Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polecamy artykuł Wyborcza Classic: ZOMO rozpędza demonstrację  - zdjęcia Krzysztofa Millera z lat 1989-1992.

W 1990 r. na łamach „Gazety Wyborczej” toczyła się debata o wprowadzeniu nauki religii do szkół, sprawa budziła wielkie emocje wśród naszych Czytelników. Z opublikowanych wtedy przez „Wyborczą” listów można wyczytać powszechne obawy przed wielorakimi konsekwencjami politycznej decyzji.

Co dziś daje nam lektura listów z 1990 r.? Zwłaszcza jeśli spojrzymy na to, jaka była rzeczywistość tuż po upadku komunizmu, a z jakimi wyzwaniami musimy zmagać się w 2018 r.? Piszcie: listy@wyborcza.pl.

Marsz w XIX w. Religia wraca do szkół w przededniu zaostrzenia prawa do aborcji

W Polsce dzieją się rzeczy, które powinny wzbudzić powszechne protesty, tymczasem panuje wokół nich dziwna cisza. Jeśli zatem moja opinia jest osamotniona, tym bardziej powinna być przedstawiona publicznie. Co wzbudza mój sprzeciw?

Po pierwsze, utrudnia się uzyskanie rozwodu. Zgodnie ze zmianami w kodeksie cywilnym uchwalonym przez Sejm rozwody udzielane będą przez sądy wojewódzkie, a nie rejonowe, co kilkakrotnie zmniejszy liczbę sądów, w których można uzyskać rozwód.

Po drugie, wprowadza się naukę religii do szkół i przedszkoli.

Po trzecie, Ministerstwo Zdrowia wydało w maju zarządzenie utrudniające kobietom dokonania zabiegu przerywania dąży (o czym środki masowego przekazu w ogóle nie informowały), a Senat poważnie rozważa ustawę o całkowitym zdelegalizowaniu przerywania ciąży.

Efekty tych posunięć będą i takie, których ich zwolennicy nie przewidywali.

Sądy wojewódzkie zalane zostaną sprawami rozwodowymi i sędziowie zamiast zajmować się przestępcami, wysłuchiwać będą sporów rozwodowych.

Gotów jestem założyć się, że nauka religii będzie najbardziej niepopularnym przedmiotem, i za pół roku w szkołach średnich nie więcej niż 20 proc młodzieży będzie dobrowolnie chodziło na lekcje religii.

Jeśli chodzi o przerywanie ciąży, skutków będzie kilka. Powstanie nowa grupa kryminalistów lekarzy, którzy będą wsadzani do więzienia. Sądy znowu nie znajdą czasu na prawdziwych przestępców. Na przerywanie ciąży stać będzie tylko kobiety zamożne, bo albo znajdą lekarzy, którzy dokonają zabiegu za odpowiednio wysoką sumę, albo wyjadą w tym celu za granicę. Wzrośnie natomiast śmiertelność kobiet niezamożnych, ponieważ będzie je stać jedynie na zabieg w warunkach dziewiętnastowiecznych.

Wszystkie te posunięcia przybliżają nas do Europy, tyle że tej z XIX w. Czy szanowni ustawodawcy i urzędnicy tego nie zauważyli?

Dla jasności – rozwodzić się nie zamierzam. Dzieci mieć – tak.

(Nazwisko znane redakcji, „Gazeta Wyborcza” z 10 sierpnia 1990 r.)

Chcę, aby moje dzieci uczęszczały na religię do kościoła

Wpadliśmy pod skrzydła następnej władzy totalnej i religia w nauczaniu powszechnym, choć tylu ludzi (sondaże, telefony do radia itd.) jest temu przeciwnych! Decyzję podjęto nagle, w wakacje, licząc na nieobecność zainteresowanych i chcąc metodą faktów dokonanych zapanować nad nową sytuacją. Liczy się oczywiście na bierność rodziców, którzy – będąc w zasadzie przeciw – nie będą walczyli o powrót do stanu poprzedniego, bo to wymaga czasu i sił, a dziecko i tak ma chodzić na religię.

Cóż to jest za PODKOMISJA wydająca takie INSTRUKCJE? I jakim prawem?!

Chcę, aby moje dzieci uczęszczały na religię do kościoła i nie chcę żyć w państwie, w którym na początku XXI wieku kwitnie nietolerancja.

A może zacząć zbierać drewno pod stosy?

(E.Ch., „ Gazeta Wyborcza” z 10 sierpnia 1990 r.)

Filozofia religijna zamiast religii w szkole

Nie powiem, że jestem przeciw wprowadzeniu lekcji religii do szkół, bo zaostrzy to dyskryminację dzieci prawosławnych, ewangelickich, żydowskich, z innych „mniejszości", niewierzących. Niech przecież „mniejszość” – ze swej strony – nie decyduje o „większości"!

Sam przeszedłem jeszcze kilka lat lekcji religii w szkole podstawowej przed ich skasowaniem i mogę zaświadczyć, że to nie na nich przeżyłem porcję bolesnej nietolerancji i kompleksów dziecięcych związanych z innowierstwem. Przeciwnie – mimo że na początku katechetka, choć dyskretnie, próbowała mnie nawracać, to potem sama się „nawróciła” i czułem, że obecność prawosławnego na lekcjach kazała jej ostrożniej poruszać pewne tematy. Podkreślę, że ponieważ byłem jedynym prawosławnym w całej szkole i nie było żadnych alternatywnych lekcji dla innowierców, moi rodzice zdecydowali, że nie ma żadnego powodu, bym ja, syn prawosławnego księdza, miał wychodzić z lekcji religii katolickiej, że niczym się tam „nie zarażę", skoro w mej parafii uczęszczałem na lekcje religii prawosławnej.

Co więcej, dziś uważam, że przy odpowiednim ułożeniu programu nauczania oraz uwagi ze strony dyrekcji i parafii, lekcje religii mogłyby się stać szkołą tolerancji, a nawet fascynacji innością religijną. Znam we Francji taką szkołę katolicką, która specjalnie poszukiwała dzieci prawosławnych, by w codziennym współżyciu uczyć swych wychowanków otwartości i tolerancji.

Uważam, że skoro nowy przedmiot byłby wprowadzony, to jego program powinien być poddany szerokiej dyskusji wśród autorytetów religijnych i intelektualnych w całym społeczeństwie. Skoro zajęcia byłyby hospitowane przez dyrekcję, a także może przez innowierców, myślę, że dałoby się stworzyć dobrą atmosferę ekumeniczną wokół nowego przedmiotu.

Dlatego też sprawy „mniejszości” nie uważam za argument przeciw nauce religii w szkole. Dlaczego więc jestem przeciwny?

Po pierwsze, obecnie Kościół w Polsce nie jest do tego trudnego zadania przygotowany. Pomijając nawet brak odpowiednich katechetów, duchownych bądź świeckich (fizyków czy anglistów w szkołach też brak), sama teologia w Polsce przeżywa ciągle kryzys rozdarcia między tradycjonalizmem (który się w szkołach skompromituje) a nowoczesnością, która jeszcze nie dała zadowalających owoców w postaci interpretacja Pisma Świętego opisu prawd wiary i historii Kościoła. Czy fenomen Kosidowskiego lub Tolkiena nie ostrzega nas? W nauczaniu parafialnym wszystkie słabości są leczone świętością sakramentów i misterium samego Kościoła. Lecz w szkole?!

Po drugie, można dostać „dwóję” z prawa Newtona, ale nie można dostać ani stawiać dwói z łaski uświęcającej!

Mam jednak propozycję konstruktywną: zamiast religii należałoby wprowadzić do szkół przedmiot filozofia religijna. Przedstawiałby filozofię europejską, z jej wielkimi problemami religijnymi, i pozaeuropejską, zaspokajając rosnącą fascynację Wschodem. Odciążałby nauczanie języka polskiego z nauki o Biblii, a nauczanie historii z problemów kościelnych. Dawałby obraz innych wyznań i religii niechrześcijańskich. Wykładać by go mogli teologowie duchowni i świeccy, filozofowie, psychologowie i socjologowie, wykształceni artyści. Ten materiał jest uczniom bezwzględnie potrzebny, jednak ich wyznanie wiary nie byłoby weń zaangażowane.

Zaś nauczanie religii w szkole należałoby ograniczyć do szkół kościelnych i chętnych do tego szkół prywatnych, które oby powróciły do nas i rozkwitały jako alternatywa szkół świeckich.

Jednak, mówiąc generalnie, nauczanie religii, katecheza są częścią modlitwy Kościoła i nikt nie powinien Go w tym wyręczać.

(Michał Klinger, świecki teolog prawosławny, „Gazeta Wyborcza” z 2 czerwca 1990 r.)

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.