Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

– Czy ma pani kogoś, kto wspomoże panią finansowo?

– Czym zajmuje się pani mąż? Chodzi o to, czy stać go na pani utrzymanie.

– Najpierw idę do jednej pracy – w budżetówce, potem robię to samo, ale prywatnie. Jak wychodzę z tej prywatnej pracy, to jeszcze na koniec zmywam tam podłogę, to jest dodatkowe sto złotych…

– Po pracy sprzątam ludziom domy. Najpierw się wstydziłam, ale później pomyślałam, że czego – przecież nie kradnę.

Pierwszy i drugi przykład to cytaty z rozmów kwalifikacyjnych, trzeci i czwarty – słowa koleżanek. Nie jesteśmy przysłowiowymi „paniami na kasie”, przeciwnie – pensja pani z marketu to zwykle szczyt naszych marzeń. Pracujemy w laboratoriach, mamy wyższe medyczne wykształcenie, a od wyników naszej pracy zależy ludzkie życie. Jesteśmy diagnostami laboratoryjnymi lub technikami analityki medycznej. Polskie uniwersytety medyczne kończy co roku kilkuset diagnostów laboratoryjnych, techników nie kształci się już od dziesięciu lat, a większość osób z tej grupy zbliża się już do wieku emerytalnego. Jest nas około 20 tysięcy. Większość to kobiety.

To my „robimy wyniki”: oznaczamy morfologię, OB, cukier, hormony, markery nowotworowe, badamy mocz, wykrywamy bakterie, grzyby i wirusy, szukamy pasożytów, określamy sposób antybiotykoterapii, pomagamy dobrać komórki i narządy do przeszczepienia oraz krew do transfuzji. Bez wyników naszych badań lekarze w prawie 70 proc. przypadków nie podjęliby decyzji dotyczących diagnozy czy leczenia pacjentów.

W szpitalach nie rzucamy się jednak w oczy, siedzimy zepchnięte do piwnic lub zamknięte za szklanymi drzwiami laboratoriów. Kiedy w białym fartuchu przechodzimy korytarzem, słyszymy „siostro”. O naszej pracy zapominają nie tylko nasi pacjenci, ale przede wszystkim dyrektorzy szpitali i system opieki zdrowotnej. Nasza praca nie jest wyceniona w ramach procedur NFZ, brakuje norm zatrudnienia i promocji naszego zawodu, a dyrektorzy traktują funkcjonowanie laboratoriów jako zbędny koszt i wolą oddawać je w outsourcing, by pozbywać się problemów.

Choć jesteśmy jednym z piętnastu zawodów zaufania publicznego, co nakłada na nas ustawowy obowiązek kształcenia się i podnoszenia kompetencji, nie istnieją mechanizmy, które umożliwiałyby nam aktywne branie udziału w kursach doskonalących i zdobywania specjalizacji.

Sytuacja ta w prosty sposób przekłada się na nasze zarobki. Zgodnie z danymi udostępnianymi przez dyrektorów szpitali, a także z wynikami ankiety przeprowadzonej niedawno przez Krajowy Związek Zawodowy Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych wśród ponad 3400 osób jedynie 23 proc. diagnostów ze specjalizacją zarabia powyżej 3700 zł brutto, w tym niecałe 3 proc. zarabia więcej niż 5000 zł.

Nie ma diagnostów bez specjalizacji, którzy w szpitalach zarabialiby więcej niż 3300 zł brutto, a pensje większości oscylują w granicach 2300-3100 zł.

Większość techników analityki medycznej zarabia natomiast między 2100 a 2300 zł; zatrważające są również informacje o osobach zarabiających poniżej obowiązującej w Polsce płacy minimalnej, czyli 2100 zł – w ich przypadku pracodawcy wyrównują braki, wliczając do podstawy płacy dodatek za wysługę lat czy dyżury.

Dla porównania – wynagrodzenie oferowane przez warszawskie sklepy sieci Biedronka to około 3250 zł brutto. W Sanoku niewiele mniej, bo 2650 zł.

Urągające ludzkiej i pracowniczej godności pensje w naszych zawodach prowadzą do patologii w laboratoriach. Kończący studia młodzi ludzie nie godzą się na tak niskie pensje i nie podejmują pracy w zawodzie, za to reszta – żeby zdobyć pieniądze na utrzymanie – pracuje na kilku etatach naraz, maskując przy tym rosnące niedobory kadrowe.

W laboratoriach pracują więc przemęczeni diagności, w skromnej obsadzie zapewniający całodobowe funkcjonowanie szpitala. Są w Polsce miejsca, w których w ciągu kwartału trzy osoby wypracowują ponad 300 nadgodzin, nie otrzymując za nie zapłaty i nie mając możliwości odebrania ich w postaci dnia wolnego, bo ich nieobecność zaburzyłaby pracę szpitala.

Jednostkowe przykłady potwierdzają dane płynące z zeszłorocznego raportu NIK, mówiące o tym, że stan zatrudnienia w polskich laboratoriach śmiało można nazwać dramatycznym.

Według WHO na 1000 pacjentów przypada w Polsce 0,416 diagnosty laboratoryjnego, co porównywalne jest ze współczynnikami wyliczonymi np. dla Mongolii czy Kuby. Poza tym, choć diagnostyka laboratoryjna jest jednym z najprostszych i najtańszych sposobów profilaktyki wielu chorób, w Polsce zleca się wciąż za mało badań w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. W związku z tym wiele schorzeń wykrywanych jest za późno lub na etapie, który znacząco utrudnia lub podnosi koszty ich leczenia.

Ilość pracy do wykonania w laboratorium jest zwykle odwrotnie proporcjonalna do liczby pracujących w nim osób. Oprócz wykonywania badań i współpracy z lekarzem diagności i technicy zobowiązani są też do prowadzenia absurdalnych ilości dokumentacji medycznej, odpowiadają za przetargi na odczynniki i materiały biurowe, naprawę zużytych i zepsutych sprzętów laboratoryjnych oraz niekończące się procedury administracyjne.

Paradoksem jest to, że w tej sytuacji system opieki zdrowotnej funkcjonuje nadal – instynkt samozachowawczy pacjentów płacących z własnej kieszeni za drogie i specjalistyczne badania zapewnia wcześniejsze wykrycie i monitorowanie leczenia wielu chorób, a instynkt samozachowawczy pracowników laboratoriów niemogących pozwolić sobie na życie z jednej pensji prowadzi do tego, że badania te są wykonywane.

Choć sytuacja w laboratoriach medycznych z roku na rok ulega pogorszeniu, nikt nie próbuje rozwiązać jej systemowo. Ministerstwo Zdrowia zrzuca problem wynagrodzeń na barki dyrektorów szpitali, ci z kolei odsyłają pracowników laboratoriów po pieniądze do ministerstwa, mówiąc, że skoro znaleziono je dla lekarzy czy pielęgniarek, powinny znaleźć się też dla nas.

Mimo apeli pozostajemy niewidzialni dla polityków z obu stron barykady. Młodzi ludzie popadają w coraz głębszą frustrację, patrząc na swoich rówieśników, którym w innych zawodach powodzi się znacznie lepiej, i zastanawiają się, gdzie popełnili błąd. Gdy wybierali studia, wydawało im się, że jako absolwenci uniwersytetów medycznych nie zaznają biedy, po kilku latach – wciąż z pasji i miłości do swojej pracy – zagryzają zęby i marzą o zarobkach jak w markecie lub z bólem serca zmieniają zawód. Starszym diagnostom czy zbliżającym się do emerytury technikom analityki spędza z powiek sen widmo emerytury niewiele wyższej niż 1000 zł na rękę.

Mając na uwadze dobro naszych pacjentów, nie strajkowaliśmy do tej pory, pokornie czekając na lepsze czasy. Dziś jednak, gdy podwyżki dostają kolejne grupy zawodów medycznych, a propaganda sukcesu głosi, że rośnie PKB, pytamy: Co z nami? Jak długo jeszcze będziemy niewidzialni ? Czy wszyscy mamy zniknąć, żeby wreszcie zauważono, jak bardzo jesteśmy potrzebni?

14 listopada ponad 300 pracowników laboratoriów zebrało się pod Ministerstwem Zdrowia, żeby zadać to pytanie. Nie usłyszeliśmy odpowiedzi.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.