Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od września na skutek nowych rozporządzeń minister edukacji Anny Zalewskiej dzieci z niepełnosprawnościami, które na podstawie orzeczenia poradni psychologiczno-pedagogicznych korzystały przy części przedmiotów z nauczania indywidualnego, zostaną odizolowane od rówieśników i zamknięte w domach, bo takie nauczanie nie będzie się mogło już odbywać na terenie szkoły.

Kluczowy akt prawny, który uderza w tę grupę dzieci, to rozporządzenie MEN z dnia 9 sierpnia 2017 r. w sprawie indywidualnego obowiązkowego rocznego przygotowania przedszkolnego dzieci i indywidualnego nauczania dzieci i młodzieży. Paragrafy piąty i trzynasty nakazują od kolejnego roku szkolnego prowadzenie zajęć indywidualnego nauczania „w miejscu pobytu ucznia”, czyli w domu. Poprosiłam o komentarz do tych zapisów dyrektorkę jednej ze stołecznych podstawówek, w której uczniowie korzystali do tej pory z częściowego nauczania indywidualnego.

Jeszcze nie jest za późno, aby dzieci z niepełnosprawnościami mogły uczyć się od września w szkole. Podpisz petycję

– Realizowanie nauczania indywidualnego w domu bywa zasadne w konkretnych przypadkach, np. u dzieci po chemioterapii, które muszą przez jakiś czas unikać zarazków, albo u dzieci czasowo unieruchomionych po wypadkach. Jednak w wypadku wielu innych dzieci takie nauczanie ze względów terapeutycznych po prostu powinno się odbywać w szkole.

Dzieci ze spektrum autyzmu czy ze stałymi niepełnosprawnościami fizycznymi muszą mieć kontakty społeczne – mówi mi dyrektorka, która od razu prosi o anonimowość.

– Do tej pory możliwy był wybór w zależności od zapotrzebowania dziecka. Dzieci, które chodziły na część zajęć z klasą, teraz stracą kontakt z rówieśnikami i będą zmuszone do pozostania w domu. To nie tylko katastrofa dla nich, ale też utrudnienia dla nauczycieli. Do tej pory łączyliśmy plan nauczyciela z planem dziecka – to wszystko działo się w trakcie lekcji i było spójne. Teraz nauczyciele będą dojeżdżać do dzieci po lekcjach. Ja nie mam im, jak zapłacić za te dojazdy. Wydłuży się czas ich pracy, a dostaną zapłatę tylko za ponadwymiarową godzinę lekcyjną – opowiada.

I tłumaczy: – Dla dyrektorów oznacza to także szukanie w innych szkołach nauczycieli, z którymi można podpisać umowy, żeby nie jeździli między dzielnicami. Bo np. w liceach nie ma rejonizacji, więc uczniowie mieszkają w bardzo różnych punktach miasta. Dzieci, które zostaną w szkole, także będą miały trudniej. Moja szkoła nie jest przystosowana do potrzeb dzieci z niepełnosprawnościami fizycznymi. Tryb indywidualny pozwalał uniknąć problemu pokonywania schodów na wózku w drodze na kolejne lekcje. Teraz takie dziecko będzie musiało po prostu dołączyć do reszty klasy i musimy się zastanowić, co zrobić, żeby docierało na lekcje na wyższych piętrach. Ogólnie rzecz biorąc, ta zmiana prawa to niepotrzebne odbieranie możliwości wyboru grupie dzieci i absurdalne utrudnianie życia nauczycielom. Rozporządzenie MEN zawiera zapisy, które teoretycznie mają zapobiegać całkowitej izolacji dzieci. W paragrafie dziesiątym czytamy, że „dyrektor szkoły […] podejmuje działania umożliwiające kontakt dziecka […] z dziećmi w grupie” oraz że „dyrektor umożliwia dziecku lub uczniowi udział w zajęciach rozwijających zainteresowania i uzdolnienia, uroczystościach i imprezach przedszkolnych lub szkolnych oraz wybranych zajęciach wychowania przedszkolnego lub zajęciach edukacyjnych”.

Rodzice krytykują enigmatyczność tych zapisów i uzależnienie udziału dziecka w życiu szkoły od dobrej woli i możliwości dyrektora. Do tej pory plan zajęć dziecka ze szczególnymi potrzebami precyzyjnie określał dokument o nazwie „Indywidualny plan edukacyjno-terapeutyczny” sporządzany co roku na podstawie orzeczenia przychodni psychologiczno-pedagogicznej. Sam dokument dalej istnieje, ale procedura jego tworzenia jest utrudniona.

– Skoro lekcje indywidualne mają odbywać się w domu, to rodzice będą musieli dowozić dzieci na same zajęcia terapeutyczne – spotkania z psychologiem czy logopedą, które do tej pory stanowiły integralną część dnia dziecka w szkole – opisuje dyrektorka szkoły.

– A jeśli będę chciała zapewnić dziecku udział w wybranych lekcjach czy uroczystościach, ciężar kursowania z dzieckiem między domem a szkołą spocznie oczywiście na rodzicach. Obawiam się, że pracujący rodzic nie będzie w stanie przywieźć dziecka na plastykę, odwieźć na lekcje indywidualne do domu, a potem przywieźć z powrotem na inne zajęcia. To brzmi nierealnie.

Ze strony internetowej MEN dowiadujemy się, że zmiany prawne służą uelastycznieniu systemu i że dzieci ze szczególnymi potrzebami mogą dalej uczestniczyć w zajęciach w szkole na podstawie innych przepisów, np. rozporządzenie „w sprawie zasad organizacji i udzielania pomocy psychologiczno-pedagogicznej w publicznych przedszkolach, szkołach i placówkach” mówi o „zindywidualizowanej ścieżce kształcenia”, w ramach której po spełnieniu odpowiednich warunków uczeń „realizuje w danym przedszkolu lub w danej szkole program wychowania przedszkolnego lub programy nauczania z dostosowaniem metod i form ich realizacji do jego indywidualnych potrzeb”.

Jednak to rozporządzenie nie obejmuje dzieci z orzeczeniem o potrzebie nauczania indywidualnego. Rodzice nie wiedzą, co mają z tym fantem zrobić. Kolejne sprzeczne rozporządzenia minister Zalewskiej odnoszą się przecież potencjalnie do tej samej grupy dzieci. Zresztą wątpliwości mają nie tylko rodzice.

– Przepisy są bardzo zagmatwane, bardzo niejasne i pewnie takie, o których rodzice nie wiedzą – komentowała sytuację jakiś czas temu w reportażu telewizji TVN Joanna Gospodarczyk, dyrektorka stołecznego Biura Edukacji. Niestety, opinie zaniepokojonych ekspertów nie mają do tej pory wpływu na rozwiązania prawne forsowane przez resort edukacji.

Postanowiłam zapytać o możliwość załagodzenia skutków chaotycznych zmian na poziomie samorządowym. Pytanie w tej sprawie wysłałam do kilku koalicji przygotowujących się do startu w najbliższych wyborach.

Odpowiedziała mi Justyna Drath z Porozumienia Warszawskiego, nauczycielka i członkini Partii Razem: – Dzieci ze spektrum autyzmu to bardzo zróżnicowane przypadki, ale wiem, że wszystkim uczniom i uczennicom z orzeczeniami najlepiej robi kontakt z rówieśnikami – i ich akceptacja. Tego nie zastąpi ani najlepszy nauczyciel, ani najlepszy kurs. Szkoła nie służy tylko i wyłącznie dostarczaniu wiedzy, ma konfrontować uczniów ze światem i uczyć kontaktów społecznych. Wielokrotnie widziałam przypadki, w których chociaż uczeń nie odnosił wielkich sukcesów naukowych a czasem wręcz z punktu widzenia dydaktycznego porażkę, np. nie podchodził do matury, to podkreślano jak dobry wpływ miała na niego życzliwa klasa i kontakty, które udało mu się nawiązać. Akceptacja rówieśników to jedna z najbardziej niedocenianych korzyści. Nie da się jej zastąpić niczym. Takie nauczanie wymaga jednak wsparcia i to może być zadanie dla samorządu: powinien on znaleźć pieniądze na nauczycieli wspomagających, ale też rzetelne kursy dokształcające dla nauczycieli, którzy w kontakcie z takim uczniem mogą się poczuć pewniej.

Według Drath wymuszone nauczanie indywidualne w domu to nie tylko utrudnienie dla nauczyciela:

– Czasem przyjmowanie nauczyciela u siebie jest trudne dla ucznia, który czuje się skrępowany. Różne bywają warunki mieszkaniowe. W wypadkach kiedy funkcjonuje to tylko na jakiś czas, sprawdza się – komentuje.

– Jednak w przypadkach, w których jest stosowane przez lata, powoduje efekt izolacji, który trudno jest „przełamać", a ten okres jest już potem nie do odrobienia. Będziemy postulować w naszym programie wyborczym zwiększenie środków na psychologów szkolnych, podwyższenie dodatków dla nauczycieli wspomagających i odbywających nauczanie indywidualne w domu ucznia i ogólnie większe dofinansowanie szkół. Dzięki temu łatwiej będzie im organizować zajęcia, które dziecko odizolowane przez MEN mogłoby odbywać w szkole, ale niestety nawet duże środki dołożone przez samorząd nie zniwelują okrucieństwa tych przepisów. Z tego, co wymyślił resort Zalewskiej, nikt nie będzie zadowolony – ani rodzice, ani uczeń, ani nauczyciel, ani dyrekcja.

Zaniepokojeni nowymi porządkami MEN rodzice dzieci z niepełnosprawnościami alarmują kolejne media i podpisują w internecie petycję do minister Zalewskiej, w której domagają się „doprecyzowania zapisów rozporządzeń z 9 i 28 sierpnia 2017 r., które pozwoliłyby na zagwarantowanie uczniom z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego realizacji nauczania indywidualnego na terenie szkoły”. Według danych samego MEN w zakończonym właśnie roku szkolnym z nauczania indywidualnego korzystało ponad 20 tys. dzieci. Jeśli resort się nie wycofa z części zapisów w rozporządzeniach, wiele tych dzieci po wakacjach nie będzie już mogło wrócić do szkoły. W ten sposób tzw. dobra zmiana wyrzuci je na margines społeczeństwa, a zamykając je w domach, pozbawi też możliwości pracy ich rodziców i dodatkowo obciąży nauczycieli. To kolejny rozdział do historii o stosunku państwa PiS do osób z niepełnosprawnościami.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Jeszcze nie jest za późno, aby dzieci z niepełnosprawnościami mogły uczyć się od września w szkole. Podpisz petycję.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.