Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Choć na długiej ceremonii zakończenia roku szkolnego dyrektor oficjalnie ogłosiła rozpoczęcie wakacji, wszyscy wiedzieliśmy, że to nieprawda. Nie możemy narzekać, wyniki rekrutacji poznaliśmy już 4 lipca – jak na polskich uczniów dość wcześnie. Ale kiedy nadszedł już ten nieszczęsny termin, nie wykluczaliśmy rekrutacji uzupełniającej – kolejnego męczącego wydarzenia, które przykryje cieniem stresu następne dni wakacji.

Mam 14 lat i właśnie skończyłem pierwszą od lat ósmą klasę szkoły podstawowej.

W siódmej klasie od pierwszych dni słyszeliśmy, że z powodu nadchodzącego podwójnego rocznika mamy sporego pecha, a jedynym sensownym wyjściem z tej sytuacji będzie solidne przygotowanie się do egzaminów i olimpiad. W ferworze zmian nie doprecyzowano chociażby, jak liczy się kuratoryjny konkurs ortograficzny. I np. Piotrek, kolega z klasy, kilka tygodni temu dowiedział się, że jego tytuł laureata z ortografii zaowocuje jedynie kilkoma dodatkowymi punktami na świadectwie. 

Chaos, mocium panie 

To nie były wesołe dwa lata. Najgorsze były chyba kwestie organizacyjne, które nie zostały przez ustawę doprecyzowane, jak wspomniany wyżej tytuł laureata z ortografii. Piotrek najpierw skontaktował się z przyszłym liceum, które poradziło mu, by zatelefonował do kuratorium. Dzwonił tam dwa razy i za każdym razem uzyskał inną odpowiedź.

Nie wiedzieliśmy też, czego się spodziewać po egzaminie – nie mogliśmy rozwiązywać arkuszy z ostatnich lat, a kryteria podane przez ministerstwo były długie, nieprecyzyjne i niejasne. Próbne testy z kolei były tak „zabezpieczone”, że spokojnie można je było znaleźć w internecie – ten wyciek sprawił, że poziom wiedzy poszczególnych uczniów i poziom ich umiejętności na tle klasy zatarły się, a porównanie własnych umiejętności z umiejętnościami rówieśników stało się niemożliwe. Przygotowania do wielkiego egzaminu utrudniały przeładowane programy takich przedmiotów jak fizyka i chemia, które okazały się niemożliwe do zrealizowania. Zamiast skupić się na przedmiotach egzaminacyjnych, zdarzało nam się ślęczeć do późna nad pobieżnie omawianymi fizycznymi zagadnieniami (tu muszę pochwalić nauczycieli, którzy pomagali nam, jak mogli, m.in. zawieszając sprawdziany czy kartkówki na czas przygotowań do egzaminów).

Był jeszcze strajk nauczycieli, który zbiegł się u nas z datą początku elektronicznej rekrutacji, a niedługo po jego rozpoczęciu nadeszły egzaminy – pilnowały nas siostry zakonne, księża i osoby, które widzieliśmy po raz pierwszy. Kibicowaliśmy nauczycielom z całego serca. Pamiętam, gdy połączeni internetową grupą oglądaliśmy i komentowaliśmy przedstrajkową przemowę Beaty Szydło, której słodkie zdania wyraźnie kontrastowały z brutalną rzeczywistością szkolnictwa i reformy. Moja koleżanka z klasy Olga zaznacza, że gdy porównuje przerobiony przez nas program do tego, który miała uczęszczająca do gimnazjum siostra, jest pełna niepokoju: „Okrojona matematyka i angielski, w przypadku innych lekcji uczyliśmy się z podręczników »gimnazjalnych«, po prostu z inną cyfrą na przedzie, a tutaj... Boję się, że licea mogą nie być wyrozumiałe”. 

Cena olimpiady 

Największymi przegranymi tegorocznej rekrutacji są uczniowie, którzy postawili wszystko na jedną kartę – zawiesili naukę z innych przedmiotów, zaczęli się zwalniać z lekcji czy spędzać w szkole dodatkowe godziny, ucząc się kilku konkretnych zagadnień, a mimo to uzyskali jedynie tytuł finalisty. Jest on bowiem śmiesznym nieporozumieniem – smętna liczba siedmiu dodatkowych punktów rekrutacyjnych okupiona jest zazwyczaj tygodniami ciężkiej nauki.

Wspomniałem o Piotrku, który dowiedział się niedługo przed rekrutacją, że jego tytuł laureata ortograficznego wpłynie zaledwie minimalnie na potencjalne przyjęcie do szkoły. Ten sam Piotrek uzyskał tytuł finalisty z konkursu historycznego cztery razy. 15 punktów rekrutacyjnych, które za to otrzymał (gdyż wielokrotni finaliści wcale nie zdobywają punktów wprost proporcjonalnie do liczby tytułów), to marna pociecha wobec uzyskiwanych przez laureata 200. 

Piekiełko egzaminów 

Zaryzykuję tezę, że egzaminy nie były trudne. Co z tego, jeśli wygenerowały ilość stresu przygniatającą ósmoklasistów. Mnóstwo osób z mojej klasy – klasy, warto dodać, na poziomie astronomicznie wysokim, wszak pasek zdobyło 26 na 28 osób! – przed egzaminami uczęszczało na korepetycje, swoje robiły też stres i presja otoczenia. To ten eksperymentalny, bo pierwszy od lat, egzamin ósmoklasisty miał być czynnikiem decydującym o naszej przyszłości, to od niego w dużej mierze zależą rekrutacyjne punkty, które w podwójnym roczniku są na wagę złota! Przygotowania do wielkiego testu szły pełną parą – można je liczyć w upstrzonych matematycznymi zadaniami kartkach, które przynosiliśmy w każdy czwartek, można też w liczbie rozprawek pisanych na języku polskim. Próbne egzaminy jedynie obniżyły morale uczciwych, niekorzystających z wycieku arkuszy uczniów, którzy wypadli gorzej na tle reszty, a właściwy egzamin prowadzony był podczas strajku – w atmosferze nerwowej i stresującej.

4 lipca, godzina 10

To właśnie wtedy nerwowe odświeżanie strony z rekrutacją dobiega końca, a grupa klasowa zaczyna się mienić od rozbłysków powiadomień. Większość osób z mojej klasy dostała się do szkół pierwszego wyboru. Ale byli również tacy, w przypadku których najmniejsze liczby zaważyły o placówce. Tak miała choćby Sylwia – do klasy mat.-fiz. w wymarzonym III LO zabrakło jej dokładnie pięć i pół punktu. Sylwia zapewne będzie prosić o ponowne rozpatrzenie jej wniosku, gdy zwolni się któreś miejsce, na razie jednak musi zadowolić się szkołą drugiej preferencji. Pułapki tak minimalnych liczb punktów rozdzieliły wielu przyjaciół, którzy zamierzali pójść do tych samych klas. Myślę, że szkoły w tym roku zrobiły absolutnie wszystko, aby zapewnić uczniom jak największą liczbę miejsc.

Jakie będą tego skutki? W malutkim III LO, w którym od zawsze poruszanie się było utrudnione, na przerwach zapanuje armagedon, a niegdyś komiczne pomysły o wprowadzaniu ruchu jednostronnego dziś rozważane są przez wiele placówek całkiem poważnie. Chciałbym podziękować wszystkim liceom w Polsce – za to, że poradziły sobie z reformą, że przyjęły tak wiele osób, że dokonały wielu zmian, nieraz trudnych i wymagających, aby pierwsi ósmoklasiści i ostatni trzecioklasiści mogli dostać się do wymarzonych szkół. 

Nigdy więcej! 

To były chaotyczne, stresujące, a przede wszystkim niezwykle niepewne dwa lata. Pani minister zapewniała gorąco, że reforma się udała, a przepełnione szkoły i problemy podwójnego rocznika to wina samorządów, po czym spakowała manatki i posłała nam buziaczka z samolotu prosto do Brukseli. Potrafiła sprytnie wymigać się od odpowiedzialności za zrujnowanie edukacji w Polsce i zapewniać, że szkoły są z gumy, skazać setki tysięcy uczniów i nauczycieli na dwa lata nieustannego stresu, a potem jakby nigdy nic zostawić to za sobą. Podziwiam nauczycieli, dyrektorów, samorządowców i wspierających, rozumiejących nas, rodziców. I choć to nie koniec drogi – wszak nadchodzą kolejne ósme klasy, a licealiści podzieleni są na dwa programy – damy radę. I pokażemy Zalewskiej i Piontkowskiemu, że uczniów nie da się łatwo złamać. 


Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.