Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Agata Diduszko-Zyglewska: Kiedy spotkałyśmy się na Kongresie Kobiet, powiedziała mi pani: mam poczucie, że moje dzieci zostały decyzją MEN wyrzucone na śmietnik...

Samotna mama dwójki dzieci*: Tak właśnie się czuję. Moja córka ma zdiagnozowaną fobię szkolną, a mój syn - zespół Aspergera. Do tej pory mogli się uczyć razem z innymi dziećmi w zwykłych szkołach dzięki systemowemu wsparciu państwa. PiS rozporządzeniem minister edukacji o indywidualnym nauczaniu dzieci i młodzieży z sierpnia 2017 r., które w pełni wejdzie w życie od września, właśnie zniszczył ten dobrze działający system. Od września wielotysięczna grupa dzieci z niepełnosprawnościami zostanie właściwie usunięta ze społeczności szkolnej. Dotknie to dzieci z dysfunkcjami, ze spektrum autyzmu, lekkimi chorobami psychicznymi i te z niepełnosprawnością fizyczną także.

Jeszcze nie jest za późno, aby dzieci z niepełnosprawnościami mogły uczyć się od września w szkole. Podpisz petycję.

Na czym polega zmiana wprowadzona przez MEN?

– Do tej pory dzieci z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego mogły się uczyć razem z innymi dziećmi i tylko część lekcji odbywała się w trybie indywidualnym – także w szkole. Rozporządzenie MEN nakazuje, żeby te lekcje odbywały się w domu ucznia. To oznacza, że dzieci, których największym problemem rozwojowym jest nieumiejętność nawiązywania relacji społecznych, zostaną zamknięte w domach. Możliwość częściowego uczestniczenia w życiu szkolnym praktycznie zniknie. A nie da się ćwiczyć umiejętności społecznych poza społecznością.

Co to oznacza dla pani dzieci?

– Mój syn zapytał mnie wprost: "Mamo, dlaczego wyrzucają mnie ze szkoły?". I nie wiem, co mu powiedzieć, bo doszedł do siódmej klasy na czwórkach i piątkach, chociaż zespół Aspergera sprawia, że prawie nie brał w tym czasie do ręki długopisu. Jest inteligentny, ale uczy się tylko przez słuchanie, więc przy niektórych przedmiotach, które dochodzą teraz do programu, musi mieć indywidualny kontakt z nauczycielem. Jeśli będzie ćwiczył umiejętności społeczne, to może w przyszłości mieć dobrą pracę i płacić wysokie podatki. Nie będzie ciężarem dla państwa, ale pod warunkiem, że nie zostanie wyrzucony na margines społeczeństwa. Jeśli teraz zostanie odizolowany od dzieci i nauczycieli, jego szanse dramatycznie spadną. Mam do wyboru albo zamknąć go w domu, co będzie dla niego katastrofą, albo sprawić, że zniknie z systemu kształcenia specjalnego, czyli dołączyć go do klasy na stałe, co w wielu sytuacjach oznacza dyskomfort i dla niego, i dla innych. Ten dyskomfort oznacza pretensje innych rodziców, wnioski pisane do szkoły o usunięcie takiego „niegrzecznego” czy „trudnego” dziecka i możliwe zmienianie kolejnych szkół. Poczucie bycia nieakceptowanym i odrzuconym to oczywiście kolejna katastrofa dla dziecka. Nie wiem, co robić.

A klasy integracyjne, gdzie dodatkowy nauczyciel wspiera uczniów podczas każdej lekcji?

– To, niestety, nie jest wystarczające rozwiązanie dla niektórych dzieci ze spektrum autyzmu – tu często problemem jest nadmiar bodźców. Dobrym i skutecznym rozwiązaniem był indywidualny tok nauczania. My, rodzice dzieci z tego rodzaju problemami, nie możemy zrozumieć, dlaczego niszczy się dobrze działający system. Rozwiązaniem nie jest przeniesienie naszych dzieci do szkół specjalnych. Nie ma powodu, żeby umieszczać dzieci, które się dobrze uczą, w szkołach o dużo niższym poziomie merytorycznym, przeznaczonych po prostu dla innej grupy dzieci. Tych szkół jest bardzo mało – w każdej kilkoro dzieci czeka na jedno miejsce.

Przez ostatnie kilkanaście lat włożyłam mnóstwo pracy w to, żeby dać moim dzieciom szansę na normalne życie, ale nie udałoby się to bez wsparcia ze strony państwa. Historia mojej córki jest przykładem sprawnego działania systemu. Zaczęło się od dysfunkcji okołourodzeniowych, które wpłynęły na jej dalszy rozwój. Gdy inne dzieci zaczynały mówić, ona nie mówiła. Gdy zaczynały chodzić – nie chodziła. Kiedy inne uczyły się czytać i pisać, ona uczyła się koordynacji. Kiedy trafiła do szkoły, zdiagnozowano u niej dysleksję, dyskalkulię, dysortografię, dyskoordynację i zaburzenia sensoryczne.

Niestety, problemy fizyczne doprowadziły też do problemów psychosomatycznych – zdiagnozowano u niej fobię szkolną i z tego powodu miała indywidualny tok nauczania.

Ale udało jej się dogonić zdrowe dzieci i skończyła gimnazjum z dobrymi ocenami i przyjaciółmi – zabrakło jej pół punktu do czerwonego paska. Ona pomimo swoich kłopotów jest zwykłą nastolatką i chce być wśród rówieśników, nie chce być odseparowana. Robi wszystko, żeby normalnie funkcjonować wśród innych dzieciaków. Psychiatra zalecił, żeby możliwie jak najwięcej czasu spędzała w szkole, bo to po prostu część terapii przy takim zaburzeniu, ale musi się to odbywać w bezpiecznych warunkach. Określiliśmy razem z lekarzem, co to znaczy w jej wypadku, i szkoła bardzo fajnie się w to zaangażowała.

Teraz córka idzie do liceum i zgodnie z nowymi przepisami nie będzie już miała szansy na indywidualny tryb nauczania na terenie szkoły. Najlepsze, co mogę dla niej w obecnej sytuacji zrobić, to próbować wdrożyć ją w zwykły tryb szkolny, czyli tak jak w wypadku syna sprawić, żeby zniknęła z systemu kształcenia specjalnego. MEN stawia samotne matki, takie jak ja, w szczególnie trudnej sytuacji i właściwie nie pozostawia nam wyboru.

Dlaczego sytuacja samotnych matek jest szczególnie trudna w kontekście tej decyzji MEN?

– Wykluczenie dzieci ze szkoły powoduje też w efekcie wykluczenie rodziców z rynku pracy. Ustawodawca może zakłada, że przy dwójce rodziców jedno pójdzie do pracy, a drugie zostanie w domu, żeby zastępować szkołę, bo przecież nauczyciel przyjeżdżający na kilka godzin w tygodniu to namiastka edukacji szkolnej i przerabianie części programu zwyczajnie spadnie na rodziców. Ale pomijając okrucieństwo takiego założenia, według którego każdy rodzic może się przekwalifikować w nauczyciela kilku przedmiotów, kluczowym problemem jest też to, że w rodzinach z niepełnosprawnościami bardzo często nie ma dwojga rodziców, bo mężczyźni opuszczają takie rodziny. Zdecydowana większość tego rodzaju rodzin, które znam, to samotne matki z dziećmi. Niestety, takie są realia. Tatusiowie uciekają, a odpowiedzialność spoczywa właściwie całkowicie na kobietach.

Co mam w takiej sytuacji zrobić ze swoim dzieckiem w domu? Nie mogę go zostawić samego. Nie stać mnie na opiekunkę, która będzie z nim siedziała cały dzień.

Państwo, przerzucając na mnie odpowiedzialność za edukację dziecka i opiekę nad nim w godzinach szkolnych, odbiera mi możliwość zarabiania pieniędzy na utrzymanie rodziny.

Dlaczego jako samotna matka mam być skazana na dramatycznie niską jałmużnę od państwa, które nie wywiązuje się z obowiązku zapewnienia dzieciom edukacji, skoro chcę pracować. Dlaczego nie dość, że mam chore dzieci, to jeszcze mam być razem z nimi dyskryminowana? Im odbiera się prawo do edukacji, a mnie prawo do pracy. Przerabia się nas na siłę w klientów opieki społecznej. To absurdalne.

Prawo do edukacji jest zagwarantowane i w konstytucji, i w konwencji praw dziecka, więc rozumiem, że szkoła będzie musiała zadbać o to, żeby nauczyciele realizowali podstawę programową z dziećmi, które zostaną zamknięte w domach. W rozporządzeniu zapisano tygodniowe widełki czasowe takich domowych lekcji.

– Nowe porządki wprowadzane przez MEN łamią prawa moich dzieci zapisane w tych dokumentach. A widełki oznaczają, że to dyrektor szkoły, nie tylko kierując się dobrem dziecka, ale przede wszystkim możliwościami czasowymi nauczycieli, zdecyduje, ile lekcji będzie miało dziecko. I tu dochodzimy do trzeciej po dzieciach i rodzicach grupy, która słono zapłaci za pomysły MEN – to właśnie nauczyciele i dyrektorzy szkół.

Kiedy indywidualny tok nauczania realizuje się w szkole, nauczyciel spotyka się z dzieckiem w klasie, która jest akurat wolna, i w czasie, kiedy ma okienko. Po odesłaniu tych dzieci do domów, ci nauczyciele będą musieli do nich dojeżdżać, to oznacza, że na każdą taką lekcję trzeba będzie poświecić trzy razy więcej czasu. Dyrektorzy szkół rozkładają ręce, bo wypadałoby w tej sytuacji zatrudnić kolejnych nauczycieli, żeby to się udało, a przecież nie mają na to dodatkowych pieniędzy.

I chyba przy obecnych warunkach pracy nie ma zbyt wielu chętnych do tego zawodu.

– W tej chwili w samej Warszawie brakuje około dwustu nauczycieli matematyki. W szkole mojej córki brakuje dwudziestu nauczycieli. Brakuje ich, bo praca nauczyciela coraz bardziej przypomina walkę na pierwszej linii frontu: zmieniające się bez przerwy programy i zasady gry, niskie pensje, konieczność pracy w kilku szkołach naraz – to wszystko odstrasza.

Znam to także z drugiej strony. W zeszłym roku szkolnym mój brat, świetny matematyk świeżo po studiach, zdecydował się na pracę w gimnazjum, bo od zawsze chciał być nauczycielem. Dyrektorka bardzo się ucieszyła, bo szukała matematyka przez wiele miesięcy. Przygotował dzieci do egzaminu gimnazjalnego, był lubiany, ale dostawał za tę pracę 1,2 tys. zł. Po pół roku stwierdził, że dłużej fizycznie nie da rady, bo pracował bardzo dużo, a żeby przetrwać, powinien był sporo dorobić. Wrócił do udzielania korepetycji – pracuje mniej i zarabia o wiele więcej. Ale czy to ma sens dla uczniów? Dyrektorka bardzo chciała go zatrzymać, bo dzieci za nim przepadały, ale po prostu nie miała możliwości zaoferowania mu godnej pensji.

Pomimo tych koszmarnych warunków spotkałam na swojej drodze wielu świetnych, pomocnych nauczycieli i dyrektorów, którzy stawali na głowie, żeby dawać dzieciom możliwość rozwoju.

Teraz będzie im jeszcze trudniej.

Wie pani, jak MEN uzasadnia wprowadzane zmiany?

– Widziałam wystąpienia minister Zalewskiej, która mówiła, że dla każdego dziecka musi być miejsce w szkole, ale paragrafy 5 i 13 rozporządzenia z 12 sierpnia 2017 r. temu przeczą. Teoretycznie zmiany mają na celu „wyrównywanie szans edukacyjnych”, ale nie da się ich wyrównywać kosztem rozwoju społecznego dziecka. Pani minister opowiada też, że jej celem jest „uelastycznienie systemu”. Z mojego punktu widzenia system staje się tak elastyczny, że z niego wypadamy, bo okazuje się, że w wypadku niektórych zaburzeń – np. fobii szkolnej – nie ma potrzeby zdobywania opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej, czyli nie będzie wiadomo, jaki charakter pomocy się dziecku należy. A przecież właśnie na podstawie opinii czy orzeczenia tworzy się IPET, czyli indywidualny program edukacyjno-terapeutyczny każdego dziecka. Ten dokument określa, jakie zajęcia w jakim trybie i w jakim zakresie przysługują dziecku w danym roku szkolnym. Według mnie rezygnacja z orzeczenia oznacza zmniejszoną ochronę dzieci, bo w efekcie ta grupa dzieci formalnie znika z radarów systemu.

Za dzieckiem, które ma orzeczenie o konieczności kształcenia specjalnego, do samorządów trafia zwiększona subwencja, która ma pokryć koszty nauczania. Być może rezygnacja z orzeczeń w niektórych wypadkach to sposób na oszczędności w centrali?

– Może państwo dzięki temu zaoszczędzi na etatach dla logopedów czy reedukatorów, ale w końcu będzie zmuszone wydać te zaoszczędzone pieniądze na opiekę społeczną. Bo takie dzieci pojawiają się w każdej szkole. Może nawet nie dlatego, że ich przybywa, tylko dlatego, że dzięki całkiem do tej pory dobrze działającemu systemowi coraz więcej dzieci diagnozowano, a dzięki temu miały szansę na właściwe wsparcie szkoły i na socjalizację. Poradnie psychologiczno-pedagogiczne, których działalność bywa niedoceniana, dla mnie i moich dzieci były bardzo pomocne. Oczywiście nie wszystko jest idealne, np. wyznaczane godziny zajęć bywają straszne. Jeśli dziecko ma wyznaczone zajęcia w poniedziałek o godz. 13, to dowiezienie go na nie przez samotną pracującą matkę bywa barierą nie do przejścia. Przez jakiś czas bardzo prężnie działały organizacje pozarządowe, które próbowały rozwiązać ten problem i zajmowały się dowożeniem dzieci na zajęcia. Niestety, PiS odebrał im dotacje i część tych możliwości zniknęła.

Wygląda na to, że dzieci z niepełnosprawnościami i dysfunkcjami staną się dzięki PiS niewidoczne.

– Ale nie znikną. W efekcie wrócimy do zamierzchłych czasów, kiedy te dzieci jako „niegrzeczne”, „nieprzystosowane” albo „trudne” przechodziły przez system szkolny niezauważane albo dyskryminowane i lądowały na marginesie społeczeństwa. Od lat ciężko pracuję, żeby sobie poradzić i żeby moje dzieci sobie radziły w przyszłości. Mam poczucie, że państwo próbuje obecnie tę naszą ciężką pracę udaremnić. Dlaczego nikt nas nie zapytał, jak te zmiany wpłyną na nasze życie? I szkoły, i rodzice zachodzą w głowę, po co demontuje się sprawnie działający system wsparcia rodzin z dziećmi, które potrzebują pomocy. To wszystko nie ma sensu. Jest jeszcze czas na cofnięcie tych szkodliwych zmian przed wrześniem i o to apelujemy do pani minister edukacji.

*Nasza rozmówczyni prosiła o anonimowość

Jeszcze nie jest za późno, aby dzieci z niepełnosprawnościami mogły się uczyć od września w szkole. Podpisz petycję!

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.