Zwycięstwo bez ofiary, bez mszy żałobnych, pełne radości i wiary w przyszłość - czy można sobie wyobrazić lepszy mit założycielski wolnej Polski? 4 czerwca 1989 r. to dzień z innego porządku niż znakomita większość polskiej mitologii narodowej
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prof. Rafał Wnuk – historyk, od 2008 r. wykładowca w Instytucie Historii KUL, naczelnik Biura Edukacji Publicznej IPN w Lublinie (2000-09), jest jednym z autorów wystawy głównej w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Ostatnio opublikował „Leśni bracia. Podziemie antykomunistyczne na Litwie, Łotwie i w Estonii 1944-1956”, Warszawa 2018

28 października 1989 r. Joanna Szczepkowska w głównym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego” ogłosiła: „4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm”. Zdanie to wywołało na widzach niemałe wrażenie. Aktorka w partyjnej telewizji głośno wypowiedziała myśl dla wielu oczywistą, lecz publicznie niewypowiadaną. Działo się niewyobrażalne. Jeszcze w połowie lat 80. Związek Radziecki pozostawał mocarstwem ekspansywnym, eksportującym rewolucję, a żaden amerykański sowietolog nie odważyłby się prorokować szybkiego upadku komunizmu w Europie. Tymczasem w lutym 1989 r. w Polsce doszło do rozmów Okrągłego Stołu pomiędzy solidarnościową opozycją a stroną partyjno-rządową. Pośredniczyli w nich hierarchowie Kościoła rzymskokatolickiego.

Po stronie opozycyjnej siedli obok ludzie, których dzisiaj trudno sobie wyobrazić w jednym obozie politycznym. Wystarczy tu wymienić choćby Adama Strzembosza, Adama Michnika, Jarosława Kaczyńskiego, Lecha Kaczyńskiego czy Władysława Frasyniuka. Wśród opozycjonistów krytycznie nastawionych do pomysłu negocjacji ze stroną partyjno-rządową, bojkotujących rozmowy w władzą znaleźli się m.in. Bogdan Borusewicz, Ludwik Dorn, Bronisław Komorowski, Antoni Macierewicz i Kornel Morawiecki. Najistotniejsze kwestie sporne rozstrzygano w trakcie nieoficjalnych spotkań w Magdalence, w wąskim gronie kierownictw delegacji. Tam stojącemu na czele delegacji Czesławowi Kiszczakowi towarzyszył młody działacz partyjny Aleksander Kwaśniewski, zaś wśród współpracowników Lecha Wałęsy znaleźli się Lech Kaczyński i Adam Michnik. Jak widać, ówczesne różnice zdań w najmniejszym stopniu nie przekładają się na obecne podziały.

Kościół rzymskokatolicki reprezentowali w Magdalence bp Tadeusz Gocłowski i ks. Alojzy Orszulik. Gorącym zwolennikiem podjęcia dialogu w formule „komunistyczne władze – liderzy podziemnej „Solidarności” – przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego” był papież Jan Paweł II, którego niekiedy określa się jednym z architektów Okrągłego Stołu.

Najważniejszym ustaleniem Okrągłego Stołu było ogłoszenie pierwszych po II wojnie światowej całkowicie wolnych (do Senatu) i częściowo wolnych (do 35 proc. miejsc w Sejmie) wyborów parlamentarnych. W organizację wyborów i czuwanie nad ich prawidłowym przebiegiem zaangażowało się setki tysięcy ludzi działających w ramach powstających od kwietnia Komitetów Obywatelskich. Były one autonomicznymi filiami powstałego w końcu 1988 r. centralnego Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie. Najpierw we wszystkich województwach powstały regionalne Komitety Obywatelskie, później zaś w miastach, miasteczkach, gminach, dzielnicach, a nawet osiedlach mieszkaniowych. Pracowali w nich działacze podziemnej „Solidarności” i ludzie niezwiązani wcześniej ze środowiskami opozycyjnymi, w tym młodzież, duchowni, lokalne autorytety. To na Komitetach Obywatelskich spoczął wysiłek organizacji kampanii przedwyborczej. Dzięki pracy dziesiątków tysięcy wolontariuszy do mieszkań milionów Polaków dotarł „List od Lecha Wałęsy”, oni rozkleili niezliczoną liczbę plakatów (słynny plakat „zdjęcie z Wałęsą”) i wlepek, dostarczali instrukcji do głosowania w postaci wcześniej przygotowanych „ściąg” i zasiedli w komisjach wyborczych. Komitety Obywatelskie były masowym, ogólnopolskim ruchem, który przez wielu jego uczestników postrzegany jest dziś jako jeden z najważniejszych momentów ich obywatelskiej biografii.

Wybory 4 czerwca zakończyły się całkowitą klęską komunistów. „Drużyna Wałęsy”, jak nazywano kandydatów Komitetów Obywatelskich, zdobyła 99 na 100 miejsc w Senacie i wszystkie możliwe do obsadzenia miejsca w Sejmie. Polska stała się pierwszym państwem bloku wschodniego, w którym odbyły się powszechne, wolne, demokratyczne wybory do jednej z izb parlamentu, pierwszym państwem, w którym opozycja uzyskała realny wpływ na decyzje podejmowane przez władze państwowe. Nie ma wątpliwości, że wybory 4 czerwca 1989 r. miały charakter przełomowy. Z jednej strony kończyły rozpoczętą w 1980 r. wielką pokojową rewolucję „Solidarności”, z drugiej zaś – rozpoczęły okres przemian w Polsce i Europie.

Przemian, które doprowadziły do odzyskania suwerenności przez Polskę. Paradoksalnie wybory 4 czerwca to po części zwycięstwo także tych, którzy ponieśli wówczas druzgocącą klęskę – członków i zwolenników PZPR oraz partii sojuszniczych. Wybierając drogę negocjacji i kompromisu, godząc się z przegraną, zrobili oni krok w kierunku budowy demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego.

W ubiegłym roku, w dniu 29. rocznicy czerwcowych wyborów, „Wiadomości” TVP wyemitowały program pt. „4 czerwca – symbol zdrady i zmowy elit”. Sugerowanie, iż „zdrady” dopuścili się ludzie uczestniczący w rozmowach Okrągłego Stołu i w Magdalence, a więc Lech Wałęsa, Adam Michnik, bp Tadeusz Gocłowski i Lech Kaczyński, to absurd. Logiczną konsekwencją takiego podejścia jest konstatacja, iż ci „zdrajcy” działali „w zmowie” z takimi przedstawicielami zdradzieckich polskich elit jak papież Jan Paweł II i prymas Józef Glemp. Nazwanie „zdradą” działań podejmowanych z patriotycznych pobudek, działań zwieńczonych wspaniałym sukcesem to tyleż kłamstwo, co podłość. Nie wolno milcząco godzić się z taką manipulacją polskiej historii, z niszczeniem narodowego symbolu.

Zbliża się 30. rocznica przełomowych wyborów z 4 czerwca 1989 r. Blisko połowa mieszkańców naszego kraju nie może pamiętać atmosfery tamtego czasu, nie doświadczyło osobiście znaczenia owej daty, jest to dla nich jedna z licznych, niewiele mówiących dat w podręczniku historii.

Uczestnicy ówczesnych wydarzeń mają dziś minimum 50 lat, wielu z nich już zmarło. Jeśli przy okazji najbliższej rocznicy pokolenie, które nie bronią, nie za cenę krwi, ale siłą kartki wyborczej obaliło komunizm i przywróciło Polsce wolność, nie pozostawi po sobie trwałego symbolu – przekazu dla przyszłych pokoleń. Utracimy bezcenną szansę, która już się nie powtórzy.

Żyjemy dziś w wyjątkowo silnie podzielonym kraju. Zróżnicowanie, spór i konflikt są w demokracji normą. Ale solą demokracji jest dialog i trudna sztuka kompromisu z myślącymi odmiennie. Gdy z przeciwnika czyni się godnego pogardy wroga, zdrajcę czy przestępcę działa się przeciwko demokracji. W trakcie pogrzebu Pawła Adamowicza o. Ludwik Wiśniewski apelował: „Trzeba skończyć z nienawiścią, trzeba skończyć z nienawistnym językiem, trzeba skończyć z pogardą, trzeba skończyć z bezpodstawnym oskarżaniem innych, nie będziemy dłużej obojętni na panoszącą się truciznę”. Obchody najbliższej rocznicy zwycięstwa wielkiej rewolucji „Solidarności” stwarzają okazję do pozytywnej odpowiedzi na apel ojca Wiśniewskiego. Będziemy mogli też zademonstrować, iż bywają w historii chwile przeczące słowom C.K. Norwida, iż „Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym (…) Polska jest ostatnie na ziemi społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród”. Wybory 4 czerwca 1989 r. w Polsce były zwycięstwem myślenia kategoriami społeczeństwa obywatelskiego nad myśleniem plemiennym.

30. rocznica czerwcowych wyborów jest szansą wspólnego uczczenia ponad wszelkimi podziałami przełomowego momentu w dziejach Polski. Wyobraźmy sobie, iż tego dnia na setkach budynków dawnych siedzib Komitetów Obywatelskich pojawiają się tablice z nazwiskami ich członków. Wiemy doskonale, iż byłyby tam obok siebie nazwiska ludzi dziś sobie bardzo odległych. I bardzo dobrze. Dzisiejsza wolna Polska jest ich wspólnym dziełem – zwycięstwem odniesionym metodami pokojowymi przy poszanowaniu inaczej myślących, dzięki przestrzeganiu wynegocjowanych reguł gry. Nie na darmo ówczesny czas nazywano rewolucją godności. Tablice takie tworzyłyby przestrzeń, w której krystalizowałby się obywatelski patriotyzm. Tam uczestnicy wydarzeń mogliby pokazywać swym dzieciom i wnukom: „Brałem w tym udział, to był niezwykły czas”.

Musimy mieć świadomość, iż 4 czerwca 1989 r. to dzień z innego porządku niż znakomita większość polskiej mitologii narodowej. Nie wybuchło wówczas żadne powstanie, nie padł ani jeden strzał, po ulicach nie biegali chłopcy z karabinami i biało-czerwonymi opaskami na ręku, nikt nie umierał za ojczyznę. Niepodległość odzyskaliśmy na drodze kompromisu i siłą wyborczej kartki. Jakże to nieromantyczne, „niepolskie”. Ale może właśnie dzięki temu bardzo potrzebne dla tworzenia obywatelskiej wspólnoty. Zwycięstwo bez ofiary, bez mszy żałobnych, pełne radości i wiary w przyszłość – czy można sobie wyobrazić lepszy mit założycielski wolnej Polski?

Można, rzecz jasna, wyobrazić sobie inną symboliczną datę założycielską III RP. Choćby przekazanie 22 grudnia 1990 r. przez prezydenta RP na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego na ręce prezydenta Lecha Wałęsy insygniów władzy. W protokole przekazania czytamy „dążenia kilku pokoleń Polaków do zapewnienia Polsce niepodległego bytu zostały zrealizowane, budowa zrębów demokratycznego Państwa Polskiego powinna się odbywać wspólnym wysiłkiem wszystkich Polaków”. Prezydent Kaczorowski, człowiek uosabiający ciągłość państwa polskiego, uznał, że Polska w 1990 r. już była państwem niepodległym. Genezy III RP można poszukiwać na początku wybranego w całkowicie wolnych wyborach Sejmu I kadencji (25 listopada 1991 r.) lub uznać, że dopiero wyjazd ostatnich żołnierzy rosyjskich z Polski 17 września 1993 r. przyniósł pełne wyzwolenie się spod dominacji Związku Radzieckiego. Problem jednak w tym, że w 1993 r. ZSRR już od niemal dwóch lat nie istniał. Można znaleźć argumenty na rzecz każdej z powyższych dat. Wszystkie mają jednak jedną zasadniczą wadę: nie odnoszą się momentów w historii, które zaangażowały milionów ludzi i nie wywoływały olbrzymich emocji społecznych. Tylko wydarzeniom poprzedzającym wybory 4 czerwca 1989 r. i samym wyborom towarzyszył wybuch aktywności obywatelskiej i przekonanie, iż dokonał się zasadniczy, nieodwracalny przełom. Józef Piłsudski doskonale rozumiał wagę zbiorowego przeżycia historycznej chwili, gdy dla obchodów Święta Niepodległości forsował datę 11 listopada. Co się wydarzyło tego dnia w 1918 r.? Stworzona przez okupujących ziemie Imperium Rosyjskiego Niemców Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu dowództwo nad zalążkami polskiego wojska. Wydarzenie z punktu widzenia procesu tworzenia państwa trzeciorzędne. 11 listopada 1918 r. nie ogłoszono aktu odrodzenia państwa lub innego istotnego dokumentu, nie ukonstytuował się wówczas żaden polski rząd, nie odbyły się decydujące o polskim istnieniu wybory, nie wydano żadnej istotnej odezwy. Józef Piłsudski dopiero 14 listopada objął władzę cywilną. Jeszcze później, bo 16 listopada, w depeszy do państw ententy ogłosił powstanie niepodległego państwa polskiego. Dopiero 16 stycznia 1919 r. powstał Rząd Polski Ignacego Paderewskiego, który uzyskał międzynarodowe uznanie, zaś pierwsze wybory parlamentarne odbyły się dziesięć dni później. Jak widać, dat „kandydatów” na Święto Niepodległości było wiele. Ale Piłsudski prawidłowo zdiagnozował sytuację. Wiedział, że 11 listopada 1918 r. na wieść o kapitulacji Niemiec setki tysięcy ludzi w Polsce wyszło na ulicę, by demonstrować radość z klęski zaborców. Że to właśnie tego dnia zapanowała powszechna, wspólnie przeżywana euforia wypływająca z przekonania, że zły okres w dziejach dobiegł końca, a Polacy stają przed wielką szansą. Takie właśnie przeżycia konstytuują wspólnotę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Okrągły stół - polski mebel narodowy

4 czerwca 1989 r. zaś przyniósł nie tylko pozytywne, zbiorowe emocje (identyczne jak w przypadku 11 listopada), dokonała się wówczas faktyczna zmiany porządku naszego świata. 4 czerwca to data spełniająca wszelkie kryteria, by stać się powszechnie akceptowanym świętem polskiej wolności i demokracji. Dziedzictwo zakończonej 4 czerwca wielkiej rewolucji „Solidarności” to suwerenne państwo, wolność, demokracja, prawa człowieka, godność jednostki i proeuropejski wybór Polaków. Tegoroczna 30. rocznica wyborów jest najlepszą okazją, by przypomnieć i godnie uczcić to przełomowe wydarzenie. Wspaniale byłoby, gdybyśmy w tym roku dzięki oddolnym, obywatelskim inicjatywom mogli 4 czerwca świętować ustanowione przez Sejm Święto Wolności i Demokracji – Dzień Zwycięstwa Wielkiej Rewolucji Solidarności.

---

Czy 4 czerwca powinien być świętem narodowym? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Urodzeni 4 czerwca - przeczytaj też wcześniejsze opinie:

Jarosław Kurski, „Nie ma wolności bez solidarności”

Paweł Krysiak, „Urodziliśmy się 4 czerwca. Wybuch »Solidarności” nas ukształtował”

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Okrągły stół to było wtedy maksimum realistyczne i to trzeba uszanować.

    Wtedy był ZSRR, po zęby uzbrojone dywizje radzieckie w Polsce, mur berliński stał twardo,
    Czauczesku proponował jeszcze w czerwcu 1989
    interwencję Układu Warszawskiego w Polsce.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    przy okrągłym stole, po obu stronach wziął górę mądry patriotyzm, w pokojowy sposób znienawidzona komuna podzieliła się władzą, a de facto ją oddała. To był prawdziwy Cud na Wisłą. Za ten czyn Jaruzelskiemu i Kiszczakowi należą się pokojowe nagrody Nobla. Wytykanie im, jak i przedstawicielom Solidarności agenturalnej przeszłości, jest głupotą, bo jak inaczej mogłoby, to się wydarzyć. Nie było innych prominentnych osób trzymających władzę i do niej aspirujących. Dziś bohaterowie drugiego, a może nawet trzeciego planu, którzy w owym czasie, pozostawali w sieni, krzyczą 'precz z komuną' i gotowi są podpalić Polskę, by zawładnąć tym, co wywalczyli prawdziwi bohaterowie. Dziękuję Wam Panowie Patrioci, i mam nadzieję, że ten ciemny lud który za 500 żł sprzedaję dusze diabłu, w końcu zrozumie, że ci co mu to fundują wcale go nie kochają.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0