Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie przypomina inwalidzkiego wózka. Wygląda raczej jak jeden z tych nowoczesnych jeździków na dwóch kołach, coraz popularniejszych w miastach, tyle że na tym jeździ się na siedząco, a nie na stojąco. Jest w stanie pokonać każdy rodzaj trudnego podłoża – piaszczystego, śliskiego lub kamienistego. Wymyślił go Miłosz Krawczyk, warszawiak.

– Kiedy miałem 18 lat, miałem wypadek samochodowy, w wyniku którego wylądowałem na wózku inwalidzkim – mówi. – Ponieważ zawsze byłem osobą aktywną, lubiącą sport, po wypadku dość szybko wróciłem do aktywnego życia. Nie chciałem rezygnować ze swoich planów tylko dlatego, że jestem na wózku.

Skończył zarządzanie na UW, a po studiach zaczął pracować. Był m.in. lektorem angielskiego, prowadził własną kawiarnię internetową, był kontrolerem ruchu lotniczego w Holandii, pracował w dziale finansów dużej sieci komórkowej, wreszcie zmęczony pracą w korporacji, jak mówi, otworzył z kolegą siłownię w Warszawie.

– W tym czasie próbowałem skonstruować odpowiedni dla siebie wózek inwalidzki. Bardzo brakowało mi swobody poruszania się – wyjścia do lasu z psem, spacerów po plaży z dziewczyną, chodzenia po górach ze znajomymi – opowiada. – Zwykłe wózki, nawet te sportowe, jeżdżą tam, gdzie jest równo, ale z innymi powierzchniami kiepsko sobie radzą. Wszędzie musiałem jeździć samochodem, a nawet jak podjechałem blisko plaży, to ktoś musiał mnie na tę plażę wnieść. Można oczywiście jeździć quadem, co też robiłem, ale one są wielkie, ciężkie i głośne.

Zacząłem szukać firmy, która pomogłaby mi taki pojazd skonstruować, ale długo nie mogłem znaleźć nikogo chętnego. Aż poznałem Marcina Kultysa, inżyniera i konstruktora, dzisiaj mojego dobrego przyjaciela, który zdecydował się mi pomóc. Cel: stworzyć wózek elektryczny, który będzie poruszał się w trudnym terenie i nie będzie ani duży, ani ciężki. Chciałem stworzyć produkt dla siebie, ale jak? Tego nie wiedziałem.

Prace trwały pięć lat. Przełomowy okazał się pomysł, żeby wózek nie miał czterech, ale jedynie dwa koła i wykorzystywał żyroskop. To była dla mnie duża zmiana stylu życia. Wreszcie mogłem odstawić samochód, mogłem normalnie jeździć na spacery, swobodnie podróżować – poczułem się wolny. Wózek waży tylko 27 kilo, jeździ po śniegu, błocie i piasku, po górach i plażach. Zmusza też do pewnego ruchu – nie wystarczy usiąść i bezwładnie siedzieć.

Ludzie zaczepiali mnie podczas spacerów: jak to działa? Gdzie można kupić? Ile kosztuje? Stąd wziął się pomysł na firmę. Zrezygnowałem z prowadzenia siłowni i zainwestowałem w moją firmę Blumil. Działam już trzeci rok. Na razie mam więcej klientów z zagranicy – ze Stanów Zjednoczonych, Australii, Nowej Zelandii, Korei, Singapuru. W Polsce proces oswajania się z takim pomysłem trochę trwa. Najnowszy model kosztuje około 15 tys., a od maja jest dofinansowywany przez NFZ. Niedawno wypuściliśmy model dziecięcy – bardzo chciałbym pomóc dzieciakom. Z tego, co na razie widzę, to jak tylko spróbują, w ogóle nie chcą z niego zsiadać. To moja prywatna satysfakcja.

***

Agnieszka DejnaAgnieszka Dejna Fot. archiwum prywatne

Osoby niepełnosprawne oferują całą masę produktów i usług skierowanych do wszystkich. Na przykład: piwo.

Nad morzem, w Pucku, od trzech lat działa browar spółdzielczy, w którym pracują osoby niepełnosprawne umysłowo. Warzą 45 rodzajów piwa; nazwy pochodzą od węzłów żeglarskich: Dwa półsztyki, Ósemkowe, Ratownicze, Refowe, Cumowe, Szotowe. Ich chlubą są piwa wymrażane, które robią jako nieliczni w Polsce i na świecie; mają haftowane, materiałowe etykiety. Miesięcznie produkują od 8 do 10 tys. litrów piwa, a w przyszłym roku chcą jeszcze zwiększyć produkcję.

Browar założyli Agnieszka Dejna, która zawodowo zajmowała się budowaniem start-upów, a prywatnie ma bliźniaczki z dziecięcym porażeniem mózgowym, i Janusz Golisowicz, który od kilkunastu lat prowadził warsztaty terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Wielokrotnie próbował swoich podopiecznych wypchnąć na rynek pracy, ale nie było to łatwe.

– Stwierdziliśmy z Januszem, że powołamy spółdzielnię socjalną i sami stworzymy dla nich miejsca pracy – opowiada Agnieszka Dejna. – Wiedzieliśmy, że nie chcemy robić z nimi rzeczy, które konwencjonalnie kojarzą się z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie – typu składanie kartonów. Porwaliśmy się na produkt premium – otworzyliśmy pierwszy w Polsce, a szósty na świecie browar spółdzielczy non-profit. Najbliższy wzór mieliśmy w Berlinie, drugi w Anglii, ale nikt wcześniej nie porwał się na tak wysoki procent zatrudnienia jak my – 90 proc. pracowników niepełnosprawnych intelektualnie, i to z tak znacznym stopniem niepełnosprawności.

Na początku rodzice chłopaków byli przerażeni. Musieliśmy ich przekonać, że jeśli teraz ich nie usamodzielnimy, nie nauczymy pracy, funkcjonowania w społeczeństwie, to skazujemy ich na funkcjonowanie w gettach, które są straszne. Bo kiedyś nas, rodziców, zabraknie i nikt już nie będzie kochał naszych dzieci tak jak my.

Budowali browar przez rok. Nic nie wiedzieli o warzeniu piwa – wszystkiego musieli się nauczyć od postaw. Po roku uruchomili produkcję i wypuścili pierwsze piwo. Mieli ośmiu pracowników.

– W browarze wszystko trzeba robić ręcznie, bo sprzęt mamy prosty – tylko na taki było nas stać – opowiada. – Nie koncentrujemy się na ich słabych stronach, tylko na tym, co potrafią. Na przykład Damian świetnie etykietuje butelki. Robi to perfekcyjnie i nigdy się tym nie nudzi. Karol naprawi każdą usterkę. Większość z nich pracuje na krótkich odcinkach i przy prostych czynnościach, ale Adam i Michał są w stanie samodzielnie zrobić cały proces warzenia piwa i nawet wtedy, gdy wyjedziemy z Januszem na kilka dni – dają radę. Oni naprawdę potrafią dobrze pracować! Oczywiście byłoby nam łatwiej, gdybyśmy mogli zatrudnić asystenta osoby niepełnosprawnej, ale niestety, nie mamy już na to pieniędzy.

Na początku musieliśmy tłumaczyć ludziom, że to, że chłopcy pracują w browarze, to nie znaczy, że piją to, co uwarzą. Teraz jest nam już łatwiej, już mamy markę, ale kiedy budowaliśmy spółdzielnię, to jeden z samorządowców powiedział: „Kto będzie pił piwo uwarzone przez debili?”.

W tej chwili w browarze pracuje 18 osób. Chłopcy nie tylko zarabiają, ale są członkami spółdzielni, a więc współwłaścicielami browaru. Mówią: nasz browar. Są z niego dumni. Próbujemy wprowadzać franczyzę społeczną naszych lokali, bo dzwonią do nas i piszą ludzie z całej Polski, że chcieliby nasz model wdrażać w innych miastach. Niestety, nie mamy wsparcia rządzących – już trzeci raz próbujemy złożyć projekt i zawsze nas odrzucają, bo „przecież produkujemy alkohol”, a „alkohol jest złem”... Straszne są takie stereotypy. A mamy już sporo nagród polskich i europejskich za najlepsze przedsiębiorstwo społeczne...

Otworzyliśmy pub w Gdańsku, w którym pracują osoby niepełnosprawne umysłowo i z chorobami psychicznymi. Chłopcy bardzo się zmieniają dzięki tej pracy. Kiedy zaczynaliśmy, byli skryci, wycofani; teraz porozmawiają z każdym, sami zagadują. W pubie – tak samo. Nasi klienci nigdy nie zachowali się wobec nich nieładnie. Jak czasem któryś na zmianie ma problemy, klienci im pomagają, podpowiadają: „Teraz powinieneś pozbierać szklanki”. „Jeśli źle się czujesz, to powiedz, my to zrobimy”. Ludzi naprawdę można przyzwyczaić do niepełnosprawności i wzbudzić w nich poczucie odpowiedzialności za tych trochę słabszych od nas. Ale nie z poczucia litości.

***

Tomasz Karcz jest jednym z najlepszych polskich fryzjerów i projektantów mody. Ma swój salon fryzjerski i szwalnię w Krakowie. Do fryzury i ubrania podchodzi jak do rzeźby.

– Widzenie pionów, poziomów, brył mam w genach – mówi. – Od małego wiedziałem, że będę się tym zajmował. Mój ojciec, dziadek, pradziadek zajmowali się stolarstwem artystycznym. Jak dobrze poszukać, można jeszcze znaleźć na Radomszczyźnie drewniane kościoły ozdabiane przez moich przodków. Po linii matki z kolei było krawiectwo – od dziecka rosłem wśród tkanin, materiałów, wykrojów i form.

Urodził się z zespołem Polanda. Upośledzenie prawej części ciała, w jego przypadku brak prawej dłoni, mięśnia piersiowego i częściowe upośledzenie mięśni pleców nie stanowiły dla niego wielkiej bariery.

– Jako dziecko w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jestem osobą niepełnosprawną – opowiada. – Tak mnie wychowała mama. Jeździłem co prawda na turnusy rehabilitacyjne, ale wydawało mi się, że wkręca mnie tam po znajomości moja ciocia, która miała syna na wózku.

W okresie dojrzewania zaczęły się pewne dolegliwości związane z kręgosłupem, ale szybko odkryłem, że sposobem na bóle kręgosłupa jest ruch. Teraz regularnie ćwiczę z trenerem personalnym, trenuję jogę, rozciągam się i nie mam problemów z mobilizacją, jak większość moich znajomych.

Od 15 lat jest fryzjerem, od pięciu ma swoją szwalnię. Można się do niego zwrócić z prośbą o zaprojektowanie fryzury lub stroju. Angażuje się także w działania społeczne, m.in. raz w miesiącu w Krakowie robi fryzury osobom bezdomnym.

– Niepełnosprawna ręka nie jest przeszkodą we fryzjerstwie, przeciwnie – nadaje mi indywidualność. Mankament można przekuć na atut – mówi. – Jestem niepełnosprawny od urodzenia, nie wiem, jak to jest mieć 10 palców. Każdą czynność, nie tylko strzyżenie, potrafię wykonywać jedną ręką. Dawniej miałem w sobie sporo buntu wobec przedstawienia mnie jako osoby niepełnosprawnej. Chciałem być świetnym fryzjerem i projektantem w ogóle, a nie świetnym jak na niepełnosprawnego. Ale potem zrozumiałem, że mogę zdziałać tym sposobem wiele dobrego. Nie słyszy się często o jednorękim fryzjerze; gdybym miał dwie dłonie, pewnie by pani do mnie nie zadzwoniła.

Matkami dzieci niepełnosprawnych zostają często kobiety, które wcześniej nigdy w życiu nie widziały niepełnosprawnego. Chciałbym, żeby wiedziały, że można być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem mimo niepełnosprawności.

***

– Wchodzi klient, widzi mnie na wózku i mówi: „Chciałbym wynająć pokój, szukam kogoś z obsługi hostelu”. „To ja” – mówię. „Pani?!”. Najpierw jest zawsze konsternacja. Ale po chwili rozmowy wszyscy reagują bardzo przychylnie – opowiada Katarzyna Wagner, prezes spółdzielni społecznej w Koninie.

Pani Katarzyna nie urodziła się jako osoba niepełnosprawna. Miała operację ucha, w czasie której w wyniku błędu lekarskiego uszkodzono jej błędnik. Nie utrzymuje równowagi i dlatego musi poruszać się na wózku.

Katarzyna WagnerKatarzyna Wagner Fot. archiwum prywatne

– Nie ukrywam, że świat mi się zawalił – mówi. – Przed operacją pracowałam w przedszkolu jako pedagog, byłam bardzo aktywna. Niestety, żadne przedszkole w Koninie nie chciało zatrudnić pedagoga na wózku. Osiem lat siedziałam zamknięta w domu – to był dla mnie bardzo ciężki okres. Aż któregoś dnia pomyślałam, że czas się ogarnąć.

Zgłosiłam się do fundacji Podaj Dalej, tam poznałam inne osoby niepełnosprawne. Dowiedziałam się, że mogę żyć inaczej. Okazało się, że mam zły wózek, taki zwykły ortopedyczny, najtańszy, na którym bardzo trudno samemu się poruszać. Pół Konina zbierało nakrętki na aktywny wózek dla mnie. Kiedy go kupiłam, od razu zrobiłam się bardziej samodzielna. Wciąż jednak nie miałam pracy, podobnie jak inne osoby niepełnosprawne. Nie dlatego, że byliśmy nieogarnięci czy źle wykształceni, tylko dlatego, że budynki w mieście nie były przystosowane. Na szczęście miasto wyremontowało dla nas dwie kamienice i oddało we władanie organizacjom pozarządowym.

A my – fundacja Podaj Dalej i stowarzyszenie In Art, które organizuje festiwale bluesowe i jazzowe – stwierdziliśmy, że założymy spółdzielnię socjalną. Na początku była burza mózgów – jaką. Stowarzyszenie stwierdziło, że kiedy organizują festiwale, to borykają się z brakiem miejsc noclegowych. Dlatego otworzyliśmy Blues Hostel.

Mamy 17 miejsc noclegowych w pięciu pokojach. To za mało – zamierzamy przejąć kolejną kamienicę i dobić do 60 miejsc noclegowych. Pracujemy w pięć osób, wszyscy z niepełnosprawnością. Ja jestem prezesem i jednoosobowym zarządem. Przez wszystkie lata mojej edukacji i wcześniejszej pracy nie nauczyłam się tyle, ile teraz, i nie miałam w sobie takiej determinacji. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że mam być prezesem i prowadzić hostel, zatrudniać ludzi, to powiedziałabym: „O, nie, dziękuję bardzo, nie dam rady!”. A teraz nie mam wyjścia – albo to robię, albo siedzę w domu.

Solidarność naszą bronią. Pisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.