Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

(Nie)pokój nauczycielski to sekcja, na której wspólnie, nauczyciele i rodzice, wymieniamy się pomysłami, jak przeżyć reformę edukacji. Piszcie: listy@wyborcza.pl.

O której trzeba wstać, aby zdążyć do szkoły na 7.20? Po liście czytelników

 To pytanie jest dla mnie bolesne. Dzieci w poznańskich szkołach podstawowych uczą się na zmiany. W SP nr 70 w Poznaniu druga klasa w czwartki kończy zajęcia o 16.55 (w grudniu będzie ciemno od dwóch godzin), a niektóre dzieci są w świetlicy od 7 rano (gdy jeszcze będzie ciemno). WF w tej szkole w młodszych klasach odbywa się na korytarzu! (jak w latach 80. XX w., za komuny). Równie źle, a może gorzej, jest w wielu innych szkołach. I tak dalej... 

Można oczywiście przy tej okazji utyskiwać na reformę minister Zalewskiej, obwiniać poprzednie rządy i samorządy. Tylko to do niczego nie prowadzi. Minister Zalewska wprowadziła reformę wbrew zdrowemu rozsądkowi, a urzędnicy z magistratu nie robią nic, żeby zmniejszyć jej negatywne skutki. Przykre.

Z taką szkołą będziemy ciągle w ogonie Europy, ogonie gospodarczym, ogonie społecznym i – co najważniejsze – ogonie demograficznym.

Szkoda.

AB

***

W miejsce zlikwidowanych szkół gimnazjalnych nie powstały podstawówki

Tak jak autor również jestem rodzicem ucznia szkoły średniej. Również moje dziecko cztery dni w tygodniu zaczyna lekcje od godziny zerowej, tj. 7.10. Jednak w naszym przypadku tak wczesne rozpoczynanie lekcji nie jest związane z przepełnieniem szkoły, pod tym względem warunki są wręcz komfortowe, ponieważ szkoła mogąca pomieścić 800-900 uczniów ma ich obecnie w wyniku wprowadzonej reformy tylko ok. 400.

Jednak moim zdaniem problem zmianowości w szkołach jest związany z czym innym. Dla przykładu podam moje miasto Świętochłowice, gdzie przed wprowadzoną reformą istniało pięć gimnazjów, do których uczęszczało ok. 1200 uczniów, jedna trzecia tej liczby uczęszcza obecnie do szkół podstawowych, w większości których lekcje ze względu na przepełnienie odbywają się w systemie dwuzmianowym. Przepełnienie w tych szkołach wzięło się stąd, że w miejsce istniejących dotąd szkół gimnazjalnych nie powstała ani jedna nowa szkoła podstawowa.

Rodzice dzieci, którzy wnioskowali o utworzenie nowej szkoły podstawowej, od radnego naszego miasta usłyszeli, że on jako radny musi brać pod uwagę głównie względy ekonomiczne. Również dyrektorzy przepełnionych szkół w większości nie widzą problemu głównie (o czym głośno nie mówią) ze względów finansowych, bo przecież nieważne, że dzieci siedzą w szkole do 18, a ważne jest to, że każdy uczeń to pieniądze, które za nim idą, i to jest najważniejsze. Jak zwykle, kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a z uczniami i ich rodzicami nikt się nie liczy.

Rodzic
---

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.