Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Drodzy nauczyciele, jak wygląda Wasz dzień w pracy? W szkole i w domu, bo przecież tam też dużo pracujecie. Ile godzin poświęcacie pracy, jakie dostajecie za to wynagrodzenie? Co lubicie najbardziej w swoim zawodzie, a co chcielibyście natychmiast zmienić?
Pokażcie nam prawdziwy dzień nauczyciela, dzień z Waszego życia, opiszcie go przed strajkiem. Każdy nauczyciel, który podzieli się z nami swoimi doświadczeniami (adres: listy@wyborcza.pl), a jego list zostanie przez nas opublikowany, dostanie roczną prenumeratę cyfrową „Wyborczej”

Chciałabym się podzielić historią opowiedzianą z perspektywy dziecka nauczycielki, a więc osoby patrzącej na to wszystko z boku.
Moja mama jest polonistką w szkole ponadpodstawowej, to technikum i zawodówka (nie znam nikogo, oprócz pani Zalewskiej, kto posługuje się terminem „szkoła branżowa”). Pracuje tam, od kiedy pamiętam, a pamiętam bardzo dobrze, jak kilkanaście lat temu, gdy sama byłam w podstawówce, niemal codziennie miała po osiem lekcji, co oznaczało wyrabianie blisko dwóch etatów nauczycielskich.


Po powrocie z pracy ok. 15 była w stanie przygotować obiad, zająć się domem, obejrzeć ulubiony serial. Przygotowanie do lekcji sprowadzało się do uporządkowania materiałów potrzebnych na następny dzień i sprawdzenia bieżących klasówek – czasem robiła to raz w tygodniu, np. w niedzielę, czasem codziennie, spędzając przy tym godzinę-dwie, ponieważ mogła korzystać z tego, co przygotowała w poprzednich latach.
Wtedy nie mogliśmy narzekać na finanse – dwa etaty automatycznie skutkowały dobrym wynagrodzeniem.
Pamiętam, gdy to wszystko zaczęło się sypać. Przez ciągłe zmiany podstaw programowych polonistka z kilkudziesięcioletnim stażem zaczęła codziennie spędzać kilka godzin na przygotowywaniu się do zajęć, do tego, co w której klasie powinna przerobić, jak to ułożyć, żeby „wyrobić się” w ramach przydzielonych godzin.
A nie było to proste – zmiany wprowadzane co rok, co dwa lata skutkowały tym, że scenariusze i harmonogramy zajęć przygotowane w jednym roku w kolejnym były bezużyteczne.
Z tego powodu stopniowo ograniczała liczbę godzin, które była w stanie spędzać w szkole – najpierw do półtora etatu, później do jednego. To przełożyło się na domowy budżet, ale w żadnym razie nie na czas wolny mojej mamy – codziennie spędza kilka godzin na dopasowywaniu tematów do siatki godzin, przygotowuje coraz więcej gotowych materiałów dla uczniów, którym w technikum obcina się liczbę godzin języka polskiego, a przecież maturę muszą zdać taką samą jak uczniowie liceów. Nie wspomnę też o coraz bardziej rozbudowanej biurokracji i konieczności wypełniania dziesiątek bezsensownych, nic niewnoszących do edukacji dzieci papierów...
Nie dziwię się nauczycielom, że żądają podwyżek – poloniści, angliści, matematycy czy inni nauczyciele, którzy uczą przedmiotów, z których pojawiają się zadania na egzaminach zewnętrznych, drugi etat wyrabiają w domu, kombinując, jak w tym chaosie jak najlepiej przygotować dzieci.


Nieliczni się poddali (a ja ich rozumiem) – nie chcą zaniedbywać rodziny, chcą mieć trochę czasu dla siebie, pracę w szkole ograniczają do liczby godzin spędzanych w budynku szkoły, co przy obecnym zamieszaniu powoduje to, że przygotowywane przez nich dzieci słabiej zdają egzaminy.
Społeczeństwo zdaje się patrzeć na nauczycieli jedynie przez pryzmat tych, którzy po prostu mają już dość…
Jeśli ani społeczeństwo, ani rząd nie są za przyznaniem nauczycielom podwyżek, może po prostu czas najwyższy, żeby wszyscy nauczyciele za te marne pieniądze zaczęli pracować tylko i wyłącznie w ramach swoich etatów? Jestem ciekawa, co wtedy powiedzą rodzice, którzy swoje 500+ będą musieli przeznaczyć na korepetycje, których ceny przy dużym popycie zapewne znacznie poszybują…
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.