Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Drodzy nauczyciele, jak wygląda Wasz dzień w pracy? W szkole i w domu, bo przecież tam też dużo pracujecie. Ile godzin poświęcacie pracy, jakie dostajecie za to wynagrodzenie? Co lubicie najbardziej w swoim zawodzie, a co chcielibyście natychmiast zmienić? Pokażcie nam prawdziwy dzień nauczyciela, dzień z Waszego życia, opiszcie go przed strajkiem. Każdy nauczyciel, który podzieli się z nami swoim doświadczeniami (adres: listy@wyborcza.pl), a jego list zostanie przez nas opublikowany, dostanie roczną prenumeratę cyfrową „Wyborczej”.

O godność…

Staram się nie zabierać głosu w dyskusjach na temat pracy nauczycieli. Nie czytam forów internetowych. Nie komentuję agresywnych wypowiedzi typu: „Nie podoba się – to zmień zawód”, „Nauczyciele – darmozjady, nieroby”. Ruszyło mi wnętrznościami, gdy premier Morawiecki powiedział, że jesteśmy grupą zawodową, która – wiadomo – pracuje mniej od innych… ale nie odezwałam się… Ale nosz… i tu – choć jestem pedagogiem – cisną mi się na usta słowa, których nie przytoczę – nie zdzierżę, nie wytrzymam już tej propagandy, która ma na celu tylko jedno – podważenie zaufania społeczeństwa do nauczycieli i wrogie nastawienie rodziców do nas – ludzi, którzy jakkolwiekby  patrzeć, wychowują ich dzieci.

Czy jestem nierobem? W opinii publicznej pewnie jestem. Uczę języka polskiego. 4 klasy. Razy – średnio 25 osób – 100 dzieci. Ponadto jestem wychowawcą 30-osobowej klasy. Czy pracuję 18 godzin? Myślę, że wyrabiam ten limit do środy. A pracuję 7 dni w tygodniu. Także „na nocki”. Prowadzę 4 godziny zajęć wyrównawczych, godzinę zajęć rozwijających kreatywność, godzinę konsultacji. Plus 4 okienka. To 29 godzin, które – fizycznie – spędzam w szkole każdego tygodnia. Do tego sprawdziany, wypracowania, zeszyty. Przygotowuję dzieci do konkursów, olimpiad. Społecznie. Tego już nie zapisuję. Jestem wychowawcą. Wiecznie coś. Godzina 19.00, telefon. „Proszę pani, bo ja w przyszły piątek potrzebuję opinii o dziecku do poradni”. OK. To nic, że zaczyna się weekend. Obdzwaniam koleżanki. W poniedziałek po południu musimy robić zespół wychowawczy. Opinię wydaje zespół. Miałam wprawdzie zaplanowaną wizytę u lekarza – ale cóż… Musi poczekać. Jak nie zrobię zespołu w poniedziałek – to potem mogę nie zdążyć. Tym bardziej że środa już zajęta. Mamy radę pedagogiczną. A w czwartek jest zespół dla ucznia klasy VI. Muszę być. Przecież tam uczę. Wprawdzie w czwartek pracuję najkrócej – do 13.00… A zespół o 15.00. Cóż zrobić. Wiem. Wezmę dzieci na próbę – przecież idziemy na konkurs teatralny. Trzeba wykorzystać każdą minutę.

Piątek – 20.00. Zapowiada się wspaniały weekend. Mam do poprawienia rozprawki z dwóch klas i 25 zeszytów. Jeden zeszyt to średnio 20 minut. Muszę ułożyć sprawdziany dla klasy VI i napisać comiesięczne sprawozdanie z pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Aaaa… jeszcze uzupełnić kontakty z rodzicami w i-dzienniku. I zadzwonić do mamy W…, bo znowu dwa dni jej nie było w szkole – pewnie wagaruje.

W poniedziałek od rana po 4 godzinach snu (kiedyś trzeba te zeszyty poprawić) żołądek ściśnięty i stres, co się wydarzy w tym tygodniu…. Długo nie muszę czekać. Na trzeciej lekcji zauważam, że mój wychowanek ma posiniaczoną szyję. Nieładnie to wygląda. Proszę o pomoc pedagoga. Jest podejrzenie, że padł ofiarą przemocy. Procedura. Znowu piszę pismo. Tym razem do sądu rodzinnego i na policję. Wzywam pisemnie matkę do szkoły. Muszę sporządzić notatkę służbową. W poniedziałek wracam do domu o 17.30. Nie zdążyłam wybrać własnych dzieci ze świetlicy, dobrze, że babcie blisko…

Weź udział w projekcie "Gazety Wyborczej" i szesnastu europejskich mediów
Wypełnij ankietę składającą się z kilku pytań i dyskutuj z mieszkańcami UE o najważniejszych tematach Europy

O 21.00 dzieci śpią, ja siadam do komputera – próbuję stworzyć opinię o uczniu do poradni – wypracowaną przez zespół wychowawczy oraz pisma do sądu z prośbą o zbadanie sytuacji rodzinnej ucznia. Idę spać o 1.00. We wtorek zaczynam lekcje o 7.00. To ma być dobry dzień – dziś pracuję tylko 3 godziny! Dokładnie tyle, ile wyliczył mi premier Morawiecki! Tylko że po lekcjach muszę się stawić w sądzie – rodzice ucznia się rozwodzą. Matka zgłosiła mnie na świadka w sprawie. Nieważne, że nic nie wiem. W sądzie muszę być. Wracam do domu o 16.00. Nie po trzech godzinach. Po dziewięciu. Środa – zaczynam o 7.00. Kończę wprawdzie o 14.00 – ale o 16.00 jest rada pedagogiczna. Mieszkam 20 km od szkoły – nie zdążę wrócić do domu. Muszę czekać. Nie nudzę się. Mam klasówki do poprawy. Wychodzę ze szkoły o 19.00. Jeśli dobrze liczę – to 12 godzin.

Czwartek – zespół wychowawczy dla ucznia klasy VI. Wracam do domu o 16.30. W piątek dzięki Bogu nic – ale mam bite 8 lekcji. Kończę o 15.30. Po powrocie do domu padam na twarz… Czy to wyjątkowy tydzień? Nie, prawie każdy wygląda tak samo. Albo dzień otwarty, albo dyskoteka, spotkania z rodzicami – nie tylko wywiadówki ogólne, spotkania indywidualne – tych bywa kilka w tygodniu. Z większości sporządza się notatki służbowe. Takie czasy. Trzeba mieć dowód, że podejmuje się pracę wychowawczą i współpracuje ze środowiskiem. Szkolenia, zespoły wychowawcze, które stały się dla nas prawdziwym gwoździem do trumny – w każdej klasie przecież są problemy, które na bieżąco trzeba rozwiązywać. Co drugi weekend jeżdżę na zajęcia. Kończę trzeci kierunek studiów podyplomowych. Już dziś nie śpię na myśl o wycieczce, którą muszę zorganizować. Dwudniowa. Czy ktoś mi zapłaci za dwa dni – dzień i noc? Nie ma szans. A to praca dużo trudniejsza niż pod tablicą – upilnować grupę kilkunastolatków, którzy wyjechali na wycieczkę po to, by poszaleć. Jestem na najwyższych obrotach przez 48 godzin. A następnego dnia zaczynam lekcje o 7.00. Nie ma litości.

Spora część społeczeństwa powie – jak ci tak źle, to się zwolnij. Tak. To byłoby najlepsze wyjście. Tylko pytanie, gdzie mnie przyjmą do pracy.

Starałam się o stanowisko korektora tekstów w redakcji – powiedzieli mi, że mam za wysokie kwalifikacje. Skończyłam studia magisterskie i właśnie kończę trzecią podyplomówkę.

Przykro to stwierdzić, ale nie nadaję się do pracy nigdzie indziej. Tylko w szkole. O tym przecież marzyłam. Ale to było dawno. Poza tym mam kredyt hipoteczny i troje dzieci. Gdybym 15 lat temu wiedziała, jak będzie to wyglądać, pewnie wybrałabym inny zawód. Ale dzisiaj?

To boli. Jak słyszę w telewizji że zarabiam 5-6 tysięcy, myślę sobie: w jakim ja świecie żyję? Nawet nie wiem, ile zarabiam brutto. Na rękę dostaję średnio 2500 zł. Czy to dużo? I tak, i nie. Tu nie chodzi o pieniądze. Chodzi o całkowity brak szacunku dla mojej pracy. Dla mojego zawodu. Jesteśmy najlepiej wykształconą grupą zawodową i chyba najmniej szanowaną. Plują na nas media, pluje pani minister edukacji, plują rodzice, a nawet niektórzy uczniowie. Wprowadza się system oceny pracy, w wyniku którego raz na 5 lat mogę utracić prawo do wykonywania zawodu, bo przecież negatywna ocena pracy z tym się wiąże. Proszę mi wskazać drugi taki zawód, w którym nawet po kilkunastu latach pracy i kilku kierunkach studiów, można z dnia na dzień – mówiąc potocznie – wylecieć na łeb, na szyję? Kto uważnie przeczytał rozporządzenie, ten wie, że aby dostać negatywną ocenę, nie trzeba być słabym nauczycielem – wystarczy być po prostu dobrym. Mogę mieć setkę olimpijczyków i sukcesy w konkursach i mimo to negatywną ocenę pracy, bo nie zapraszam na lekcje otwarte rodziców lub nie biorę udziału w pracach OKE. Lub nie chcę kończyć kolejnych – 4. studiów. Matriks.

Wspaniała reforma, likwidacja gimnazjalnej patologii – a teraz z każdej strony słyszymy, jacy to jesteśmy okropni, bo dzieci przeciążone, bo zadań za dużo, bo siedzą w szkole od rana do nocy, bo liczyć nie potrafią, pisać nie umieją, egzaminy próbne pokazały porażkę polskiej oświaty. Na litość boską – to nie jest nasza wina! Zrzuca się odpowiedzialność na nauczycieli – którzy zmuszeni są realizować takie, a nie inne podstawy programowe. A miało być tak cudownie. Miało nie być zwolnień. W mojej szkole połowa nauczycieli od września nie będzie pracować. Nie ma dla nich godzin. Miały być w szkołach ponadpodstawowych. Ale nie będzie. Bo co? Bo w szkołach branżowych zwiększono pensum o 4 godziny! Więc godzin najpewniej braknie.

Dlaczego nie mówi się rodzicom prawdy – że ich dzieci, które skończą 8-klasową podstawówkę, nigdy nie będą miały równych szans z gimnazjalistami?

Uczą się poszatkowanych treści. W pośpiechu i bez ładu. „Jesteśmy z Wami!” – mówi ministerstwo. Taaaaaa…. Dlaczego nie mówi, że dopuściło w swoim rozporządzeniu, że uczniowie gimnazjum w szkołach branżowych mogą wylądować w jednej klasie z absolwentami klasy VIII? Że mimo różnic wieku i wiedzy zasiądą w jednej ławce. Że – skoro dopuszczono takie rozwiązanie – to jednak nie będzie większego naboru i może zabraknąć miejsc. Że podstawy programowe pisane są chyba na kolanie – bo ani w nich ładu, ani składu… Tego się nie mówi – zamiast tego: „Jesteśmy z wami!”.

Jestem nauczycielem. Ocalałam. Choć mój etat mógł być wygaszony. Nie wiem, czy jest się z czego cieszyć. Jestem nauczycielem i wstyd mi – że nasz protest sprowadził się tylko do walki o pieniądze. Nie o pieniądze tu chodzi. Chodzi o godność. O odrobinę chociaż szacunku dla naszego zawodu. Bo nie jest on ani łatwy, ani przyjemny. Bo trudno jest wychowywać „pokolenie smartfonów” – szczególnie w kraju, w którym brak szacunku do naszego zawodu płynie z samej góry, od Ministerstwa Edukacji Narodowej.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.