Po wyborach prezydenckich w 1990 r. obywatel pozwał Lecha Wałęsę za niespełnioną obietnicę z kampanii. Czy szansę przed sądem miałby dziś obywatel rozczarowany politykiem, który porzucił stanowisko zaraz po wygranej?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na pierwszych i drugich miejscach list wyborczych do Parlamentu Europejskiego Prawo i Sprawiedliwość umieściło swoich czołowych polityków. O mandaty powalczą m.in. rzeczniczka PiS Beata Mazurek, szef MSWiA i wiceprezes PiS Joachim Brudziński, minister edukacji Anna Zalewska.

Największym zaskoczeniem jest kandydatura Brudzińskiego. Jak pisaliśmy w czwartek, nawet działacze PiS zastanawiają się, czy polityk wyjedzie do Brukseli, czy zrezygnuje z mandatu, a jego zadaniem jest tylko „zrobienie partii wyniku” w Zachodniopomorskiem. Wyborcy PiS z tego okręgu są przyzwyczajeni do tego, że ich przedstawiciele w PE zmieniają się na tym stanowisku. W poprzednich wyborach mandat objął Marek Gróbarczyk, ale rok później oddał miejsce Czesławowi Hocowi, bo został ministrem gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.

W czwartek Beata Mazurek powiedziała w Sejmie: – Kampania przed nami, jak zdobędziemy mandat, to będziemy decydować, czy będziemy go obejmować.

W ub. piątek wicemarszałek Senatu Adam Bielan zapewniał już, że wszystkie kandydatury są na serio. – Nie wystawiamy kandydatów po to, aby zapracowali na odpowiedni rezultat, a następnie nie przyjęli mandatu. Nie należy spodziewać się, aby któryś z naszych liderów rozważał rezygnację z mandatu bezpośrednio po wyborze na posła PE – powiedział.

Manewr z kandydowaniem i porzuceniem mandatu podczas ostatnich wyborów samorządowych wykonał Robert Biedroń. Wśród startujących w Słupsku do Rady Miasta uzyskał największą liczbę głosów. Ale radnym był zaledwie tydzień. Zrezygnował, by robić karierę w polityce krajowej. I nie wyklucza, że podobnie zachowa się podczas eurowyborów. – Wystartuję, prawdopodobnie nie przyjmę nawet mandatu i wystartuję ponownie – do polskiego parlamentu – zapowiedział.

Posłowie do PE (i inni wybieralni przedstawiciele) mają prawo zrzec się mandatu. W przypadku europosłów automatycznie tracą go np., gdy zostaną wybrani do parlamentu krajowego albo obejmują funkcję w rządzie.

Kiedy Biedroń zrezygnował z bycia słupskim radnym, opisywaliśmy w „Wyborczej” rozczarowanie jego wyborców. – Co tu mówić, oszukał nas – mówił jeden z mieszkańców. – Oddałem na niego swój głos, bo wydawał się miły i że chce coś dla naszego miasta zrobić.

Co może w takiej sytuacji zrobić wyborca?

Na początku lat 90. podobne pytanie postawił obywatel, który poczuł się oszukany przez Lecha Wałęsę. W kampanii wyborczej na prezydenta w 1990 r. Wałęsa powiedział, że da każdemu 100 mln zł pochodzących z prywatyzacji albo umożliwi uzyskanie kredytu w takiej wysokości. Jego zaplecze tłumaczyło to jako polityczną metaforę, do której wyborcy nie powinni się przywiązywać, ale jeden z wyborców potraktował te słowa poważnie i pozwał Wałęsę. Argumentował, że zawarł on ze społeczeństwem umowę cywilnoprawną za pomocą środków masowego przekazu. I wystąpił na drogę sądową.

Sprawa przeszła przez wszystkie instancje. W 1996 r. Sąd Najwyższy orzekł, że nie jest dopuszczalne dochodzenie na drodze sądowej spełnienia obietnic wyborczych. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że składając obietnice wyborcze, kandydat nie wyraża woli nawiązania z wyborcą stosunku cywilnoprawnego, ale jedynie wyraża gotowość urzeczywistnienia prezentowanego programu wyborczego w granicach przypisanych do danego urzędu uprawnień oraz w ramach możliwości politycznych. SN podkreślił również, że w przypadku obietnic wyborczych nie mogą mieć zastosowania przepisy kodeksu cywilnego odnoszące się do instytucji przyrzeczenia publicznego (art. 919 i nast. k.c.).

A czy wyborca może pozwać polityka, który zdobywa mandat, ale z góry zakłada, że z niego nie skorzysta?

– To sytuacja bardziej konkretna niż niespełniona obietnica wyborcza. Polityk ubiega się o głosy, by zdobyć mandat. Poparcie wyborcy oznacza, że chce, by mandat przypadł konkretnie temu politykowi, a nie kolejnej osobie na liście – mówi mec. Jacek Dubois. – Pytanie, czy jest to jedynie sytuacja głęboko nieetyczna – co do tego nie mam wątpliwości – czy też może naruszać przepisy. Jeżeli tak, mógłbym podjąć się takiej sprawy. Jednak bardziej rozważałabym to zagadnienie w kategoriach naruszenia dóbr osobistych wyborcy niż w perspektywie przyrzeczenia publicznego. Jeśli za dobro osobiste uznać prawo do wolnego i świadomego wyboru, to wprowadzenie wyborcy w błąd i stworzenie u niego fałszywego wyobrażenia co do rzeczywistych zamiarów kandydata mogłoby stanowić naruszenie takiego dobrego. Taka sprawa nie ma precedensu – dodaje.

Podobną ocenę etyczną ma Paweł Łuków, szef Zakładu Etyki w Instytucie Filozofii UW. – Deklarowanie z góry, że zrezygnuje się z mandatu na rzecz partyjnego kolegi to upadek politycznych obyczajów. Wyborca głosuje na konkretnego polityka, a nie na kolegę z miejsca za nim. To wykorzystanie głosu niezgodnie z wolą wyborców, wyraz ich lekceważenia. Ale do tego, że politycy traktują nas niepoważnie, jak osoby niezdolne do samodzielnego myślenia, większość wyborców już przywykła. Tę bierność wykorzystują politycy. Polityka, który już dziś zapowiada, że w razie wygranej sam nie skorzysta, bo ma inne plany polityczne, można ocenić z dwóch perspektyw. Można docenić jego szczerość wobec wyborców albo uznać, że nieznane mu jest poczucie zażenowania, skoro komunikuje, jak niewiele znaczy dla niego głos wyborcy.

Filip Pazderski z Instytutu Spraw Publicznych zwraca jeszcze uwagę na to, że „start na niby” może się przełożyć na mniejsze zaufanie do instytucji, do których wybieramy przedstawicieli. – Wybory europejskie są mało rozumiane przez wyborców, PE jest instytucją, której Polacy do tej pory w pełni nie znają i nie doceniają jej roli. Poziom udziału w wyborach do tego organu jest u nas i tak jednym z najniższych w Europie. Jeśli z mandatu zrezygnują politycy wybrani do PE, podminuje to jeszcze pozycję instytucji unijnych, a deklarowanie takiego zamiaru w kampanii może się przełożyć na dodatkowe obniżenie frekwencji – mówi.

---

Tekst jest inspirowany listem czytelnika do Wyborczej. Masz dla nas temat? Pisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Czyli głosowanie na awatary. Na przykład - głosujesz na Zenka (taki ładny i lubiany), a wchodzi Antoni.
    @zgredward_ii

    Konkretnie to wyborcy glosowali na Jaroslawa G, a otrzymali Antoniego. Glosowali na Beate Sz. a dostali Matoluszka. Glosowali na Adriana, a maja Jaroslawa K.

    :O) :O) Ciekawe czy poraz kolejny sie nabiora?
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    Bo w przypadku rezygnacji z mandatu w to miejsce powinna wchodzić osoba z największą ilością głosów, która nie weszła niezależnie od barw partyjnych i sprawa rozwiązana.
    @walerystof
    To chyba nie takie proste...
    Są też śmierci, trwałe niezdolności do pracy i inne poważne okoliczności, za które jednak nie chcemy "karać" ugrupowania, skoro mamy te wszystkie ordynacje oparte na komitetach, listach, d'Hondtach i innych takich...
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    @sp48k
    Właśnie po to mamy takie ordynacje, żeby nasz głos się nie liczył i o wszystkim decydowali szefowie partii politycznych.
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    Jestem przekonany, że to własnie planują pisowskie asy. Kiepskie kadry, więc trzeba dać twarz, a potem zrezygnować na rzecz runner-upów. Nieuczciwe to i bardzo pisowskie.
    @wujek_zbyniu
    Są przyzwyczajeni do myślenia w trybie zdobywania stołków i obsadzania ich tak jak prezes każe w swej łaskawości.

    Wiedzą też, że 70% ich elektoratu w ogóle nie dostrzega i nie rozumie tego działania, a dalszym 20% ich elektoratu takie działanie nie przeszkadza, dopóki tak działają ludzie PiS w świętych celach zbawiania Polski i obrony "chrześcijańskich (katolickich?) wartości" (dla dobra całej ludzkości, rzecz jasna).
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    "Deklarowanie z góry, że zrezygnuje się z mandatu na rzecz partyjnego kolegi to upadek politycznych obyczajów" - mam nadzieję, że Biedroń weźmie to sobie do serca i wycofa się że swojego pomysłu. Jest jeszcze czas, co jak co, ale po nim spodziewam się wyższych standardów i sądzę, że jest takich osób więcej.
    Latami pracował na swoją wiarygodność, szkoda by było gdyby ją teraz rozmienił na drobne.
    @fuczka
    tez tam myślę, jeśli Biedroń chce, aby przestać być Biedroniem, to jest to zupełnie prosty sposób.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Na to miejsce powinien wejść kandydat, który otrzymał największą liczbę głosów i się nie załapał. Partia obojętna.
    już oceniałe(a)ś
    14
    1
    Styl Pisiorów i Wiosenek jest znany... nazywa się tak -- powiedział niemowa głuchemu że szczerbaty wygryzł kraty...
    już oceniałe(a)ś
    15
    2
    Brak kary za rezygnację z mandatu jest argumentem za jednomandatowymi systemami wyborczymi. Zrezygnowałeś to twoja partia musi walczyć od nowa, a nie kolejny z z listy.
    @seszek123
    Nie, to argument za głosowaniem na kandydatów a nie na partie.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    @seszek123

    >jest argumentem za jednomandatowymi systemami wyborczymi.

    Nie ma dobrych argumentów za JOWami, chyba, ze ktos uwaza niereprezentatywny parlament za cel do ktorego nalezy dazyc.

    Natomiast rzeczywiscie po zrezygnowaniu/utracie/wygasnieciu mandatu powinny odbywac sie nowe wybory w celu obsadzenia tegoz - z automatu. Nie wiem, czy ordynacja wyborcza do PE na to pozwala.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Polecam (przeczytanie ze zrozumieniem) p. Narcyzowi.
    już oceniałe(a)ś
    8
    2