłaniających wspólne listy demokratów od niemal dwóch lat słyszymy, że jest za późno. Że nie ma kim, za co i jak tego zrobić. Jeśli słyszymy to od ludzi z ruchów obywatelskich, świadczy to – niestety prawdziwie – o dość opłakanym stanie obywatelskiego społeczeństwa: być może naprawdę skazani jesteśmy na zbawców na białych rumakach.

Jest jednak skandalem, kiedy to samo słyszymy od partii dysponujących kadrami opłacanymi z publicznych pieniędzy i funduszami na działania wyborcze (która z partii zapłaciła ostatnio za eksperckie opracowania dotyczące choćby zielonej energetyki, hę?).

Skoro nie da się zorganizować prawyborczych spotkań i poustawiać na tydzień namiotów z urnami do głosowania, co w takim razie znaczą zapowiedzi ciężkiej, kampanijnej pracy w każdej gminie? Chodzi przede wszystkim o to, że poza prawyborami możliwych jest wiele innych strategii zapewniających kandydatom wiarygodność i uruchamiających ideowe „skrzydła” skoncentrowane na tych elementach programu, o których w koalicji mówić nie wolno, bo budzą zbyt wielkie emocje i dzielą Polaków, jak aborcja, albo politykom wydają się niebezpieczne, jak 500+ czy wiek emerytalny.

Jedną z takich propozycji sformułował już dawno temu Marek Borowski. Niech losowanie przydzieli trzem dzisiaj powstającym blokom numery. Niech numer kandydata na liście – ten sam ustalony dla każdego z 41 okręgów wyborczych w Polsce – wskazuje na jego przynależność partyjną.

Wszędzie w Polsce pięć pierwszych miejsc może np. zająć KO, kolejne pięć może przypadać Koalicji Polskiej Kosiniaka-Kamysza, trzecia piątka może przypaść lewicy itd. – a nie będzie w Polsce list krótszych niż na 16 nazwisk. W ten sposób przy urnach będziemy mogli naprawdę wybierać pomiędzy lewicą, prawicą i centrum, nie ryzykując zmarnowania głosów, z których każdy umocni wynik demokratów.

Trzy bloki nie muszą się programowo dogadywać w żadnej sprawie poza tą, że szanują konstytucyjną praworządność oraz debatę i rozstrzygający głos obywateli jako sposób rozwiązywania politycznych i programowych sporów. Ten prosty system można uzupełniać o dowolne elementy dodatkowe, jak publiczne wysłuchania kandydatów, albo prawybory wyłaniające jedynkę wspólnej listy w każdym z 41 okręgów do Sejmu. Ale nie trzeba tego robić. Jasne i transparentne, uczciwe reguły zupełnie tu wystarczą.

 W stu jednomandatowych okręgach wyborczych do Senatu wspólnego kandydata trzeba jednak wyłonić koniecznie i żadne losowanie miejsc tu nie pomoże. Albo przeciw PiS stanie jeden kandydat demokratów, albo Senat przegramy. Nie jest jednak wszystko jedno, jak zostanie wyłoniony. Jeśli stanie się to w wyniku gabinetowych targów, mamy znów gwarancję porażki. Prawybory byłyby tu rozwiązaniem idealnym. Ale znów nie jedynym.

Tyle chcę powiedzieć wobec porażki idei szerokiego frontu demokratów, że gdyby decydujący dziś w Polsce o wszystkim panowie Schetyna, Kosiniak-Kamysz i Czarzasty te swoje nieszczęsne rozmowy prowadzili na oczach kamer, a nie w ukryciu przed nimi, nie mielibyśmy dzisiaj powodów do lamentu – żaden z nich nie śmiałby zająknąć się o interesie własnego partyjnego aparatu. Cała nadzieja w presji opinii publicznej.

 Organizujemy opinię publiczną

 Odpowiadając więc na owo retoryczne pytanie red. Justyny Dobrosz-Oracz o mój udział na liście Schetyny – jest rolą ruchów obywatelskich wywierać presję i żądać uczciwych reguł skutecznej gry. Byłoby zaprzeczeniem tej roli targować się o miejsca dla siebie.

Ponawiamy wezwanie liderów do publicznej debaty. Co tydzień nagrywamy ją przy Kanciastym Stole. Nie przysyłajcie ludzi z „przekazem dnia”. Przyjdźcie porozmawiać. Przynieście oferty.

---

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.