Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam 62 lata, (rocznik 1955, grudzień), przeszłam na normalną emeryturę w grudniu 2016 r. Wcześniej straciłam pracę, potem byłam na rencie z powodu choroby i już nie mogłam pracować.

ZUS przyznał mi emeryturę w wysokości 720 zł netto. Za te pieniądze mam żyć, opłacać mieszkanie i media. Jest to oczywiście niemożliwe.

Dlaczego jest to dziwne?

Ponieważ pracowałam przez całe życie, z krótkimi przerwami, od ukończenia studiów w 1983 r. Nie zawsze była to normalna praca na etacie. Jestem artystą plastykiem, a więc przez pewien czas na początku lat 90. opłacałam składki z tytułu działalności twórczej, na co łaskawie wyraziło zgodę Ministerstwo Kultury i Sztuki.

Później pracowałam samodzielnie jako projektant grafiki i wnętrz, głównie dla firm i agencji reklamowych. Wszystkie faktury, jakie wystawiałam, były opodatkowane, a moje podatki trafiały do urzędu skarbowego, czyli do kasy naszego państwa.

Moja sytuacja życiowa nie była łatwa; byłam po rozwodzie, ale nie otrzymywałam alimentów na dziecko, o Funduszu Alimentacyjnym nikt wtedy nawet nie myślał. Często nie było mnie stać na opłacanie składek twórczych w ZUS, które nie były wtedy obowiązkowe. Pracowałam zawsze na umowę o dzieło, wykonywałam projekty. Utrzymywałam dom, syna, siebie i samochód, który służył mi do pracy. Za duże mieszkanie po rodzinie w prywatnej kamienicy płaciłam w 1998 r. czynsz 980 zł miesięcznie, do tego musiałam kupować węgiel na jego ogrzanie. Było to dla mnie – samotnej matki – ogromne obciążenie finansowe, ale nie miałam wyjścia. Musieliśmy przecież gdzieś mieszkać.

Przez te wszystkie lata prowadziłam oprócz pracy zarobkowej działalność twórczą, która nie przynosiła mi dochodu. Brałam udział w wystawach sztuki i plenerach malarskich, czasem zagranicznych, na których reprezentowałam nasz kraj.

W 1998 r. wprowadzono reformę ZUS.

Już wcześniej zaczęłam szukać pracy, najlepiej etatowej, w edukacji. Zrobiłam kurs pedagogiczny, ale pracy nie było. Wcześniej wycofano z wielu szkół zajęcia plastyczne, a znalezienie posady w domu kultury było niemożliwe.

W 2000 r. znalazłam pracę jako wykładowca w prywatnej wyższej uczelni artystycznej. Prowadziłam zajęcia czasem przez sześć dni w tygodniu, także w soboty dla studentów zaocznych. Wszyscy wykładowcy mieli tak samo jak ja ten sam rodzaj umowy: o dzieło, oczywiście poza rodziną właściciela szkoły. I chociaż wypłaty nie były wysokie i przychodziły zawsze z dużym opóźnieniem, byłam szczęśliwa, że pracuję i zarabiam, mimo że przez trzy miesiące wakacyjne nie zarabiałam nic. Po prawie pięciu latach pracy nagle mi podziękowano, bo szkoła przeżywała kryzys.

Składek ZUS za te wszystkie lata nie było, a więc prawie pięć lat mojego zatrudnienia w tej uczelni nie zostało uwzględnionych jako staż pracy. Zresztą moja ówczesna praca bez składek nie miała dla ZUS od czasu „reformy” żadnego znaczenia. Dlaczego wtedy nie opłacałam indywidualnych składek ZUS? Ponieważ zarabiałam tak mało, że po ich opłaceniu mogłam razem z synem spokojnie zamieszkać pod mostem i zdechnąć z głodu.

Moje kolejne próby zatrudnienia spełzły na niczym, zgłosiłam się więc do urzędu pracy jako osoba bezrobotna, aby uzyskać ubezpieczenie zdrowotne. Oczywiście nie otrzymałam żadnego zasiłku dla osób bezrobotnych, ponieważ pracowałam wcześniej przez pięć lat w ramach umowy o dzieło – czyli właściwie nie pracowałam! To kolejny przykład dyskryminacji osoby pracującej na umowę o dzieło w tamtych czasach.

Wykorzystując status osoby bezrobotnej, wzięłam udział w kilku kursach – w tym na tworzenie projektów EFS i języka niemieckiego.

Po kolejnych nieudanych próbach znalezienia pracy postanowiłam założyć własną firmę projektową, z pomocą EFS otrzymałam dofinansowanie. Musiałam płacić składki zdrowotne, ale byłam zwolniona z wysokich opłat emerytalno-rentowych. Niestety, pomimo szkoleń, a także doświadczenia pracy w reklamie musiałam ją zamknąć; zrozumiałam wtedy, że nie każdy nadaje się do zarządzania firmą.

Składek ZUS z tytułu mojej działalności gospodarczej znów nie było.

W 2010 r. zostałam nauczycielką w państwowym technikum, liczyłam, że jako dobry nauczyciel przedmiotów zawodowych doczekam w niej emerytury. Przez kolejne pięć lat pracowałam w technikum na pół, dwie trzecie, jedną czwartą etatu, co owszem przyniosło składki na ZUS, ale bardzo niskie.

W pewnym momencie musiałam rozstać się z pracą w szkole, bo przedmioty, których uczyłam, zostały przyznane innej osobie, promowanej przez dyrektorkę szkoły. To, że byłam wtedy w wieku ochronnym, nie przeszkodziło jej w niczym.

Zarabiałam mniej niż obowiązujący limit, oczywiście nie przysługiwał mi zasiłek dla osób bezrobotnych.

W tym czasie poważnie zachorowałam i ZUS przyznał mi rentę.

A potem przyszła emerytura – 720 zł miesięcznie.

Przedstawiłam moją nieco nietypową ścieżkę zawodową jako przykład niesprawiedliwości prawa pracy i przepisów.

Pierwszą pułapką była reforma z 1998 r., niekorzystna dla mnie i tysięcy innych osób, które nie mogły cofnąć swojego życia, aby mieć dłuższy staż pracy – dotyczyło to szczególnie podobnych do mnie freelancerów i artystów.

Po drugie, nasze państwo dopuściło umowy o dzieło jako normalnie obowiązujące. Były one bardzo korzystne dla właścicieli prywatnych firm, którzy nie musieli opłacać składek ZUS, płacić za urlopy i uwzględniać zwolnień lekarskich.

To samo obowiązywało w prywatnych uczelniach, co było korzystne wyłącznie dla zatrudnianych w nich profesorów uczelni państwowych, którzy dzięki temu za iluzoryczną „pracę” na umowę o dzieło (polegającą na ich nazwisku na stronie WWW uczelni i pensji) mogli odpisać sobie 50 proc. kosztów uzyskania dochodu. Były one bardzo niekorzystne dla nas, zwykłych wykładowców, którzy w tych uczelniach rzeczywiście pracowaliśmy, prowadząc zajęcia i ucząc studentów. Nie mieliśmy urlopów i żadnego zabezpieczenia w przypadku choroby, nie mieliśmy składek ZUS ani stażu pracy, a nasze pensje były niskie i nie pozwalały na samodzielne opłacanie składek.

Do dzisiaj nie pojmuję, dlaczego nikt wtedy nie pomyślał, jak bardzo umowy śmieciowe krzywdzą pracowników, odbierając im podstawowe, cywilizowane prawa. A także, jak w przyszłości przyczynią się do ich emerytalnego ubóstwa.

Doprowadziło do tego nasze państwo przez powszechną ich akceptację. Nie wycofano ich za rządów Donalda Tuska bo, jak to powiedział kiedyś Michał Boni w „Wyborczej”, „przyszli do nas ludzie z biznesu...”, którzy chcieli pozostawienia tych umów [Michał Boni: „Byliśmy głusi”, „Wyborcza” z 2 kwietnia 2016 r.].

Po wejściu Polski do UE zaczął się wielki exodus młodych Polaków mających dosyć niepewności w sferze pracy i braku podstawowych zabezpieczeń, czemu trudno się dziwić.

Jak emerytury wyglądają dzisiaj? Koleżanki w moim wieku prowadzące przez lata „zwykłą” działalność gospodarczą również mają bardzo niskie emerytury, choć nieco wyższe od mojej. Inna, która przez całe życie zajmowała się wyłącznie sztuką, otrzymała właśnie emeryturę w wysokości 230 zł netto.

Z mojego pokolenia na godziwe emerytury mogą liczyć wyłącznie osoby, które przez całe życie pracowały w strukturach państwowych: w urzędach, szkołach i na uczelniach.

Takich osób jest niewiele, bo żyliśmy w „ciekawych czasach”: gdy kończyliśmy studia, nastał stan wojenny udupiający wszelkie działania, a później była transformacja; bardzo różne były drogi życiowe mojego pokolenia.

Powiedzmy sobie szczerze: przez zaniedbania w sferze prawa pracy, różne zmiany systemowe i przepisy, które teraz obowiązują w ZUS, właśnie my, pokolenie urodzone w drugiej połowie lat 50., zostaliśmy najbardziej poszkodowani. Żyliśmy w czasach nieustannych zmian.

Przez lata płaciliśmy z naszych zarobków podatki, które wpływały do skarbu państwa.

Teraz okazuje się, że nie ma to żadnego znaczenia, bo nie pracując przed 1998 r. na etacie, bez składek, nie mamy stażu pracy do kapitału początkowego. A płacone przez nas podatki gdzieś się ulotniły i nikogo to nie interesuje. Pozostaje nam życie na poziomie poniżej wszelkiego minimum, co już stało się faktem.

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.