Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Adaptowanie klasycznych tekstów literackich jest stare i powszechne, wielu poznało Guliwera, Robinsona Crusoe czy Don Kichota w wersji ad usum Delphini, pozbawionej a to naruszających skromność fragmentów, a to nadmiernie rozbudowanych refleksji czy też niegdyś pięknych, a potem nużących opisów przyrody.

Zmienia się też gust literacki i nieraz obecni czytelnicy, gdy nie chcą rozkoszować się szczególnie wyrafinowanymi frazami językowymi, lecz chodzi im o myśl główną lub, co gorsza, o atrakcyjną fabułę, chętniej obcowaliby z utworami bardziej odpowiadającymi współczesnym, jak myślą, oczekiwaniom stylistycznym.

Żeromski miał licznych wielbicieli swojego raczej wyszukanego stylu. Bogactwo jego słownictwa było zadziwiające – o jego języku napisano sporo rozpraw językoznawczych. Ale dziś większość czyta go raczej z trudem i z obowiązku. Albo wcale, też przez ten język. „Przedwiośnie” było w swoim czasie tekstem niezwykle dla Polaków znaczącym nie tyle dzięki językowi, ile dzięki ważności podejmowanych tam problemów, które i dziś są dla nas istotne – i wybór tej książki w szlachetnej akcji Narodowego Czytania można uznać za oczywisty. Ale ta akcja jest słuszna wtedy, gdy teksty czytane w jej ramach nie będą dla czytelników i odbiorców przedmiotem znużenia, zdenerwowania czy, gorzej, drwiny. Nie tylko cyniczna i spiesząca się młodzież tak może stylistyczną manierę, zwaną czasem żeromszczyzną (wiem, to słowo miało różne zastosowania), odbierać.

I jeszcze jedno. Mało jest rzeczy językowo drażniących bardziej niż zabawy stylistyczne polegające na pisaniu wyszukanym stylem o sprawach bardzo przyziemnych czy niby-żartobliwe archaizowanie, na przykład przy okazji zaproszeń czy ogłoszeń. Pamiętna scena z „Ferdydurke”, w której sztubacy bawią się staropolszczyzną, trafnie to pokazuje. W pierwszych zdaniach „Przedwiośnia” Żeromski też się trochę tak bawi, próbując u czytelnika wywołać określony efekt – dziś ta maniera ma nieco mniejsze widoki powodzenia.

Mam pewną awersję do różnych „aliści”, „azali” czy „wszelako”. Rzadko są naprawdę stylistycznie usprawiedliwione. „Tudzież” Żeromskiego, czy to użyte serio dla pokazania bogactwa językowego, czy to dla bawienia się z czytelnikiem archaizmami, może być dla wielu pretensjonalnie nieznośne. I mogę zrozumieć intencje kierujące adaptatorami.

I jest dylemat. Z jednej strony nie wypada klasyka kaleczyć. I są tacy, którzy także tę manierę, nie tylko jako właściwą Wielkiemu Polakowi, akceptują i podziwiają. Z drugiej strony – przecież o myśl wielką chodzi, a nie o nieraz zaciemniający ją sposób jej wyrażania. Przecież godzimy się na zmiany ortograficzne, a nawet gramatyczne, jeśli pozostawienie dawnych form, zwracające na nie uwagę czytelnika, utrudnia percepcję przesłania

Klasyk to jednak klasyk, a Narodowe Czytanie to Narodowe Czytanie. W Narodowym Czytaniu dzieło klasyka bezwzględnie powinno mieć postać nienaruszalną i integralną. A najlepiej byłoby mieć do takiego czytania mistrza, który albo umiałby zatrzeć wyrazistość tych cech, które dają efekt dziwności, albo je tak uwypuklił, że stałyby się atrakcyjne. I przydatność wszystkich przymiotników, nawet po pięć przy jednym rzeczowniku, byłaby intonacyjnie wyrażona.

A najlepiej czytać Żeromskiego po cichu.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.