Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nauczycielka, 30 lat. Od czterech lat uczy języka polskiego w jednej z wrocławskich podstawówek:

Nasze zarobki są upokarzające i wszyscy o tym wiedzą. My, społeczeństwo, rodzice, a nawet dzieci. Uczniowie na lekcjach pytają mnie, czy mi się opłaca przychodzić do szkoły, bo przecież w Biedronce więcej się zarabia. Mamy bardzo niskie pensje, a powinniśmy zarabiać przynajmniej średnią krajową, czyli około 5 tys. brutto. Gdybyśmy zarabiali 3,5 tys., to mielibyśmy o czym rozmawiać. Zarobki nauczycieli zaczynają się od blisko 1,8 tys. zł. Po dwóch-trzech latach pensja wzrasta o jedyne 50 zł. A przecież my też musimy jakoś żyć, opłacić mieszkanie, wodę, prąd. Owszem są dodatki, ale przeciętny dodatek motywacyjny wynosi 150 zł. Pracujemy naprawdę dużo – do godzin spędzanych w szkole dochodzą jeszcze godziny sprawdzania kartkówek, zeszytów i wypracowań.

Nauczyciele teraz odchodzą na zwolnienia wzorem policjantów i pracowników sądowych. Wrocław jest sparaliżowany, zamkniętych jest kilkanaście przedszkoli, a w niektórych podstawówkach nie ma lekcji. W mojej szkole odwoływane są lekcje. Uczniowie mają zajęcia w świetlicach. Jeśli nie dostaniemy 1 tys. podwyżki, to ponowny protest będzie najpewniej 7 stycznia.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.