Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Drodzy nauczyciele, jak wygląda wasz dzień w pracy? W szkole i w domu, bo przecież tam też dużo pracujecie. Ile godzin poświęcacie pracy, jakie dostajecie za to wynagrodzenie? Co lubicie najbardziej w swoim zawodzie, a co chcielibyście natychmiast zmienić? Pokażcie nam prawdziwy dzień nauczyciela, dzień z waszego życia, opiszcie go przed strajkiem. Każdy nauczyciel, który podzieli się z nami swoimi doświadczeniami (adres: listy@wyborcza.pl), a jego list zostanie przez nas opublikowany, dostanie roczną prenumeratę cyfrową „Wyborczej”.

Ja – nauczycielka języka niemieckiego, 23 lata w zawodzie, dyplomowana, pensja na konto 2842 (za marzec, czyli już po podwyżce) – w tym te sławne dodatki: w moim przypadku motywacyjny i za wychowawstwo.

Będę strajkować

Z bezsilności i niemego krzyku, że już dość i dłużej nie chcę tak żyć!

Jak wygląda mój dzień? W szkole spędzam 32 godziny: 29 lekcyjnych oraz pozostałe to dodatkowe, niepłatne godziny, w trakcie których prowadzę dodatkowe zajęcia (po jednej godzinie) dla uczniów zdolnych, mniej zdolnych i uczniów, z którymi trzeba nadrobić zaległości programowe, ponieważ wrócili z zagranicy, gdzie na przykład ukończyli szkołę podstawową, a średnią chcą skończyć w Polsce. To miejsce pracy. A w domu? Prawdopodobnie drugie tyle albo więcej, bo nie liczę. Nie mówię tutaj o tzw. przygotowywaniu się do zajęć, bo najzwyczajniej często nie mam na to czasu lub siły. Mówię tutaj o przygotowywaniu lekcji, kartkówek, prac klasowych i zadań domowych dla uczniów z opiniami z poradni psychologiczno-pedagogicznych, których jest coraz więcej i którzy mają specyficzne zalecenia. Wiem, mogę się tym nie przejmować i że są w moim zawodzie ludzie, którzy tak do tego podchodzą. Ale mi jest najzwyczajniej w świecie tych dzieciaków żal. Bo niejednokrotnie to nie ich wina, że się takie urodziły albo mają rodziców, którzy po prostu zaniedbali swoje pociechy. Są również tacy, którzy na tej bazie kombinują, jak polepszyć swoim dzieciom życie, aby przypadkiem za dużo od nich nie wymagać. I mnożą się w ten sposób wszystkie najmożliwsze dysfunkcje, które ja powinnam respektować i brać pod uwagę w procesie dydaktycznym.

Wakacje? W domu lub wyjazd na tydzień. Najczęściej niedaleko, żeby podróż nie była za droga. Wyjazd, na który odkładam całe 10 miesięcy pracy. I tu mam szczęście, bo mam z czego – dodatkowo pracuję w szkole językowej (po 4 godziny dwa razy w tygodniu). Żeby właśnie było na wakacje lub na małe przyjemności dla mojego dziecka, aby nie czuło się gorsze.

I też dla mojego dziecka będę strajkować.

Co zmieniłabym w szkole?

Po pierwsze, marzę o pracy 40 godzin w tygodniu. Chcę przyjść do pracy o 8 i wyjść o 16. Tak, tak. Każda moja koleżanka nauczycielka, każdy kolega nauczyciel mówi to samo. 40 godzin w miejscy pracy, ze stanowiskiem pracy. Oczywiście w tym czasie są lekcje, zastępstwa doraźne, rady pedagogiczne, szkolenia i spotkania z rodzicami. Nic by się stało, gdyby rodzice dwa razy w półroczu musieli przyjść na zebranie z wychowawcą kosztem swoich dni wolnych. Przecież gdy cokolwiek załatwiają w urzędzie, też muszą się liczyć z tym, iż urzędnik na nich nie poczeka, tylko pracuje do 16.

Po drugie, chciałabym mieć 26 dni urlopu, ale nie w lipcu, sierpniu, tylko urlop, który mogłabym wziąć np. w listopadzie. Bo wtedy byłoby mnie stać na to, by gdziekolwiek pojechać.

Po trzecie, chciałabym mieć możliwość nauki niemieckiego według moich metod, nie oglądając się na podstawę. Żeby wyznacznikiem znajomości języka była komunikacja.

Po czwarte, mam dość dyżurowania w trakcie dni wolnych od szkoły, ponieważ odbywają się one kosztem mojego dziecka, kiedy ja pilnuję garstki dzieci, gdyż ich mamusie muszą mieć czas na zakupy (przed wigilią) lub fryzjera (przed sylwestrem) – nie są to moje wymysły, tylko matki wprost o tym mówią.

Dlatego oświadczam, że będę strajkować!

I tym strajkiem daję sobie ostatnią szansę. Albo wywalczę podwyżkę, albo kończę pracę w zawodzie nauczyciela w czerwcu tego roku. Mogę iść na kasę do Lidla, nie ma problemu. Tylko ci, którzy dają nam, nauczycielom, takie rady, niech wezmą pod uwagę jedno: ja na kasie dam radę pracować, ale panie z kasy (z całym szacunkiem dla pań) nie pójdą uczyć. A w związku z tym, iż mieszkam blisko zachodniej granicy i znam język, to całkiem serio myślę o pracy w sklepie. Tam. Zarobię więcej niż po nauczycielskiej podwyżce.
nazwisko do wiadomości redakcji

Spełniła się klątwa ze studenckich czasów: zostałem nauczycielem

Począwszy od absurdalnie wygórowanych zarobków, po dwumiesięczne urlopy wakacyjne poprzedzone dwoma wypoczynkami podczas ferii. Nic, tylko zachęcić dziecko do studiów pedagogicznych i żyć, nie umierać.

W czasach studenckich słyszałem inne określenie: „Największemu wrogowi życzyłbym, aby został nauczycielem”.

Co ze mną, skoro pracuję jako nauczyciel?

Absolwent wyższych studiów technicznych. Jestem wieloletnim pracownikiem branży, która bardzo poszukuje młodych, wykwalifikowanych i odpowiednio przygotowanych do pracy absolwentów średnich szkół zawodowych. Jeszcze jako pracodawca usilnie zabiegałem o zmiany w programach nauczania oraz osobiście zachęcałem uczniów technikum do podjęcia pracy w naszej firmie.

Od kilku lat jestem nauczycielem przedmiotów zawodowych. Za własne pieniądze uzupełniłem wykształcenie na obowiązkowym kursie pedagogicznym. Jestem w okresie awansu zawodowego na pierwszy stopień nauczycielski. Na koncie co miesiąc 2000 zł, za godziny ponadwymiarowe dochodzi 500 zł.

Od września będzie podwyżka? Słyszałem w tv!

Szok, zapytacie, co ja jeszcze tam robi. Bardzo to lubię, młodzież słucha moich praktycznych uwag o życiu zawodowym, mam szacunek wśród koleżanek i kolegów. Dyrekcja nie wyobraża sobie szkoły bez takich nauczycieli.

Zapomniałbym o wakacjach! Nie wiem, jak wygląda dwumiesięczny urlop lipcowo-sierpniowy. Niemożliwe? Do połowy lipca jestem zaangażowany w egzaminy zawodowe i rekrutacje do naszej szkoły. Od połowy sierpnia – egzaminy poprawkowe. Pewnie, że nie codziennie, ale co z tego. Na dłuższym urlopie jako nauczyciel jeszcze nie byłem, nie mam za co.

Jak zaczynałem pracę w szkole, zaprowadzono mnie na warsztaty. Szok. Zwiedziłem puste hale i pomieszczenia, gdzie nie było żadnego sprzętu do nauki. Usłyszałem historię o prężnie działającym zapleczu technicznym szkoły. Co się stało? Kilkanaście lat temu wpojono młodym ludziom, że wyłącznie studia wyższe gwarantują ciekawą pracę. Ograniczano środki na szkolnictwo zawodowe. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Jak sobie radzimy? Lekcje zaczynam różnie. Czasami od 12. Zdarza się, że kończę o 11. 25-27 godzin w tygodniu wypełniają lekcje. Dyrektor przydziela mi maksymalną liczbę godzin w ramach półtora etatu nauczycielskiego. Więcej nie może.

Wolny czas w większości poświęcam jednak na przygotowywanie pomocy dydaktycznych. Mając kontakty w firmach z branży, pozyskuję środki na zakupy sprzętu, doszkalam się z nowoczesnych technologii. Nagrodą są wspólne lekcje z moimi uczniami na nowym sprzęcie.

Szkoła notorycznie poszukuje nowych nauczycieli zawodowych. Pojawiają się młodzi po studiach. Wytrzymują rok i odchodzą. Próbowałem zachęcić kolegów z firmy, w której pracowałem.

Kończyło się uśmiechem na twarzy, po tym jak wymieniałem „zachęty”: zarobki na starcie, koszt kursu pedagogicznego i ścieżki awansu zawodowego.

Kochani rodzice, zapewne chcecie, aby wasze dzieci wykonywały wymarzony zawód. Bez wykwalifikowanych nauczycieli zawodowych będzie to niemożliwe. Dzisiaj nie widać żadnych pozytywnych zmian dających nadzieję na poprawę sytuacji w tym zakresie. Dyrektor szkoły nie ma narzędzi, aby ściągnąć wartościowych fachowców z rynku pracy i utrzymać ich w szkole.

Na koniec: Ostatnio otrzymałem interesującą propozycję powrotu do branży. Pensja 3 razy wyższa. Jeszcze się waham, nie wiem, jak długo wytrzymam presję rodziny.
Ryszard Mirys, nauczyciel zawodowy w zawodzie technik energetyk z Łodzi

***

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.