Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co chcielibyście powiedzieć naszemu Czytelnikowi? Piszcie:

listy@wyborcza.pl.

Czuję się tak, jakbym opuszczał pole bitwy

Nie mam prawa narzekać. W spisie skarg i zażaleń wobec Polski moja lista jest krótsza niż u innych współobywateli. Praca marzeń pozwala mi wynajmować fajne mieszkanie w centrum Warszawy, spłacać kredyt na samochód, kupować sobie drobne przyjemności.

Praca marzeń nie odkłada za mnie co prawda składki emerytalnej, no ale nie ma tego złego... – ZUS opłacają znajomi z firmą, a ubezpieczenie zdrowotne mam w LUX MEDZIE. Kombinowanie jest nieodzowną częścią polskiego doświadczenia – dowiedli tego dziadkowie z okupowanej Warszawy, dowiedli tego rodzice z PRL-u. I jedni, i drudzy mogli narzekać, a jakoś wyszli spod buta historii obronną ręką.

Jestem rocznikiem wolności, urodzony w 1989 roku nie mam prawa narzekać, ale nie mam też prawa zgłosić zawiadomienia do prokuratury, gdy grupka trzech rosłych młodzieńców kroczących za mną w sobotni wieczór Alejami Jerozolimskimi snuje dywagacje, czy „zajebać tego pedała”.

W polskim prawie nie ma nic o homofobii, jest za to coś o naruszeniu nietykalności cielesnej – rośli młodzieńcy mogli bić, a nie pobili, więc w sumie wychodzę z incydentu obronną ręką. Już piąty raz w tym roku. Ze znajomymi, którzy dzielą ze mną kondycję egzystencjalną znaczoną akronimem LGBT, mamy tradycję wznoszenia toastów za „mogli bić, a nie pobili” – incydenty przemocy słownej wobec gejów, lesbijek i osób trans są na ulicach Warszawy tak powszechne, że przeobrażone w żart lub anegdotę, zamiatane przeze mnie i współbraci pod dywan, zasługują co najwyżej na wzruszenie ramion instytucji państwowych stojących na straży bezpieczeństwa „normalnych” obywateli.

Ja i moi współbracia cieszymy się zatem, że nikt nam jeszcze nie połamał żeber, ale podskórny lęk pozostaje. Jest mocno osadzony w naszych głowach podczas podróży transportem publicznym, podczas wieczornych spacerów po mieście, w wielu wypadkach podczas rozmów o pracę, a nawet podczas pisania listów otwartych do poczytnych dzienników, bo jak doradziła mi zatroskana o mnie znajoma: „Nie podpisuj się pod tym listem, bo to ci może zaszkodzić”.

To właśnie ten podskórny lęk – emocja niedookreślona, złożona, osadzona w polskim prawie i polskim prawie ulicy – podyktował mi decyzję o wyjeździe z kraju. Reakcje moich znajomych były znaczące. Zamiast patrzącego w przyszłość: „Powodzenia!”, albo chociaż neutralnego: „Szerokiej drogi!”, słyszałem ostre, żołnierskie: „Jedź!”, „Wyp… stąd!”, „Uciekaj!”.

Czuję się tak, jakbym opuszczał pole bitwy. Ta bitwa o podstawowe i bardzo pragmatyczne prawo do życia w godności toczona jest mozolnie przez aktywistów LGBT odkąd pamiętam: niezależnie od zmieniającej się władzy i nastrojów społecznych, od naszej przynależności do UE lub nie – w kwestii praw osób LGBT nie zmieniło się w Polsce od 1989 roku nic.

Dzisiaj to międzynarodowe, a nie krajowe prawo jest wyznacznikiem (ale nie gwarantem) ochrony prawnej polskich gejów, lesbijek i osób trans i być może dlatego coraz więcej z nas wyjeżdża, zamiast miarowo skandować „Konstytucja” na manifach wszelkiej maści.

Niedawno, targany wewnętrznym konfliktem o złożeniu broni, policzyłem, że w ciągu ostatniego roku spośród moich LGBT bliższych lub dalszych znajomych wyjechały 22 osoby. Może oni tak samo jak ja byli już zmęczeni nieustannym kombinowaniem – jak obejść prawo, żeby założyć rodzinę (brak ustawy o małżeństwach dla osób tej samej płci), jak obejść prawo, żeby być sobą (brak ustawy o uzgodnieniu płci dla osób trans), jak obejść prawo, żeby się nie bać (brak ustawy o ochronie osób LGBT przed przemocą).

Może oni tak samo jak ja chcieli zerwać z tradycyjnym polskim nawykiem kombinowania i powiedzieli sobie wprost to, co ja mówię sobie w dniu mojego wyjazdu z kraju: Nie mam prawa.

Nazwisko i imię do wiadomości redakcji

Mam 36 lat i mogę rzucić Polskę w diabły. Furia ulała mi się w poniższy tekst (po zapowiedzi prezydenta, że podpisałby "dobrze napisaną" ustawę zakazującą "homoseksualnej propagandy")

Po „Tęczowym piątku” i deklaracji prezydenta, że przyjąłby „dobrze napisaną” ustawę zakazującą „homoseksualnej propagandy”, ogarnęła mnie bezsilna wściekłość. Już nie tyle z własnego powodu, bo mam 36 lat i mogę rzucić Polskę w diabły, ale dlatego, że to uderza w młodzież nieheteroseksualną, która nie ma jeszcze tej możliwości. Furia ulała mi się w poniższy tekst.

Kiedy w 1995 roku zbliżałem się do końca podstawówki, w szkolnej bibliotece pojawiła się książka zupełnie wyjątkowa: „Kolacja na Titanicu” Krystyny Boglar. Zaczynając lekturę, nie wiedziałem, jaka tajemnica zostanie ujawniona na końcu: ot, powieść młodzieżowa, jakie pochłaniałem wtedy na tony. Kiwałem głową ze zrozumieniem nad fragmentami pamiętnika, którego autor pisał, że nie chce żyć z powodu rozczarowania, jakie sprawi rodzicom. W tamtych latach myślałem tak samo i uznałem, że to po prostu część bycia nastolatkiem.

Uwaga, odtąd spoilery: wyjątkowość ujawniła się w przedostatnim rozdziale, w napisanym otwartym tekstem słowie „homoseksualista”. Nie w podtekstach, nie półsłówkami. Po prostu bohater dalszego planu jest homoseksualistą, a jeden z głównych bohaterów to jego „przyjaciel”. Wyjaśniająca sprawę postać powiedziała następującą kwestię: „W Irlandii tylko katolicy patrzą niechętnie na współżyjących ze sobą mężczyzn. Także na przyjaźniące się ze sobą kobiety. Ale tu? W naszym nietolerancyjnym w gruncie rzeczy społeczeństwie? Toż to szok! To tragedia prawie narodowa!”. A w ostatnim rozdziale młody gej popełnia samobójstwo.

Osoby, które nie widzą w tym nic szczególnego, zapraszam do eksperymentu myślowego: wyobraźcie sobie, że 100 proc. heteroseksualnych postaci w książkach dla młodzieży popełnia samobójstwo. Nie ma cyklu o Tomku – w pierwszej części się zastrzelił. Nie ma Jeżycjady – Borejkówny się powywieszały. Książki Siesickiej kończą się scenami na cmentarzach. Powieściowi heteroseksualiści to nieszczęśliwe istoty wstydzące się własnego istnienia. Bo tak właśnie było w tym przypadku: sto procent homoseksualnych postaci w bibliotecznych książkach, czyli ten jeden jedyny Michał, odebrało sobie życie z nienawiści do siebie.

Nie napawało mnie to otuchą, ale na szczęście w Polsce był już internet i udało mi się ustalić, że osoby homoseksualne niekoniecznie młodo giną. Ba, są wśród nich ludzie szczęśliwi! Z czasem ułożyłem sobie życie, rodzice nie wyglądają na rozczarowanych, a wśród anglojęzycznych książek jest coraz więcej powieści z pozytywnymi postaciami LGBTQ. Nie są to pornosy, tylko na przykład cykl kryminałów, gdzie zaprzyjaźniony z głównym bohaterem policjant to gej w udanym związku. Razem z partnerem zapraszają głównego bohatera z partnerką na domową kolację. Mała rzecz, a cieszy. Zachodnie powieści dla młodzieży także pokazują coraz szersze spektrum tożsamości nieheteronormatywnych: osoby homo-, bi-, trans-, inter- czy aseksualne.

W Polsce publikacje, które nie mieszają z błotem społeczności LGBTQ, często wywołują burzę na całe media. Nawet książeczka tak niewinna jak „Z Tango jest nas troje”, mówiąca o autentycznie żyjących w parze jednopłciowej pingwinach, które wspólnie wysiedziały podłożone im jajko, jest oskarżana o szerzenie nienaturalnych zachowań (widocznie pingwiny nie mają nic wspólnego z naturą). Pod artykułami o osobach LGBTQ znajdzie się co najmniej jeden komentarz w rodzaju „ale po co w ogóle pisać o tych sprawach?”. Choćby po to, proszę państwa, żeby dzieci i młodzież – o dowolnej tożsamości – miały lepszą perspektywę na przyszłość niż sto procent samobójstw.

Bo problem wciąż istnieje, nie tylko w Polsce, gdzie czternastoletni Dominik – którego rodzinna miejscowość gremialnie zaprzecza, jakoby był „taki” – zabił się w 2015 roku z powodu homofobicznych prześladowań w szkole. Tylko on mógłby nam opowiedzieć o swojej tożsamości, ale już nie ma jak. W Stanach czternastoletnia Leelah Alcorn dowiedziała się, że jej dziwne odczucia mają nazwę transseksualizm i zamiast cały czas żyć z poczuciem, że jest w niewłaściwym ciele, może podjąć leczenie i wejść w dorosłość jako kobieta. Uradowana powiedziała o tym rodzicom... a oni wypisali ją ze szkoły, zabronili korzystać z telefonu i internetu, uniemożliwiając w ten sposób kontakt z przyjaciółmi, a później posłali na chrześcijańską „terapię naprawczą”. Leelah z każdym mijającym rokiem okresu dojrzewania nabierała przekonania, że zaraz będzie za późno na leczenie (co na szczęście nie jest prawdą – procedurę korekty płci można podjąć nawet w zaawansowanym wieku) i straci wszelkie szanse na szczęśliwe życie. W 2014 roku siedemnastoletnia już Leelah weszła przed rozpędzoną ciężarówkę. Zginęła na miejscu. Rodzice nawet po jej śmierci mówili o niej w rodzaju męskim, używając deadname – „martwego imienia”, od którego Leelah odeszła. Widać, że słusznie w liście pożegnalnym napisała: rodzice, p… się.

Dariusz Kołaczkowski

***

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.