Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

ANU CZERWIŃSKI: Nie znam cię osobiście, Milo, ale prawdopodobnie znam drogę, którą przeszłaś ze swojego domu na skraj mostu Łazienkowskiego w Warszawie. Dla nas, osób trans, ta droga jest piekielnie wyboista i wymaga heroicznej odwagi opowiadania o sobie światu. Twoja opowieść skończyła się bardzo wcześnie, bo, jak sama piszesz, świat medycznych i administracyjnych procedur stopniowo uciszał twój głos.

ANTON AMBROZIAK: 12 marca odebrałem wiadomość od Milo na Facebooku. Dopytywała o seksuologa z Krakowa, który prowadzi proces korekty medycznej dla osób transpłciowych. To był nasz pierwszy kontakt. Partyzancko – z typowym dla mediów społecznościowych podglądactwem – śledziłem jej wpisy. Wyprawa na Marsze Równości, aktywizm, oddolne wsparcie. Nie brakowało w nich ironii i dystansu. Tak przynajmniej świat wygląda z daleka.

6 maja Milo przyjechała do Warszawy na spotkanie z kolejnym specjalistą, który miał się podjąć diagnostyki. Dwa dni później odebrałem telefon od znajomej z Poznania prowadzącej grupę wsparcia dla osób transpłciowych. Powiedziała, że Milo popełniła samobójstwo. Miała 24 lata.

ANU: Na największym w Polsce internetowym forum wsparcia dla osób trans kilka razy w tygodniu zamieszczane są wpisy młodych ludzi, którzy pozbawieni wsparcia rodziny, pedagogów, przyjaciół myślą o samobójstwie. Według badań Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego odsetek osób trans myślących o samobójstwie jest 20-krotnie wyższy niż dla ogółu społeczeństwa. Te zatrważające statystyki są dowodem na to, że procedura korekty płci musi ulec zmianie. Dzisiaj wymaga ona od osoby trans szczegółowej, często niemającej podstaw naukowych diagnostyki medycznej i pozwania swoich rodziców do sądu. Te procedury trwają latami, nie każdy z nas ma na nie siłę, niektórzy spotykają się dodatkowo z przemocą ze strony bliskich i ze strony społeczeństwa.

ANTON: „To musiało się zdarzyć” – mówi mi jeden z jej przyjaciół. Mimo że nie zdążyłem jej lepiej poznać, to trudno mi się z tym zgodzić. Milo jako niebinarna osoba transpłciowa zmagała się z tym, z czym poniekąd każda osoba trans w Polsce zmierzyć się musi: niekompetencją specjalistów/specjalistek, transfobią w domu i społecznym niezrozumieniem. Milo była niepokorna wobec polskiego systemu korekty płci. Na spotkania z psychologami i psycholożkami przynosiła całą siebie. Co słyszała? Że jest za mało kobieca, że może prawdziwe są transfobiczne wypowiedzi, że to taki etap w życiu: „Przecież każdy eksperymentuje”. Sama pisała, że to czasem dodaje jej sił do walki, a czasem wręcz przeciwnie – sprawia, że chce zrezygnować, zniknąć, odejść.

Śmierć nie ma w sobie nic szlachetnego. To my – ci, którzy zostaliśmy – dodajemy sobie otuchy, próbując tchnąć w nią jakiś sens. Jaki sens jest jednak w tym, że na swojej drodze musimy staczać batalie z seksuologami, którzy kwestionują to, kim jesteśmy? Z psychiatrami, którzy najpierw chcą wyleczyć naszą depresję wynikającą z dysforii (złe czucie się we własnym ciele), a dopiero potem łaskawie oferują dostęp do hormonów? Z seksuologami, którzy wiedzą lepiej, jak prowadzić naszą tranzycję? Z bezdusznym prawem, które wymaga od nas, byśmy pozwali rodziców, jeśli chcemy dokonać korekty prawnej (zmiana danych w papierach)? Ale życie Milo miało sens. Było manifestem samostanowienia. Ale czy bycie sobą musi być tak trudne?

Decyzja o samobójstwie to zawsze skomplikowana sprawa, długi proces przecinany wieloma wydarzeniami i pogarszającą się kondycją psychiczną. Sytuacja w Polsce – w tym rosnąca nagonka na osoby LGBTQ – na pewno nie pomaga, bo przecież postawy lekarzy czy rodziców są często kalką tego, co społecznie przyzwolone. Bo przecież komentarze o „zboczeńcach” „dziwakach”, „zmiennopłciowych” nie trafiają w próżnię. To one sprawiają, że gdy wychodzimy poza normę, to czujemy wstyd i strach.

ANU: Nie znałem cię osobiście, Milo, ale wiem, że kilka godzin przed śmiercią napisałaś na swoim Facebooku słowo, które znam doskonale. „Przepraszam” – twoje rozstanie ze światem brzmi jak znajome każdej osobie trans poczucie winy. W starciu z przemocą procedur i brakiem społecznej empatii czujemy się winni, czujemy wstyd i niemoc. I to się musi zmienić. Na wieść o twojej śmierci internet zawrzał – ku mojemu zdumieniu setki osób zaczęły deklarować gotowość pomocy osobom trans będącym w trudnej sytuacji psychologicznej. To pierwsza lekcja solidarności, którą pomogłaś nam jako wspólnocie odrobić.

ANTON: Teraz potrzebujemy was, sojuszników i sojuszniczek dnia codziennego: waszej uwagi, troski, przyjaźni, zrozumienia. Potrzebujemy rzeczników i rzeczniczek zmian systemowych, które pozwolą nam, osobom transpłciowym, w pełni decydować o sobie. Wspólnie i solidarnie domagajmy się zmian w ustawie o uzgodnieniu płci oraz wprowadzenia do szkół rzetelnej edukacji seksualnej – tylko tak możemy sprawić, aby nie dochodziło do samobójstw osób trans w Polsce.

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.