Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lato 1988, Rzym. Stoję na balkonie Domu Pielgrzyma przy via Cassia 1200, rozmawiając z młodą kobietą. Palimy przywiezione z Polski papierosy, ona opowiada o swojej decyzji. Jest ładną dziewczyną, samotną matką z malutkim dzieckiem, która postanowiła wyjechać z Polski. W jej oczach widać obawę i nadzieję. Obawę, bo nie ma praktycznie żadnego wykształcenia, nadzieję – bo szybko uczy się języków i jest jeszcze bardzo młoda.

Mówi o hotelu, w którym Włosi umieszczają podobnych do niej uchodźców z Europy Wschodniej czekających na wizy emigracyjne do wybranych krajów. Malutki pokój w budynku, który ma tyle samo pięter zarówno nad, jak i pod powierzchnią. W nocy blokuje drzwi dziecięcym bucikiem, żeby się nie zamykały. Trzeba nieco przewietrzyć duszne pomieszczenie w głębokiej suterynie. Budzi się okradziona, mówi, że nawet ten bucik ukradli.

Mam 23 lata, właśnie skończyłem trzeci, najtrudniejszy rok studiów na politechnice. Powoli kończą się mroczne lata 80., lata mojej młodości. W kraju chaos i strajki, a ja oglądam uśmiechniętych turystów przyjeżdżających do Wiecznego Miasta z całego świata. Patrząc na panoramę miasta w świetle zachodzącego słońca, oddychając łagodnym, pachnącym daktylami powietrzem, myślę o życiu poza Polską i… o tym buciku.

Kontrast pomiędzy Zachodem a demoludami był ogromny, dziś właściwie nie do opisania. W tamtych latach trudno było się wyrwać na Zachód i wielu nie wracało. I nie chodziło wcale o politykę. Mało kto dziś pamięta, jak ciężko było wówczas normalnie w Polsce żyć. Dla mnie trudno było znaleźć poczucie sensu takiego życia, jakie prowadzili moi rodzice i wszyscy wokół.

W gruncie rzeczy chodziłem po ulicach Wiednia i Rzymu w poczuciu krzywdy. Tak, czułem się skrzywdzony brakiem perspektyw na to, co widziałem wokół. Jednak nie byłem jeszcze gotowy na emigrację.

Wracam do Polski – rodzice wniebowzięci – wszak jestem jedynakiem. Obawiali się, że cała ta wyprawa do Włoch była w istocie zakamuflowaną ucieczką. Nie wiedzą jednak, że twardo postanowiłem emigrować, choć przyrzekłem sobie, że muszę skończyć studia, zarobić parę groszy i doszlifować swój angielski, który robił wrażenie jedynie na stacjach benzynowych. Słowem – muszę porządnie się przygotować.

Skończyć studia po trzecim roku – nic prostszego– ale zarobić? Jak? Wziąłem urlop dziekański i korzystając ze statusu studenta, zacząłem szukać pracy w spółdzielni studenckiej i wyjeżdżać na różne obozy pracy do bratnich krajów. Próbowałem też handlu, zwłaszcza z braćmi ze Wschodu.

Wspominam wyjazd „studencki” do Charkowa, gdzie wszyscy polscy studenci wieźli tony ciuchów, a ja i mój najlepszy kumpel – dziś prezes giełdowej spółki – przemycaliśmy kilkadziesiąt procesorów do komputera ZX Spectrum. Nie muszę mówić, że brak „nadbagażu” natychmiast skierował uwagę służb na naszą dwójkę i do końca pobytu mieliśmy „opiekuna”, który udawał studenta. Udało się dokonać transakcji i – zaopatrzeni w gruby rulon rubli – do końca pobytu zwiedzaliśmy miasto, a wieczorami piliśmy bimber z winogron w towarzystwie Gruzinów i Azerów.

Był też wyjazd do nieistniejącej dzisiaj Czechosłowacji, gdzie sadziłem świerki w zdemolowanych komunistycznym przemysłem Karkonoszach. Pamiętam, że wielu z nas wpadło w zasadzkę zastawioną przez czeskich leśników i celników. Otóż w tamtym czasie wszystkie waluty przeliczaliśmy na dolary, zatem i te zarobione korony należało od razu wymienić na „walutę wymienialną”. Co bardziej zaradni kupowali deficytowe towary, które następnie z jeszcze większą przebitką sprzedawali w Polsce. Po sześciu tygodniach ciężkiej pracy i hektolitrach wypitego piwa wracaliśmy do domu.

Wtedy jeden z leśników zaproponował nam wymianę koron na franki szwajcarskie (to był mój pierwszy, choć nie ostatni kontakt z tą walutą). Ci, którzy nie kupili towarów lub – jak ja – nie wymienili wcześniej koron na dolary u konika w Pradze, zdecydowali się na tę wymianę. W czasie kontroli na granicy nasz autobus odwiedził czeski celnik, który miał listę z nazwiskami całej grupy, a przy nazwiskach tych, którzy kupili te nieszczęsne franki – miał pozakreślane kółeczka! Sukinsyn dostał te nazwiska od leśnika! Niestety wszystkim skonfiskowano nielegalną walutę i zostali z niczym.

Po tych doświadczeniach nie miałem złudzeń, że nie tędy droga. Po przeliczeniu na dolary mogłem odłożyć 50 dolarów na miesiąc.

Mój ojciec zarabiał wtedy 30 dolarów, mama - 10, a musieli przecież utrzymać siebie i mnie. Jakby nie liczyć po roku ciężkiej, fizycznej pracy i próbach handelku, który był w istocie drobnym przemytem, można było odłożyć tyle, że nie starczyłoby na miesiąc życia na Zachodzie.

A więc kolejny wyjazd – tym razem na saksy, czyli robota za walutę. Jeden z moich kolegów, wiedząc, że mówię trochę po angielsku, zaproponował mi wyjazd do Holandii. Wizę holenderską można było dostać w miarę łatwo, jeśli wypełniło się stosowną aplikację, a w rubryce cel wizyty wpisało zaproszenie od rzeczywiście istniejącej osoby będącej obywatelem Królestwa Niderlandów. Myślę, że ten koleś, na którego „zaproszenie” zamierzaliśmy wyjechać, miał kilkuset „gości” z Polski rocznie. W ambasadzie chyba zaczęli coś podłapywać, bo dawali wizę co drugiemu aplikującemu. To trochę zwiększało koszty na głowę takiego wyjazdu, ale zdecydowaliśmy się jechać we dwóch. Kompletnie bez żadnego kontaktu, adresu czy choćby obietnicy pracy! Do dziś nie wiem, jak dwóm chłopakom z Polski udało się znaleźć robotę, zaprzyjaźnić z holenderską rodziną i zarobić w dwa miesiące tyle, ile mój ojciec zarabiał w pięć lat.

Z pękatym od guldenów portfelem oraz dwoma telewizorami na pilota (wtedy to była rzadkość) i dwoma magnetowidami wróciliśmy do domu starym fiatem mojego ojca. Głównie po to, abym wypełnił dane sobie przyrzeczenie i skończył studia.

Jeżdżąc po demoludach, widziałem pewne różnice w jakości życia czy zaopatrzeniu sklepów. Gdy wracałem z Zachodu, te odmienności nie były widoczne. To jak patrzeć w dół z drapacza chmur na budynki cztero-, pięcio- lub sześciopiętrowe. Żadna różnica! Kiedy podczas wyprawy do Włoch staliśmy kilkanaście godzin w pobliżu Bratysławy na granicy z Austrią, uzbrojeni żołnierze wyruszali w pośpiechu na akcję zatrzymania kilku osób nielegalnie przekraczających silnie strzeżony pas ziemi odgradzający „nas” od „nich”.

Podczas pobytu w chylącym się ku upadkowi Związku Radzieckim (na terenach dzisiejszej Ukrainy) widziałem, jak powstawały pierwsze kooperatywy, czyli spółdzielnie, które miały produkować różne dobra za pozwoleniem władz. W trakcie polskich wyborów 4 czerwca byłem w Czechosłowacji, nieistniejącym już państwie, gdzie komunistyczne służby mundurowe okradały studentów, a w Pradze widziałem na murze jeden nieśmiały napis: „Havel!”. Kiedy wracaliśmy z Holandii, nie było już granicy między państwami niemieckimi.

A w naszym kraju działo się jeszcze więcej. Protesty, strajki, wizyta Gorbaczowa, Okrągły Stół, częściowo wolne wybory, premier Mazowiecki. Nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się na moich oczach. Wtedy po raz pierwszy poczułem coś w rodzaju nadziei, poczucia sensu. Polska była wtedy najciekawszym miejscem na Ziemi i cieszyłem się, że oglądam to z bliska. W tym czasie spotkałem miłość swojego życia i rozstania stawały się trudne do wytrzymania. Dojrzewałem.

Moje wyjazdy zarobkowe nigdy nie trwały długo, najwyżej kilka tygodni, wszak musiałem znów podjąć studia. Na czwartym roku pojawił się na moim wydziale pierwszy komputer osobisty (miał twardy dysk o pojemności 40 MB!). Na piątym roku mieliśmy kilka seminariów z takich egzotycznie wówczas brzmiących przedmiotów jak sterowanie jakością czy marketing. Na jednych zajęciach pojawili się dwaj autentyczni Amerykanie, którzy mówili o sprzedaży, progu rentowności i takich tam sprawach. Nie pamiętam, czy to ja ich tak dobrze zrozumiałem (wtedy już dorabiałem, pisząc kolokwia z angielskiego za kolegów), czy to zasługa tłumacza, ale to był szok. W kraju codziennych, permanentnych niedoborów mówić o zadowoleniu klienta, grupach docelowych i strategiach marketingowych? Rysowały się nowe możliwości i nowe perspektywy.

Choć oddolny, polski biznes był zaledwie na etapie bazarowych ”szczęk”, wchodziliśmy z werwą w lata 90. Przestałem myśleć o emigracji.

Na fali ogólnego entuzjazmu jeszcze przed obroną pracy magisterskiej uwikłałem się w mały biznes, który był pierwszą lekcją pokory. Straciłem niewielki kapitał, który z takim trudem zarobiłem, i pożyczkę od rodziców. Nie byłem gotowy.

Zostałem „tylko” z tym angielskim i tytułem magistra inżyniera. Miłość mojego życia studiowała medycynę i jeśli planowałem wspólną przyszłość, musiałem iść na etat. Pomyślałem: „Jestem do cholery inżynierem, znam języki i to musi wystarczyć!”.

Wystarczyło, aby po zabiegach ojca i braku sprzeciwu związków zawodowych zostać przyjętym do największego, państwowego zakładu w okolicy – obiektu westchnień większości mieszkańców nie tylko mojego miasta. Ten kombinat wydobywczo-energetyczny zatrudniał kilkanaście tysięcy ludzi, w tym moich rodziców, przyszłych teściów i większość kolegów ze szkoły i podwórka. Dostanie się do kombinatu dawało pewność zatrudnienia do emerytury. Pieniądze nie były satysfakcjonujące, ale miłe było zakomunikowanie w dowolnym sklepie, że jest się tam zatrudnionym, bo wtedy były dostępne wszystkie opcje sprzedaży ratalnej. I nawet sprzedawca się uśmiechał.

Sama praca, choć związana z wyuczonym zawodem, nie była specjalnie kreatywna – pracowałem na desce kreślarskiej (takiej z pantografem). Stosunki w pracy, były takie jak w powieści Chmielewskiej o Lesiu, tylko bez trupów. Codzienna celebracja porannej kawy, można było w biurze palić i spokojnie przejrzeć gazety, imieniny często były zakrapiane (Herbaty? Nie, jestem wozem!).

Ocena pracy na podstawie liczby oddanych formatek A4 – im więcej rysujesz, tym lepiej. Sielanka. Po kilkunastu miesiącach pojawiły się jednak komputery! Jako jeden z młodszych inżynierów zostałem wyznaczony do przeszkolenia w programie wspomagającym projektowanie – cóż to była za rewolucja! Liczba formatek skoczyła do kilkuset w miesiącu, bo projektowanie stało się banalnie proste, szybkie i bez udziału zapracowanych kreślarek (był taki zawód).

Starsi koledzy, czując zagrożenie, wzięli mnie na stronę i kazali przyhamować! Tak więc przez następne kilka miesięcy nie zrobiłem nic.

A w kraju reformy Balcerowicza, giełda, coraz śmielsi zachodni inwestorzy, liberalny rząd Bieleckiego! Kupuję „Gazetę Bankową”, studiuję gospodarcze strony „Wyborczej” i drobny druczek zielonej „Rzepy”. Gdzieś tam jest inny, wspaniały świat. Moja ciepła posadka w PRL-owskiej korporacji zaczyna mnie uwierać. Wszedłem w buty rodziców. Ślub, raty, wczasy zakładowe, dziecko, raty, mieszkanie z rodzicami, raty… Robiłem to, czego za wszelką cenę starałem się uniknąć.

O emigracji już nie było mowy, ale zacząłem przemyśliwać o wyrwaniu się z tego kręgu. Po moim wyrażeniu nieśmiałych marzeń o zmianie pracy ojciec się prawie obraża. Na szczęście mam wsparcie w mamie i żonie. Poza nimi nikt nie rozumie, jak można zrezygnować z pracy w kombinacie! Ale ja już postanowiłem.

Zaczynam pisać swoje pierwsze curriculum vitae i rozsyłać w odpowiedzi na prasowe anonse – przecież nie ma jeszcze internetu! Chodzę wszędzie, gdzie mnie zaproszą, nawet tam, gdzie nie mam większych szans. Traktuję to jako przygotowanie do tego właściwego interview – muszę być gotowy na szansę, która musi się zdarzyć. I zdarza się, choć jest jeden mały kłopot: pracodawca preferuje niemiecki. OK, myślę sobie, spróbuję. Niemiecki miałem w szkole, dawno i nigdy się go porządnie nie uczyłem. Po kilku przesłuchaniach wiem, o co pytają na takim interview.

Proszę szwagierkę, aby napisała mi na kartce wyczerpujące odpowiedzi po niemiecku na 20 najczęściej zadawanych pytań. Dodatkowo proszę o nagranie ich, abym nie pomylił się w akcencie. Wykuwam to na blachę i idę jak w dym. Czuję się przygotowany.

Jeszcze w drodze na spotkanie przesłuchuję taśmę i powtarzam na głos. Jestem ostatni w kolejce – to dobry znak. Przyjmuje mnie elegancki Holender w średnim wieku, w złotych oprawkach i białej koszuli z krawatem, bez marynarki, na ręce drogi zegarek. Ja w ślubnym garniturku, ale pewny siebie odpowiadam na wszystkie standardowe pytania szybko i poprawną niemczyzną.

Po kilkunastu minutach koncept się wyczerpuje, bo przechodzimy do niestandardowych pytań, a mnie się niemczyzna kończy. Na to jednak też jestem przygotowany i mówię po niemiecku, że jeżeli nie ma nic przeciwko, to na resztę pytań mogę odpowiedzieć po angielsku. On na to, że oczywiście, choć wyczuwam, że angielski to nie jest jego mocna strona. Tym lepiej dla mnie! Kończymy.

Nie wypadłem źle, bo prosi mnie o pozostanie. Innych kandydatów żegna, a ze mną siada ponownie i wtedy ja przyznaję, że nie mówię po niemiecku tylko tak… udaję. On, pomimo lekko wyczuwalnego rozczarowania, gratuluje mi roboty! Oczywiście wyskoczyłem w górę w geście tryumfu, jakbym wygrał mecz. Potem jednak przychodzi obawa, czy jestem gotowy. Po kilku latach w kombinacie nie jest łatwo wyrwać się z letargu ciepłej posadki.

Jestem szykowany na szefa produkcji, przyjeżdżam wraz z czterema chłopakami w moim wieku. Spędzam w Holandii sześć miesięcy. Staż w świetnie zorganizowanej firmie, która właśnie postanowiła zainwestować w Polsce i w Niemczech, to jak los na loterii życia. Najlepsza szkoła biznesu. Jako ubodzy krewni z dalekiego kraju byliśmy pupilami całej fabryki, ba, całej okolicy! Okazało się, że nie jestem w 100 procentach gotowy, ale kto jest? Jakoś dałem radę.

Po powrocie szybko organizuję produkcję w wynajętej hali, mam już pierwsze zamówienia. Pierwszy rok obrachunkowy kończymy na symbolicznym plusie. To wystarcza do podjęcia decyzji o budowie zupełnie nowego zakładu. Szybko zostaję dyrektorem, a potem prezesem spółki w Polsce.

Dużo podróżuję, głównie po kraju i do naszych zakładów w Holandii i Niemczech. Buduję rynek dla nowego produktu, aby nafutrować nowy zakład. Cyfry rosną, choć nie brakuje dramatycznych momentów, ale wtedy z pomocą przychodzi firma matka.  Następuje mała stabilizacja, która zaczyna mnie trochę uwierać. Decyduję się na studia MBA. To odsuwa lęki przed stagnacją, przynajmniej na jakiś czas.

Przeżywam denominację złotego, wprowadzenie VAT, ciągłe zmiany w przepisach podatkowych i pracowniczych. Tłumaczę to wszystko Holendrom, choć oni niewiele z tego rozumieją.

Koszmar menedżera w Polsce trwa. Mam dość. Do tego w macierzystym zakładzie nadchodzi pokoleniowa zmiana warty. Młodzi nie są już tak cierpliwi. Do dziś właściciel firmy nie wie, dlaczego w końcu odszedłem, zostawiając zakład z solidnym zyskiem. Pomogli mi jego następcy, którzy zasugerowali, że po tych paru latach jestem już lepszym menedżerem i na pewno znalazłbym bez trudu inną pracę. Nie wiem, czy mówili to ze świadomością, że mogę wziąć sobie te słowa do serca. Pomyślałem, że właściwie czemu nie? Mam doświadczenie w budowaniu międzynarodowej firmy od zera i prowadzeniu inwestycji w Polsce. Nieocenione atuty dla zagranicznego inwestora. Poza tym urodziło nam się drugie dziecko. Żona zrobiła specjalizację i mogła w zasadzie dostać pracę wszędzie. Byłem gotowy.

Moje życie towarzyskie ograniczało się właściwie do rodziny i bardzo nielicznych spotkań ze znajomymi. Praca i dom – to było moje życie – właśnie w tej kolejności. Po bujnych latach szkolnych i akademickich nie zostało śladu. Pomyślałem sobie – niewielki koszt.

Postanowiliśmy z żoną, że jeżeli czas na zmiany, to na całego. Nie, nie chodzi o emigrację. Postanowiliśmy przeprowadzić się do dużego miasta. W czasie moich licznych podróży poznałem je wszystkie od podszewki. Nasz wybór padł na Poznań, kojarzący się z solidnością i wysoką kulturą pracy. Myśleliśmy też o dzieciach – dobre szkoły, uniwersytety.

Dopiero po tej decyzji zacząłem szukać pracy. Znalazłem dość szybko, być może za szybko. Za to za dwa razy większe pieniądze. Pomyślałem sobie, że nawet jeżeli nie zabawię tam długo, to zarobię tyle, żeby się zagospodarować w Poznaniu.

Od tego momentu zaczęła się moja epopeja, kilka razy zmieniałem pracodawcę. Czasem na jednym wypowiedzeniu pracowałem już dla kolejnego. Byłem takim menedżerem do wynajęcia.

Pieniądze przychodziły łatwo, tym bardziej że i moja żona wreszcie zaczęła zarabiać. W tej sytuacji otrzymanie kredytu hipotecznego na dom (drugie spotkanie z frankiem szwajcarskim) ograniczało się do wypełnienia wniosku i zbadania pulsu. Powiększałem systematycznie liczbę kontaktów biznesowych, w tym również międzynarodowych. W pewnym momencie odwiedziłem nawet Nową Zelandię, do której wzdychałem w latach, kiedy myślałem o emigracji. Czułem się niezależny. Niepostrzeżenie przekroczyłem czterdziestkę i powoli przygotowywałem się na wielką zmianę.

Polska wydawała się krajem o coraz bardziej ustabilizowanej sytuacji politycznej, byliśmy już w NATO i Unii Europejskiej. To bardzo pomagało gospodarce, która przez ten cały czas nie zanotowała ujemnego wzrostu PKB! Jednak liczba ofert pracy dla mnie spadła dramatycznie. Coraz trudniej znajdowałem dla siebie coś interesującego.

Z drugiej strony miałem już dość rozwiązywania tych samych problemów w bliźniaczo podobnych sytuacjach. W jednej z firm zredukowałem poziom zatrudnienia ze 120 do 30 osób – trudne i bolesne doświadczenie zwolnień grupowych. Pozwoliło to ograniczyć straty z kilku milionów do kilkuset tysięcy złotych rocznie. Ostatecznie nawet to nie pomogło utrzymać tej firmy na rynku.

W głównych branżach – coraz trudniej było się wcisnąć w obieg – to cecha dojrzałego rynku. Ja od lat poruszałem się raczej po peryferiach głównego nurtu i tam postanowiłem pozostać. Okazja pojawiła się wkrótce.

Nowozelandczycy z moją pomocą próbowali sprzedać w Europie swoje nowoczesne linie technologiczne. Poznałem wielu ludzi, którzy chętniej kupiliby produkty, a nie chcieli inwestować w maszyny. Dodałem dwa do dwóch i wyszło, że jakbym ja kupił te maszyny i sprzedawał im te produkty, biznes by się zapinał. Dodatkowo zgarnąłbym wielką prowizję od sprzedaży. W tym czasie poznałem kilkanaście lat młodszego prawnika, który miał sporo zapału, wiele kontaktów i jeszcze więcej pewności siebie. Bez jego energii nic by się pewnie nie wydarzyło, ale dopiął sprawę, dokooptował trzeciego (z większą gotówką) i założyliśmy firmę. Zupełnie jak w „Ziemi obiecanej” Reymonta!

Właśnie rozpoczynamy ósmy rok działalności. W kilku spółkach zatrudniamy kilkadziesiąt osób. Sercem naszej grupy jest fabryka, którą wymyśliliśmy nad kawą i kartką papieru.

Oczywiście to nie jest jeszcze pełnia szczęścia. Firma zbudowana właściwie z minimalnym kapitałem ciągle boryka się z kłopotami, pomimo (a częściowo z powodu) dotacji unijnych. Jednak działa. Stała się źródłem utrzymania kilkudziesięciu rodzin oraz skarbu państwa.

Można by banalnie skwitować, że po prostu znalazłem się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Powiem tak: byłem gotowy. Byłem gotowy od czasu gwałtownych przemian sprzed 30 lat. Daleki jestem od gloryfikowania PRL-u tylko dlatego, że wtedy właśnie przypadła moja młodość. To były lata szarości, beznadziei, braku perspektyw. I nagle zdarzył się cud! Ten cud miał ogromny wpływ na moje osobiste decyzje. W tym sensie czuję się dzieckiem 4 czerwca. Dałem się ponieść tej fali optymizmu, która dopiero teraz zbiera owoce, również te złe. Wiem, że nie każdy ma w sobie taki wewnętrzny napęd, który wręcz prowokuje do ciągłej gotowości na zmiany.

Ja pomimo lekkiej zadyszki jestem gotowy.

Niedawno byłem służbowo w Zagrzebiu. Stolica Chorwacji, choć urocza, wygląda jak nasze miasta w latach 90. Spotykałem się z ludźmi w różnym wieku i w różnych okolicznościach (biznesowych i prywatnych). Starsi z nostalgią wspominali czasy, kiedy demoludy patrzyły na Jugosławię jak na Zachód. Ludzie w średnim wieku (czyli moim) pamiętali dobrze koszmar wojny. Dla młodszych Chorwatów Polska jawi się jako kraj zachodni.

Bezwzględnie wszyscy prezentowali mieszankę zazdrości i podziwu dla naszego kraju. Podziw dla faktu, że bezkrwawo dokonaliśmy rewolucji. Zazdrość, że tak dobrze radzimy sobie z gospodarką, pieniędzmi napływającymi z UE, rolnictwem...

Dlaczego akurat te dwa - podziwiane przez innych - dowody autentycznego sukcesu Polski są kwestionowane przez samych Polaków?
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.