Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prof. dr hab. Grzegorz Gorzelak - ekonomista, specjalizuje się w problematyce rozwoju regionalnego i lokalnego. W latach 1996-2016 był dyrektorem Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) UW. Redaktor naczelny kwartalnika „Studia Regionalne i Lokalne”.

Na kanwie sondy* wśród czytelników Wyborcza.pl

Anita Karwowska: Polska samorządowa udała się nam bardziej niż Polska centralna?

Prof. dr hab. Grzegorz Gorzelak*: I to jak! Samorząd cieszy się uznaniem i zaufaniem Polaków. Wybieramy lepiej i umiemy ocenić efekty, bo samorząd to konkretne działanie, które widać, pozwala odczuć skutki decyzji władzy na własnej skórze. I skuteczniej rozliczyć. Władzom lokalnym ufa dwie trzecie Polaków, Sejmowi i Senatowi jedna trzecia, a partiom politycznym mniej niż jedna czwarta. To o czymś świadczy.

Według czytelników „Wyborczej” najlepiej mieszka się dziś w Rzeszowie, Gdańsku, Białymstoku i Warszawie. Mieszkańcy chwalą sposób działania władz i rozpoznanie ich potrzeb.

– Dobry samorząd tworzą osobowości, liderzy. Ludzie z pomysłami, którzy potrafią określić najważniejsze elementy strategii rozwoju miasta, skupić wokół tych celów lokalną elitę, pobudzić aktywność mieszkańców. Wysoko w omawianym zestawieniu są ośrodki, które mają lub miały gospodarzy autentycznie zainteresowanych swoimi miastami.

Ferenc w Rzeszowie, Truskolaski w Białymstoku, Adamowicz w Gdańsku, Dutkiewicz we Wrocławiu, Żuk w Lublinie – to prezydenci mający nie tylko wiele inicjatyw, ale także bezpośrednie kontakty z mieszkańcami. Rzeszów jest przez uczestniczących w ankiecie oceniany najlepiej. A to właśnie prezydent Ferenc znany jest z tego, że regularnie wieczorami objeżdża miasto i sprawdza, co się w nim dzieje, co nie działa, co trzeba poprawić. I rozlicza z tego swoich ludzi. A nie mówimy tu o miastach mniejszych, których prezydenci wygrywają rankingi ogólnopolskie.

Dobrze byłoby, żeby każdy prezydent i burmistrz spędził jeden dzień w tygodniu na chodzeniu po mieście, rozmowie z mieszkańcami. Z dwoma asystentami, którym mówiłby: proszę to zapisać. I potem sprawdzał, jak sprawa została załatwiona.

Jako takiego dostępnego prezydenta wspominali mieszkańcy Gdańska Pawła Adamowicza. W naszym rankingu 82 proc. ankietowanych oceniło też, że Gdańsk zarządzany jest z wizją.

– Przywódca to ktoś, kto nie podąża ślepo za oczekiwaniami wyborców, ale ktoś, kto kształtuje ich postawy i wartości. To robił Adamowicz. Często szedł wbrew mainstreamowi, samemu się jednocześnie zmieniając. Mało który z prezydentów zrobił tyle dla podniesienia atrakcyjności miasta co on – w Gdańsku mamy Muzeum II Wojny Światowej, Europejskie Centrum Solidarności, Teatr Szekspirowski, stadion, centrum wystawienniczo-kongresowe. On żył tymi projektami. Umiał przyciągnąć biznes, turystów i pogodzić to z interesami mieszkańców. A obok mamy Sopot z najwyżej w Polsce ostatnio ocenianym prezydentem Karnowskim, dalej Gdynię z „żelaznym” prezydentem Szczurkiem. Trójmiasto to niewątpliwie krajowy ewenement. I dobrze, że ostatnio władze tych miast coraz lepiej się porozumiewają.

Szkoda, że takiego gospodarza nie miała Warszawa.

 

W podsumowaniach trzech kadencji Hanna Gronkiewicz-Waltz miała dobre notowania. Miasto nie przypomina tego sprzed 15 lat.

– Jestem nie najlepszego zdania o wszystkich kolejnych prezydentach Warszawy, może z wyjątkiem Pawła Piskorskiego, który miał kilka pomysłów na miasto i który je zrealizował. Decyzja o wybudowaniu tunelu pod Wisłostradą, dzięki któremu Warszawa otworzyła się ku Wiśle, była czymś nieoczywistym i wizjonerskim, a po tym poznaje się liderów.

A Hanna Gronkiewicz-Waltz była w moich oczach prezydentem, który ogólnopolską aktywność polityczną przedkłada nad pracę dla dobra miasta. W zarządzaniu stolicą robiła rzeczy oczywiste – budowy i remonty dróg, rozwój komunikacji itp. Co więcej, nie uchroniła Warszawy przed oddaniem miasta we władzę deweloperów. Przez lata budowali, gdzie chcieli, jak chcieli i co chcieli. To jest w pewnym sensie bolączka Warszawy – prezydent tego miasta jest politykiem ogólnopolskiego formatu, co często przesłania należytą troskę o funkcje lokalne.

To aktualne?

– Na inwestycje w mieście patrzymy dzisiaj z innej perspektywy – same nowoczesne drapacze chmur i metropolitalna skyline już nie wystarczają. Miasto oprócz tego, że ma być estetyczne, musi jednocześnie być funkcjonalne i przyjazne mieszkańcom, którzy pełnią różne funkcje: mieszkańców, pracowników, konsumentów, pracodawców itd. Spójrzmy na Business Park na Służewcu, tzw. Mordor. Z punktu widzenia pracowników to komunikacyjny koszmar. Zatłoczone tramwaje i pociągi, samochody stojące w takich korkach, że po południu nie daje się czasem wyjechać. Wybudowano biura, nie pomyślano o ludziach, którzy będą w nich pracować. A wieczorem ciemna pustynia. Można było tego przecież uniknąć, nie wydając pozwoleń na ślepo, tylko dążąc do stworzenia tam miasta, a nie jednego wielkiego biura. Owszem, biznes lubi być blisko biznesu, menedżer lubi spotkać się z menedżerem w dobrej, pobliskiej restauracji, a firma przeprowadzić szkolenie nieopodal siedziby. Korzystna jest też bliskość lotniska. Ale nadmierne stłoczenie też ma swoje negatywne konsekwencje, które obecnie powodują, że niektórzy inwestorzy już z Mordoru uciekają.

W mniejszych, ale wciąż dużych w skali kraju miastach trzeba z lokalizacją takich parków biurowych nieco bardziej uważać, bo choć wyrzucanie biznesu na przedmieścia mogłoby się okazać strzałem w stopę, to jednak zbyt gęsta zabudowa biurowa w sąsiedztwie centrum może spowodować wiele napięć.

Oddajemy miasto biznesowi, bankom, usługom. Sami mieszkamy coraz dalej od serca miasta.

– Znane jest zjawisko „upadku miasta wewnętrznego”: centrum miasta się wyludnia, pozostają w nim ludzie starsi, maleje jego baza podatkowa itd. Zwiększa się presję na transport, infrastrukturę sieciową, wydłużają się dojazdy, rośnie zanieczyszczenie itd. Dookoła miast tworzą się sypialnie, bo wysokiej jakości usługi nie przenoszą się wraz z mieszkańcami. Miasto pozostaje obciążone ludźmi, którzy korzystają z jego szkół, komunikacji publicznej czy dróg, ale płacą podatki gdzie indziej. Ten brak równowagi może rodzić napięcia. Dlatego niezbędna jest przemyślana polityka metropolitalna, tzn. wspólne planowanie i działanie władz dużego miasta i okalających go mniejszych miejscowości, którzy dzielą życie między te oba miejsca. Dojazd z Piaseczna do Warszawy jest wspólnym interesem Piaseczna, Warszawy i Lesznowoli. W tym układzie, do którego włączyłbym jeszcze władzę centralną odpowiedzialną za połączenia drogowe, powinny istnieć koordynacja i wieloszczeblowe zarządzanie. Pożądaną instytucją byłby zarząd metropolitalny, który powinien działać już dawno. Ale uchwalona pod koniec zeszłej kadencji Sejmu ustawa metropolitalna została zniesiona ustawą szczegółową powołującą Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolię.

 

Gdzie w Warszawie jeszcze wygrali deweloperzy, nie interes publiczny?

– Osiedle Marina przy ul. Żwirki i Wigury. Na takim miejscu, jakim była działka Miejskiego Przedsiębiorstwa Ogrodniczego niedaleko Lotniska Chopina, powinien powstać potężny ogólnopolski kompleks użyteczności publicznej: centrum wystawiennicze, kongresowe, hotelowe. Funkcje te częściowo pełni obecne Stadion Narodowy, co jest oczywiście protezą, dodatkowo powodującą korki na mieście wskutek zatrzymywania ruchu dla przejazdów oficjeli – doświadczyliśmy tego w zeszłym tygodniu. Przez tego typu decyzje Warszawa nie wykorzystuje w pełni swoich szans na wzmocnienie swojej europejskiej rangi.

W większości miast czytelnicy narzekali na transport, utrudnienia w dojazdach. Na Zachodzie coraz częściej w dużych miastach wprowadzane są zakazy wjazdu do centrum.

– Jestem samochodziarzem, ale uważam, że w dużym mieście do codziennych dojazdów do pracy powinna służyć komunikacja zbiorowa. Jeżdżę samochodem, bo mogę. Miasto nie robi nic, by mnie do tego zniechęcić. A powinno promować, a nawet kreować rozwiązania, które przekonają mieszkańców do zostawienia samochodów w domu.

Podkreśla pan, że dla lokalnego rozwoju kluczowa jest edukacja. W dużej mierze jest w rękach samorządów, ale kierunki określa MEN. Jak reforma minister Zalewskiej wpływa na jakość życia w miastach?

– Warszawa i inne duże miasta przejdą teraz trudne chwile związane z kumulacją roczników, ale generalnie poradzą sobie z reformą lepiej niż mniejsze ośrodki. Zapewnienie dostępu do dobrej edukacji jest szczególnie ważne tam, gdzie trzeba wyrównać nierówności kulturowe – dobrym tego wskaźnikiem jest mała liczba książek na półce w mieszkaniu. Zatrzymałem się kiedyś podczas wycieczki rowerowej w niewielkiej osadzie w zachodniej Polsce. Ponieważ miałem kłopoty z kupieniem gazety (owszem, były tabloidy, ale „Wyborczej” już nie mogłem dostać), poprosiłem gospodarzy o coś do czytania. Powiedzieli, że nie mają żadnej książki w domu! To właśnie dla ich dzieci porządna edukacja jest najważniejszą szansą życiową. Ale likwidacja gimnazjów ogranicza szanse na jej wyrównanie na obszarach peryferyjnych. Gimnazjum stwarzało taką możliwość. Międzynarodowe badanie PISA wykazywało, że system był bardzo efektywny, polscy uczniowie mieli jedne z najlepszych wyników edukacyjnych w Europie. Jedną z hipotez wyjaśniającą ten sukces była obserwacja, że w Polsce – właśnie dzięki gimnazjom – relatywnie późno następowała segregacja młodzieży na tę, która się dalej kształci, i wybierającą kształcenie zawodowe. Powrót do powszechnej ośmiolatki z punktu widzenia środowisk najsłabszych jest szczególnie niekorzystny. PiS deklaruje, że chce wyrównywać szanse, ale reforma minister Zalewskiej ten proces załamała, a nawet go odwróciła.

Ankietę wypełniło 7197 czytelników w serwisie Wyborcza.pl, 7-28 września 2018 r.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.