Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

U podstaw tzw. dezubekizacji (wyjątkowo kretyńskie określenie na bandycką czynność pozbawienia określonej grupy osób części ich praw obywatelskich) leżało ponoć założenie, iż musi się dokonać sprawiedliwość dziejowa i kaci, oprawcy, itd. powinni ponieść zasłużoną karę. Namacalną i odczuwalną, zwłaszcza materialnie. Zatem powinni utracić posiadane przywileje – cokolwiek to określenie znaczy. Oczywiście wszystko to w imię demokracji i sprawiedliwości dziejowej.

Po pierwsze, jeśli ma się pretensję do nazwy "państwo demokratyczne", to przede wszystkim przestrzega się konstytucji. A ta wyraźnie mówi:

– nie wolno stosować odpowiedzialności zbiorowej;

– nie wolno nikogo ukarać bez postawienia mu zarzutów i udowodnienia winy w procesie przeprowadzonym przez niezawisły sąd;

– nie wolno łamać zasady ochrony praw nabytych;

– nie wolno nikogo oskarżać lub pomawiać o czyny przestępcze, nie mając ku temu podstaw i nie mogąc tego udowodnić, a do tego czynić tego słowami naruszającymi ludzką godność – tym samym jego dobra osobiste.

Po drugie, emerytowani funkcjonariusze szeroko pojętych służb bezpieczeństwa państwa nie mieli żadnych przywilejów. Po prostu wyrażając zgodę na służbę w tych formacjach, zawarli umowę ze swoim – naszym państwem i to państwo zaproponowało im takie warunki. Służba jest specyficzną formą zatrudnienia. Na tyle specyficzną, że ogranicza w części prawa obywatelskie podejmujących ją osób.

Po trzecie, przywoływanie pojęcia tzw. sprawiedliwości dziejowej jest zwykłą propagandą. Nie ma w polskim języku prawnym takiego terminu. Jest tylko sprawiedliwość albo jej brak.

Po czwarte, żadna  z polskich służb specjalnych nie została uznana za organizację zbrodniczą. Aby temat zakończyć – sprawców czynów przestępczych okresu stalinowskiego osądzono w procesach zarówno po 1956 r, jak i później, już po 1990 r. Osądzono również i tych, których przestępcza działalność w latach 1956–1989 nie budziła wątpliwości. I, paradoksalnie, ci wszyscy przestępcy dziś mają wyższe emerytury niż my, którzy nigdy nie popełniliśmy żadnego przestępstwa. Z mocy wyroku sądowego skazanym obniżono emerytury o połowę, pozostałą połowę nadal otrzymują.

Państwo zastosowało wobec nas bandyckie prawo, przepchnięte metodą faktów dokonanych. Żeby była jasność – państwo zrobiło to dwukrotnie – ustawą z 2009 r. i powtórnie w grudniu 2016 r. Za każdym razem inicjatorzy ustaw przeprowadzili długą i intensywną kampanię propagandową, odsądzając swoje przyszłe ofiary od wszelkiej czci, medialnie robiąc z nas krwiożerczych bandytów, pobierających najwyższe emerytury w Polsce. Ze zdumieniem dowiedziałem się wówczas, że pobieram emeryturę w wysokości 6 tys. zł. W rzeczywistości w momencie odebrania mi ponad 60% emerytury moje świadczenie netto wynosiło około 1650 zł (słownie jeden tysiąc sześćset pięćdziesiąt złotych). Po „korekcie” otrzymywałem niewiele ponad 700 zł. Niedowiarkom mogę okazać wspomnianą decyzję z września 2010 r. Jakby tego było mało, ustawą z grudnia 2016 r. zostałem pozbawiony emerytury z tytułu służby. Jednakże łaskawe państwo było na tyle rozrzutne, że przyznało mi najniższą emeryturę w kwocie 850 zł netto, co jeszcze pozwala mi na trwanie przy życiu. Nie choruję, bo nie stać mnie na lekarstwa. Przemieszczam się głównie pieszo, co znakomicie poprawiałoby moją kondycję, gdyby nie ciągły niedosyt jedzenia. Dzięki temu wróciłem do swojej wagi z okresu końcówki liceum – ważę jeszcze nieco powyżej 60 kg (może nawet 62 kg) przy wzroście 170 cm.   

Gdyby nie pomoc dzieci, pewnie dawno bym oszczędził państwu wydatków związanych z moją emeryturą. Może dzięki temu niejaki Jarosław Kaczyński byłby w stanie zrealizować jakiś kolejny kosztowny pomysł przedwyborczy. No cóż – ja jednak jestem wredny i uparty. Mam zamiar żyć tak długo, aż doczekam się czasów, kiedy twórcy tych gniotów emerytalnych (i innych też, tak dla jasności) sami doznają skutków swojej radosnej twórczości.

W podobnej co ja sytuacji jest kilkanaście–kilkadziesiąt tysięcy osób. Osób starych, często niedołężnych, schorowanych i bezbronnych. Do tego zupełnie nie rozumiejących, dlaczego zostali sflekowani – żeby użyć kryminalnej terminologii, przez swoje państwo, któremu służyli w dorosłym życiu.

Zgrozę budzi fakt, że obecne Państwo przejęło najgorszą cechę z początków poprzedniego ustroju: zasadę, że obywatel musi się bać.

Mam nadzieję, że nie wywołuję wilka z lasu i nie sprowokuję tym listem wiadomych służb do nagłej porannej wizyty u mnie. Proszę mi wierzyć, że wystarczy wysłać mi wezwanie. Sam przyjdę. Słowo honoru. Co więcej, oficerskie słowo honoru.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.